Koszyczek Władimira Władimirowicza
Jerzy Marek Nowakowski 19.11.2019

Koszyczek, do którego Rosjanie zbierają prezenty otrzymywane od Zachodu, wygląda na coraz pełniejszy. Zaledwie pół roku temu modelowe współdziałanie mocarstw (i Unii Europejskiej) doprowadziło do fetowanej w Brukseli i Waszyngtonie „dobrej zmiany” w Kiszyniowie. Demokratyczny blok ACUM przejął większość stanowisk w rządzie, a lawirujący pomiędzy Waszyngtonem i Moskwą oligarcha Vlad Plahotniuc, rządzący Mołdawią z tylnego siedzenia, został zmuszony do ucieczki z kraju. Na czele rządu stanęła absolwentka amerykańskich uniwersytetów Maia Sandu.

 

Już wtedy miałem wątpliwości, czy rząd istniejący dzięki poparciu prorosyjskich postkomunistów, i wzmocnienie pozycji prezydenta Dodona, będącego przeciwnikiem zbliżenia z Zachodem, to sukces USA. Potem okazało się, że Igor Dodon deklaruje na spotkaniu tak zwanej Unii Euroazjatyckiej ścisłą współpracę z tym rosyjskim tworem integracyjnym, a kandydat ACUM Andrei Nastase przegrywa wybory na mera Kiszyniowa. Co było niespodzianką, gdyż stolica była zawsze bastionem sił prozachodnich.

Ostatnim akordem rozgrywki okazało się zdymisjonowanie prozachodniego rządu pani Sandu, gdy usiłowała wymienić prokuratora generalnego. I sojusz postkomunistów z Partią Demokratyczną należącą dawniej do Plahotniuca. Premierem został związany z Dodonem Ion Chicu. A cała operacja miała na celu legalizację gigantycznej korupcji w którą zamieszani byli ludzie z obu partii tworzących nowy rząd.

Z punktu widzenia interesów międzynarodowych zmiana gabinetu oznacza, że Moskwa przejęła kontrolny pakiet akcji w Mołdawii. Bardzo podobnie wygląda sytuacja w innym miejscu, gdzie testowano współpracę rosyjsko – amerykańską. Rewolucyjne władze Armenii, które przejmowały władzę pod hasłem wyjścia z Unii Euroazjatyckiej są teraz super „rosjoentuzjastyczne”. Na terenie Armenii ma powstać największa rosyjska baza wojskowa poza granicami Federacji Rosyjskiej, sami Ormianie zostali zmuszeni do wysłania kontyngentu wojskowego (teoretycznie humanitarnego do Syrii) a w zamian otrzymali zapewnienia ministra Ławrowa, że Rosja nie pozwoli Azerbejdżanowi na siłowe rozwiązanie konfliktu w Górskim Karabachu. Podobnie jak w Mołdawii Rosjanie w ścisłej współpracy z Zachodem (a ex publico robiąc wręcz wrażenie, że zachodnimi rękoma) pozbyli się lawirującego pomiędzy Moskwą a Brukselą klanu karabachskiego, który rządził w Erywaniu, po czym spokojnie przejęli pakiet kontrolny.

Wygląda na to, że podobny scenariusz realizuje się właśnie w Gruzji. Podobnie jak Mołdawia Gruzja jest rządzona przez jednego superoligarchę – Bidzinę Iwaniszwilego. I mamy do czynienia z drugą już falą masowych demonstracji pod właściwie jednym hasłem „Bidzina musi odejść”. Jeżeli dojdzie do przedterminowych wyborów, to nie można wykluczyć, że w razie sukcesu swoich przeciwników Iwaniszwili, podobnie jak parę miesięcy temu Plahotniuc poczuje gwałtowną potrzebę spotkania z krewnymi za granicą i ucieknie z Gruzji. Powstanie jakaś mniej lub bardziej egzotyczna koalicja jego przeciwników która będzie zmagała się z rosnącym społecznym niezadowoleniem i zakulisowym naciskiem Moskwy. I pod stołem będą trwały transfery „akcji” mające doprowadzić do wyważenia wpływów Zachodu i Moskwy.

Gruzja to już jabłko pełnowartościowe (tędy idą jedyne niezależne od Rosji szlaki przesyłu kaspijskiej ropy i gazu na zachód) więc do rosyjskiego koszyka wpadnie najpewniej nie całe. Ale warto pamiętać, że dyplomacja Moskwy jest bardzo sprawna.

Rzecz jasna kluczowymi elementami toczącej się obecnie gry są Białoruś, Turcja i Ukraina. Tu również dzieją się rzeczy ciekawe. Turcy – nasze media o tym milczą, w odróżnieniu od Rosjan – zaoferowali właśnie Stanom Zjednoczonym pełny dostęp do rosyjskich systemów rakietowych S-400. Formalnie po to, by udowodnić, że systemy te nie stanowią zagrożenia dla tajemnic samolotu F-35. A faktycznie po to, by Amerykanie mogli dokładnie zbadać najnowszy rosyjski system przeciwlotniczy. W zamian Trump obiecał wznowienie programu sprzedaży tych samolotów nad Bosfor. Na dodatek przemilczał kolejną falę aresztowań (proamerykańskich) oficerów w tureckiej armii i dyskretnie zablokował proces uznania rzezi Ormian za ludobójstwo. Po niemal jednogłośnym przyjęciu przez Izbę Reprezentantów stosowna uchwała został zatrzymana w Senacie przez bliskiego Trumpowi senatora Lindseya Grahama. Można przypuszczać, że kluczowa rozgrywka o przeciągnięcie Turcji odbędzie się w Syrii i na Bliskim Wschodzie. Gwałtowna rozbudowa bazy rosyjskiej w Armenii świadczy jednak o tym, że Moskwa Turkom nie za bardzo ufa i chce mieć możliwość operowania z kraju, który uważa za łatwiejszy do zdyscyplinowania.

Ukraina która stała się – niespodziewanie dla Kijowa – kluczowym elementem wewnątrzamerykańskiej rozgrywki o władzę, jest coraz wyraźniej naciskana, by „dogadać się z Rosją”. Przy czym określenie to oznacza po prostu kapitulację. Przyjęcie sławetnej formuły Steinmeira jest w istocie zamrożeniem jakichkolwiek ukraińskich dążeń do włączenia się w struktury Zachodu. A na dodatek prezydent Zełeński będzie najprawdopodobniej zmuszony do milczenia w kwestii Krymu, co w Paryżu i Waszyngtonie zostanie odczytane jako milcząca zgoda na zniesienie sankcji wobec Rosji.

Jest paradoksem, że najwięcej kłopotów Putin ma na razie z Aleksandrem Łukaszenką. Pozornie łatwy, lekki i przyjemny koncept rozwiązania kryzysu sukcesyjnego w Moskwie poprzez przyłączenie Białorusi komplikuje się, gdyż Łukaszenka nagle ogłasza, że nie potrzebuje rosyjskiej bazy wojskowej, a tak w ogóle to najbardziej kocha Polskę, od której będzie kupował ropę i gaz. Co jest jasnym komunikatem do Putina: „chcę być prezydentem a nie rosyjskim gubernatorem”.

Dodatkowym elementem całej tej układanki jest Bliski Wschód, który Amerykanie zdają się oddawać Rosjanom w zamian za gwarancje bezpieczeństwa Izraela i utrzymania dominacji na Półwyspie Arabskim. Tyle, że los porozumień w sprawie Mołdawii czy Armenii wskazuje, iż Moskwa gra mocno znaczonymi kartami. A na dodatek coraz mocniejsze wpływy na tym obszarze zdobywają Chiny. Co prawda Pekin na razie koncentruje się na wyjęciu z rosyjskiego koszyczka państwa Azji Środkowej, ale coraz bardziej współpracuje z Iranem, który może okazać się kluczowym obszarem rywalizacji rosyjsko – chińskiej.

Dramatyczna jest w tej grze mocarstw nieobecność Unii Europejskiej. Europa zajęta swoimi wewnętrznymi sprawami całkowicie zrezygnowała z aktywności na obszarze będącym jej bezpośrednią strefą bezpieczeństwa. Singlowe gry Niemców (propozycja Pani Minister Obrony by wprowadzić do Syrii siły międzynarodowe) czy szarże prezydenta Macrona, tylko obnażają słabość Europy jako całości. Europy w wielkiej grze nie ma. A jeżeli Bruksela nie zdoła dokonać własnej „projekcji siły” to staje się coraz mniej wartościowym sojusznikiem dla Waszyngtonu.

Z dotychczasowych rozgrywek wynikają dwa wnioski. Pierwszy, który potwierdza obserwacje z czasów arabskiej wiosny jest taki, że starzy dyktatorzy (czy nie budzący sympatii przywódcy – wszystko jedno) są znacznie bezpieczniejszym wyborem niż rewolucjoniści z dyplomami Harvarda. Maia Sandu, Nikol Paszynian, liderzy demokratycznej opozycji w Gruzji czy Wołodymyr Zełenski okazują się znacznie mniej odporni na nacisk z Moskwy niż starzy liderzy: Plahotniuc, Sarkisjan czy Iwaniszwili. Ci ostatni nauczyli się lawirowania niczym lokalni książęta w imperium Dżyngis-Chana. Składali trybut i robili swoje. Ci pierwsi chcą być uczciwi wobec swoich zwolenników i toną w ruchomych piaskach made in Moscow. To nie przypadek, że o ból głowy przyprawia Putina rządzący od ćwierćwiecza Łukaszenka.

Wniosek drugi jest taki, że maksyma księcia Saliny, iż trzeba zmienić wszystko, by wszystko zostało po staremu zdaje się dziwnie sprawdzać w polityce na niestabilnym obszarze Środkowego Wschodu i wschodniej Europy. Turcja pożeglowała na chwilę w stronę Rosji, ale okazało się, że bez kilkudziesięciu miliardów zachodnich pieniędzy grozi jej totalne załamanie gospodarki więc mimo potężnych emocji antyamerykańskich nakręconych przez Erdogana Turcy slalomem i niechętnie zdają się wracać do współpracy z USA. Z kolei koncept stworzenia wokół granic rosyjskich strefy rozrzedzonego bezpieczeństwa kontrolowanej z Moskwy zdaje się coraz wyraźniej materializować. Zgodnie z analizami rosyjskich specjalistów prawdziwe zagrożenie idzie ze wschodu. O ile rosyjski koszyczek na zachodzie i środkowym wschodzie wypełniają dorodne jabłuszka o tyle w Azji Środkowej zaczynają one z tego koszyka wypadać. Ale to już materiał na oddzielny felieton.