Kowboje na roponośnych polach
Andrzej Krajewski 14.01.2020

Amerykę wepchnęły na Bliski Wschód jej koncerny naftowe, bo tam była ropa. Dziś bez tamtejszych złóż Stany Zjednoczone mogą się spokojnie obejść, lecz jak to w życiu bywa łatwiej wejść niż potem wyjść.

 

Jeszcze sto lat temu ziemie wokół Zatoki Perskiej były dla Waszyngtonu bardzo mało interesującym rejonem. Tym bardziej, że po zakończeniu I wojny światowej w USA triumfował izolacjonizm. To prezydent Woodrow Wilson nadzorował treść głównych ustaleń Traktatu wersalskiego oraz wymyślił Ligę Narodów. Tymczasem zarówno ratyfikację traktatu, jak i przystąpienie Ameryki do organizacji, mającej stać na straży światowego pokoju, zablokował Kongres. Politycy głoszący, że Stany Zjednoczone muszą trzymać się z dala od awantur generowanych przez Stary Kontynent, święcili triumfy. Wyborcy zaś gremialnie poparli postulat powrotu do doktryny Monroe’go. Zakładała ona, iż USA nie dopuszczą do ingerencji innych mocarstw w sprawy obu Ameryk, a jednocześnie odizolują się od Europy i jej kolonialnych przedsięwzięć. W tym konsensusie powstał jeden, mały wyłom za sprawą konkurencyjnego imperium.

Podczas I wojny światowej Wielka Brytania przekonała się, jak strategicznie ważną sprawą jest posiadanie własnych złóż ropy naftowej. Pozbawione nich Niemcy w 1918 r. nie potrafiły zapewnić armii dostaw paliwa dla samolotów, ciężarówek i nielicznych czołgów, a także wytwarzanych z ropy naftowej smarów. Tymczasem na froncie osie kół konnych wozów i dział, bez regularnego smarowania, szybko się zakleszczały. Ucząc się na błędach wroga Londyn zażądał od Turcję na konferencji w San Remo w 1919 r. zgody, by firma Anglo-Persian Oil przejął udziały Deutsche Banku w spółce Turkish Petroleum Company.

Należąca do rządu Wielkiej Brytanii korporacja została utworzona dziesięć lat wcześniej w celu eksploatacji złóż naftowych w ówczesnej Persji (wkrótce przemianowanej na Iran). W San Remo Turcy musieli oddać kontrolę nad Irakiem Anglikom i Francuzom, natomiast złoża ropy naftowej przekazać Anglo-Persian Oil.

Gdy o tych ustaleniach dowiedzieli się Amerykanie w Waszyngtonie zawrzało. Do Departamentu Stanu zaproszono na konsultacje prezesa największego amerykańskiego koncernu naftowego Standard Oil Company Waltera Teagle. Ten potwierdził, że w rękach Brytyjczyków znalazły się wszystkie, najważniejsze pola naftowe, znajdujące się poza granicami Stanów Zjednoczonych. To było dla Amerykanów niczym siarczysty policzek. Dzięki nim Wielka Brytania wyszła zwycięsko z wojny, po czym położyła łapę na (wedle oceny ówczesnych ekspertów) większości światowych zasobów ropy. W Departamencie Stanu USA sformułowano wkrótce nową doktrynę głoszącą, że Ameryka nigdy nie zaakceptuje odcięcia od dóbr, na które żadne mocarstwo nie ma prawa mieć monopolu. Wszyscy wiedzieli, że chodzi o ropę. Następnie sekretarz handlu USA Herbert Hoover, razem z sekretarzem stanu Charlesem Hughesem w maju 1921 r. zorganizowali w Waszyngtonie spotkanie z prezesami amerykańskich koncernów naftowych. Stawili się na nim szefowie: Standard Oil Company, Gulf, Texaco i Mobil.

„Przedstawiciele przemysłu zostali wezwani do Waszyngtonu, gdzie powiedziano im, aby pojechali na Bliski Wschód i dostarczyli stamtąd towar” – lakonicznie zrelacjonował przebieg całej konferencji szef koncernu Gulf Charles Hamilton, gdy w 1945 r. zeznawał przed senacką komisją, badająca kwestie powiązań rządu USA z przemysłem naftowym.

Po tym spotkaniu Departament Stanu (wbrew doktrynie Monroe’go) przekazał Londynowi, że Ameryka życzy sobie udziałów w irackich złożach. Podczas wojny światowej Wielka Brytania, by przetrwać, musiała zaciągać ogromne kredyty w USA, terminy spłat zbliżały się nieuchronnie, a Waszyngton mógł je odroczyć lub też nie. To, plus groźba konfliktu wystarczyły, by premier Lloyd George wykazał skłonność do ustępstw. Ustalić ich szczegóły pojechał do Londynu w lipcu 1922 r. Walter Teagle. Brytyjczycy musieli zgodzić się, by Anglo-Persian Oil odsprzedał konsorcjum, tworzonemu przez amerykańskie firmy, 20 proc. swoich udziałów w Turkish Petroleum Comapny. Do spółki, przekształconej w 1925 r. w Iraq Petroleum Company (IPC) dopuszczono jeszcze Francuzów (nagradzając wkład wniesiony w I wojnę światową) z państwowej firmy Francaise de Petrole. Formuła IPC zapewniła Zachodowi solidarną eksploatację pól naftowych Iraku.

Jednak, po tym jak drzwi na Bliski Wschód zostały przez Wielką Brytanię uchylone, amerykańskie koncerny naftowe krok po korku poszerzały obszar swego działania. Szczególnie dobry pomysłem okazała się ekspansja na terenie Arabii Saudyjskiej, której król Ibn Saud uchodził za najuboższego władcę w rejonie Zatoki Perskiej. W obejmującym piaszczyste równiny królestwie jedyny, pewnych dochód przynosili mu pielgrzymi, płacący myto za wpuszczenie do Mekki. Prezes Socala, konkurującego z pozostałą czwórką amerykańskich koncernów naftowych, William Berg, wykupił od króla prawo do eksploatacji pól naftowych, jakich istnienie pod piaskami Arabii Saudyjskiej podejrzewali geolodzy. Płacąc za koncesję obietnicą udzielenia … niskooprocentowanej pożyczki wy wysokości 30 tys. funtów oraz 5 tys. funtów opłaty rocznej, jeśli złoża zostaną odnalezione. Trudno sobie wyobrazić lepszy interes od tego, jaki zrobili amerykańscy nafciarze. Jedyną przeszkodą okazali się konkurenci z Texaco. Jego szef Torkild Rieber pognał w 1936 r. ze skargą do Departamentu Stanu, że Socal chce wszystkie złoża w Arabii tylko dla siebie. Po upomnieniu z Waszyngtonu William Berg podzielił się z Texaco w zasadzie darmową koncesją od Ibn Sauda. Przy czym obie korporacje, jako premię za oddanie im kontroli nad najzasobniejszymi w świecie polami naftowymi, dorzuciły dwie luksusowe limuzyny. Tak zachwyciły one króla, że większych udziałów w zyskach zaczął domagać się dopiero podczas II wojnie światowej.

Nota bene jej wybuch zmusił Waszyngton do tego, żeby zacząć poważnie myśleć o przerzucaniu wojska na Bliski Wschód. Co ciekawe Wielka Brytania, jeśli chodzi o ten obszar świata, uparcie unikała poproszenia Amerykanów o wsparcie, choć miejscowa ludność nie ukrywała swych proniemieckich sympatii. Kiedy w 1941 r. wywiad zaczął alarmować premiera Winstona Churchilla, że szach Iranu Reza Pahlawi zamierza zawszeć sojusz z Hitlerem, brytyjski premier poprosił o pomoc swego nowego sojusznika Józefa Stalina. Wkrótce do dawnej Persji wkroczyły wojska obu mocarstw, a szach musiał abdykować, przekazując tron swemu nastoletniemu synowi Mohammadowi Rezę Pahlawi’emu.

Amerykanie jednak nie zmierzali pozwolić na wyłączenie ich z gry i w 1943 r. rząd USA sfinansował budowę rurociągu z pól naftowych Arabii do portu Sidon w Libanie. Przy tej okazji, by chronić strategiczne przedsięwzięcie przez dywersantami, zaczęto sukcesywnie rozmieszczać kolejne bazy wojskowe w krajach Zatoki Perskiej. Dwa lata później, wracający z konferencji w Jałcie na pokładzie krążownika „Quincy”, prezydent Franklina D. Roosevelta, zawitał do Arabii. Tam obiecał królowi Ibn Saudowi dostawy broni, w tym samolotów bojowych w zamian za utrzymanie monopolu koncernów naftowych z USA. Wkrótce powstała spółka Aramco (Arabian American Oil Company), którą tworzyły wspólnie amerykańskie korporacje z myślą nie tylko o utrzymaniu wpływów w królestwie Saudów ale też poszerzeniu ich na inne obszary Bliskiego Wschodu. Znakomita okazja ku temu nadarzyła się w 1951 r., gdy nowy premier Iranu Mohammad Mosaddegh zaskoczył Londyn dekretem nacjonalizującym w jego kraju pola naftowe oraz cały majątek Anglo-Persian Oil. Co ciekawe zostało to zrobione za cichym przyzwoleniem Departamentu Stanu USA. Gdy zaś rząd Clementa Attlee ogłosił blokadę morską Iranu i szykował się do posłania z odsieczą swoim nafciarzom korpusu ekspedycyjnego, zamiary te zablokował prezydent Harry Truman. Cały pech Mosaddegha polegała na tym, że przedterminowe wybory w Wielkiej Brytanii wygrali konserwatyści, którym przewodził Winston Churchill. Niedługo potem druga kadencja Trumana dobiegła końca, a nowym prezydentem został stary przyjaciel Churchilla z czasów II wojny światowej gen. Eisenhower. Tuż po jego zaprzysiężeniu 18 lutego 1953 r. przyjechał do Waszyngtonu szef brytyjskiego wywiadu John Sinclair. Zaufany człowiek Churchilla spotkał się ze świeżo mianowanym dyrektorem CIA Allenem Dullesem, by zaprezentować mu wstępny plan zamachu stanu w Iranie. Wkrótce prezydent Eisenhower zaakceptował operację „Ajax” i w sierpniu 1953 r. amerykański wywiad do spółki z MI6 zorganizowały pucz, po który Mosaddegh wylądował w areszcie domowym na resztę życia. Nowym premierem Iranu został gen. Fazlollah Zahedi. Jednocześnie Amerykanie zadbali, żeby realną władze otrzymał, szczerze im za to wdzięczny szach Mohammad Reza Pahlawi. Najlepszym dowodem wdzięczności okazało się wycofanie irańskiego rządu z nacjonalizacji przemysłu naftowego.

Po tym sukcesie Amerykanie udowodnili Brytyjczykom, że nie ma „darmowych obiadów”. Na konferencji w Londynie w grudniu 1953 r., podczas spotkania przedstawicieli USA i Wielkiej Brytanii oraz prezesów największych firm naftowych, strona brytyjska usłyszała propozycję nie do odrzucenia. Eksploatacją irańskich złóż miała się zająć nowo tworzona spółka National Iranian Oil Company (NIOC), przy czym 60 proc. udziałów w niej otrzymywały koncerny naftowe z USA. Anglo-Persian Oil, którego nazwę w międzyczasie zmieniono na nie budzącą złych skojarzeń British Petroleum (BP), musiał zadowolić się 40 proc. Bezsilny Churchill przełknął kompromis, natomiast USA przejęły nadzór nad całym obszarem Zatoki Perskiej. Wydobywana tam ropa zaspokajała wówczas ponad 60 proc. światowego zapotrzebowania na ten surowiec, co powodowało, że ten kto panował na Bliskim Wschodzie, jednoczesnej kontrolował główne źródła najważniejszego surowca energetycznego nowoczesnej cywilizacji. Jednak wielki triumf Stanów Zjednoczonych szybko zaczął przeradzać się w uciążliwe, nigdy niekończące się zmagania. Ameryka musiał wziąć na siebie rolę hegemona a zarazem rozjemcy w rejonie, który zmienił się w najbardziej zapalny punkt świata. W krajach arabskich i Iranie USA najpierw walczyły z rosnącą fala nacjonalizmu, następnie religijnego fundamentalizmu. Na dokładkę stały się protektorem najbardziej znienawidzonego na Bliskim Wschodzie państwa Izrael. Zaakceptowanie w latach 70. przez Waszyngton nacjonalizacji złóż roponośnych w krajach Arabskich niewiele zmieniło. Podobnie, jak powstrzymanie się od interwencji w Iranie, gdy władze w 1979 r. przejął tam ajatollah Chomeini. Jednak dopiero prawdziwą ironią losu są współczesne nam czasy. Gdy po rewolucji łupkowej Ameryka stała się zupełnie samowystarczalna i z importera ropy naftowej zmieniła w jej eksportera. Jednocześnie nie mogąc wycofać swych wojska z krajów Zatoki Perskiej, ponieważ oznaczałoby to serię wojen, których i tak Waszyngton nie mógłby zostawić bez odpowiedzi.