Krajobraz powyborczy
Kamil Rybikowski 30.10.2019

Rekordowa frekwencja, rekordowy wynik wygranego komitetu, wszystkie komitety ogólnopolskie przekraczające próg oraz inna większość w Senacie, niż w Sejmie. To będzie pod wieloma względami wyjątkowy parlament. Bardzo zróżnicowany, gdyż zasiądą w nim równocześnie monarchiści pokroju Grzegorza Brauna i skrajna lewica z partii Razem. Czy będzie on parlamentem lepszym?

Zwycięstwo, bez euforii

Ponad 8 milionów głosów na Prawo i Sprawiedliwość w wyborach sejmowych musi robić wrażenie. Procentowy wynik 43,59% także, choć to o prawie 2 punkty procentowe mniej niż w wyborach europejskich. Przed kilkoma miesiącami mieliśmy jednak rywalizację dwóch dużych komitetów i drobnicę, spośród której jedynie Wiosna Roberta Biedronia minimalnie przekroczyła próg. Rozdrobnienie opozycji na trzy bloki sprawiło, że więcej osób zdecydowało się wybrać któryś z nich. Łączny wynik trzech formacji: Koalicji Obywatelskiej, Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Polskiego Stronnictwa Ludowego jest wyższy procentowo od wyniku Koalicji Europejskiej, nawet sumując ją z wynikiem Wiosny. Wielu komentatorów ubolewa, że opozycja nie wystartowała zjednoczona gdyż wtedy wygrałaby z PiS. Osoby te nie dostrzegają jednak tego, że rozdrobnienie opozycji okazało się jej siłą a powtórzenie scenariuszu z maja, skończyłoby się najpewniej pokaźniejszym wynikiem PiS.

Dlatego, mimo bezdyskusyjnej wygranej pewien zawód w obozie rządzącym ma miejsce. Po cichu liczono, że chociażby wprowadzone od 1 lipca tego roku rozszerzenie programu 500+ na pierwsze dziecko powiększy bazę elektoratu PiS. Mówiło się zbliżeniu do 50%. Nic jednak takiego nie miało miejsca. Ponadto, sytuacja wewnętrzna i zewnętrzna ułożyła się najgorzej jak mogła dla PiS. Próg 5% przekroczyły wszystkie komitety ogólnopolskie, powodując, że mieliśmy najmniejszy w historii procent tzw. głosów straconych. Nie dało to handicap, jaki w takiej sytuacji dostaje zwycięska partia. Partia Kaczyńskiego mimo o 6% lepszego wyniku w 2015 roku ma dokładnie tyle samo mandatów ile cztery lata temu. Cztery lata temu istniał jednak niespójny ideologicznie klub Kukiz’15, w którym łatwo znaleźć można było sojuszników. Sporo posłów wybranych z list Kukiza trafiło ostatecznie do klubu PiS, środowisko Kornela Morawieckiego utworzyło satelickie wobec PiS-u koło Wolnych i Solidarnych. W obecnym parlamencie wszystkie formacje opozycyjne są jednak mocno zdystansowane wobec obozu „dobrej zmiany” i trudno sądzić, że uda się w ciągu całej kadencji pozyskać znaczną liczbę nowych sojuszników w ławach parlamentu.

A to powoduje, że na znaczeniu zyskują tzw. przystawki, czyli partię Jarosława Gowina i Zbigniewa Ziobry. Jeden i drugi chwalą się liczbą 18 poselskich „szabel”. W kończącym się Sejmie ich liczba była o ponad połowę mniejszą, w dodatku łatwiej można było pozyskać głosy innych formacji, o czym pisałem wcześniej. W sprawie, chociażby ustawy „Apteka dla aptekarza”, której nie poparli ludzie Gowina w sukurs rządzącym przyszło Polskie Stronnictwo Ludowe. Trudno wyobrazić sobie sytuację, w której Gowin lub Ziobro opuszczają obóz Zjednoczonej Prawicy. Wszyscy są na siebie skazani, bo PiS bez nich traci samodzielną większość, lecz z drugiej strony utrata większości skończyć by się mogła przyspieszonymi wyborami, w których to nie startując z list PiS, obie formacje mogłyby nie przekroczyć progu wyborczego. Ziobro i Gowin jednak najpewniej dostaną więcej niż dotychczas. Pytanie tylko czyim kosztem? Premiera Morawieckiego? Wicepremiera Glińskiego, który osiągnął daleki od zadowalającego wynik w Łodzi? A może posunąć się będzie musiał nieco Zakon PC, z takimi politykami jak Krzysztof Tchórzewski (zbierającymi nie najlepsze recenzje w Ministerstwie Energii).

Poza personaliami mniejsi partnerzy będą starali się narzucać narrację całemu obozowi – tyle że Porozumienie i Solidarna Polska chcą iść w zupełnie innym kierunku. Patryk Jaki z Solidarnej Polski wskazał na problem lekceważenia na prawicy zmian społecznych na tle światopoglądowym, powtarzając nieco przekaz Konfederacji. Z drugiej strony Porozumienie chciałoby złagodzenia kursu i zwrócenia się ku klasie średniej i elektoratowi z większych miast. Dlatego np. partia ta walczy z likwidacją limitu 30-krotności składek na ZUS. Tych dwóch narracji nie da się jednak połączyć, więc przez najbliższe cztery lata należy spodziewać się przeciągania liny w jedną, bądź drugą stronę, w zależności od tego, jaka grupa będzie w danym momencie silniejsza.

Dzisiaj Senat, jutro Prezydent?

Największym problemem powyborczym dla Prawa i Sprawiedliwości jest jednak brak większości w Senacie. Większości, którą Prawo i Sprawiedliwość straciło na własne życzenie. Opozycja postawiła w wyborach senackich na kilka głośnych nazwisk m.in. Bogdana Zdrojewskiego, prezydenta Gliwic Zygmunta Frankiewicza czy zdolnego młodego polityka Krzysztofa Brejzę. W szeregach PiS takich nazwisk brakowało. Nie doceniono także paktu senackiego, który spowodował, że większość głosujących do Sejmu na Koalicje Obywatelską, SLD i PSL do Senatu wsparła opozycyjnego kandydata, reprezentującego jedno z tych trzech ugrupowań. Kandydaci PiS do Senatu bardzo często robili słabą kampanię, będąc przekonanym o swoim zwycięstwie. Wielu z nich spotkało duże rozczarowanie.

Senackiej porażki nie byłoby, jednak gdyby kandydatów PiS poparli tłumnie sejmowi wyborcy Konfederacji, która to raczej nie wystawiała kandydatów do wyższej izby parlamentu. Politycy Zjednoczonej Prawicy ostro atakowali jednak Konfederację, głównie z powodu obaw przed utraty na jej rzecz poparcia w Sejmie. Spowodowali jednak tym samym, że ci nie dość, że nie poparli PiS do Sejmu, to jeszcze często nie głosowali na kandydatów tej partii do Senatu. Szczególnym prym w dezawuowaniu Konfederacji wiodła Telewizja Publiczna, która była zresztą kilkukrotnie skarżona do sądu przez przedstawicieli Komitetu Wyborczego Konfederacja. TVP w sądzie przegrywała, lecz nie wykonywała jego wyroku lub też robiła to w sposób niewłaściwy. Powszechne kojarzenie TVP z PiS-em zaszkodziło partii rządzącej.

Brak większości w Senacie umożliwia rządzenie, aczkolwiek nieco je utrudnia. Wydłuży się proces legislacyjny, przedstawiciele rządu będą przyciskani na sesjach i komisjach Senatu na temat konkretnych ustaw. Marszałek Senatu ma także prawo do wygłoszenia orędzia w Telewizji Publicznej, co opozycja może wykorzystać w swoim sporze z tą telewizją. PiS będzie musiał także dogadać się z opozycją w sprawie obsadzenia kilku stanowisk, których nowa kadencja rozpocznie się w tej kadencji Sejmu m.in. Rzecznika Praw Obywatelskich czy Prezesa IPN-u.

Wyniki senackie szczególnie niepokoić mogą Prezydenta. Kandydaci PiS często przegrywali w sytuacjach, gdy wybierano jedynie między dwoma kandydatami i to w okręgach, gdzie wcześniej senatorem był kandydat PiS (Okręg 40, 95 czy 96). Rodzić to może obawy przed reelekcją dla Andrzeja Dudy, zwłaszcza w sytuacji, kiedy w drugiej turze zmierzyłby się w niej z kandydatem zdobywającym poparcie większości opozycji. Perspektywa utraty prezydentury to perspektywa rządów administrujących, które nie mogą już wprowadzać żadnych zmian systemowych. W dodatku przy jednoczesnej kontroli Senatu opozycyjny Prezydent mógłby w sytuacjach sporów z rządem odwoływać się do woli suwerena, zarządzając referendum (zgodę na nie wyraża Senat). Powstałoby nawet pytanie, czy takie rządzenie byłoby w ogóle możliwe i nie skończyłoby się na przedterminowych wyborach. Stawka wyborów prezydenckich jest więc ogromna. Opozycja musi szybko wyłonić sposób wyboru kandydata i rozpocząć jego kampanię. Prawo i Sprawiedliwość, które będzie popierać obecnego Prezydenta pewnie do tego czasu wstrzyma się z wszelkimi decyzjami, które mogą budzić kontrowersje wśród elektoratu.

Zmierzch Platformy

Grzegorz Schetyna to chyba jedyny z partyjnych przywódców, który nie może spać spokojnie o swoją przyszłość. Listy układał, co prawda tak, aby nie stała się mu krzywda, ale osiągnął gorszy niż się zapewne spodziewał. 27% dla Koalicji Obywatelskiej to mniej niż łączny wynik Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej w roku 2015. W dodatku wzmocniony został PSL a do Sejmu wróciła lewica. Zwycięstwo w Senacie dla Grzegorza Schetyny jest marnym pocieszeniem, zwłaszcza że za dobry wynik odpowiadają m.in. politycy będący w konflikcie z liderem PO jak np. Bogdan Zdrojewski.

Komitet, choć koalicyjny, ma tak naprawdę jedną główną partię. Nowoczesna wprowadziła jedynie 8 posłów, Inicjatywa Polska Nowackiej i Zieloni jeszcze mniej. Jedyną liczącą się siłą w tej koalicji jest Platforma Obywatelska. W styczniu wybory na szefa tej partii wcześniej wybrany zostanie przewodniczący klubu. Niezależnie do tego, czy Schetyna się u władzy utrzyma, czy też zostanie wybrany nowy przewodniczący przyszłość tej formacji politycznej nie rysuje się w różowych barwach. Kolejne lata w opozycji, przyzwyczajonych do rządzenia działaczy Platformy Obywatelskiej może doprowadzić do odpływu struktur. Pojawiła się także alternatywa, w postaci innych niż Platforma partii opozycyjnych wobec PiS-u. Zarówno lewica, jak i PSL będą chciały zdobywać elektorat obecnie głosujący na PO, nie szczędząc przy tym głosów krytyki tej partii. Obie mają tę zaletę, że ich przekaz programowy jest bardziej spójny. Platforma nie chce i nie może ścigać się z lewicą o progresywny elektorat, gdyż straci swoje konserwatywne skrzydło. Temu zaś bowiem przeszkadzać mogą w obozie PO tak radykalnie lewicowi politycy, jak Barbara Nowacka, zwłaszcza gdy pojawiła się ciekawa alternatywa w postaci PSL-u z odnowionym przekazem.

Pocieszać się Platforma może tym, że wielu na straty spisywało ją już cztery lata temu, po pierwszej wyborczej porażce. Wtedy w sondażach partia Schetyny zaczęła tracić poparcie na rzecz Nowoczesnej. Wpadki ówczesnego lidera Nowoczesnej Ryszarda Petru sprawiły, że sytuacja po kilku miesiącach wróciła do normy i to ostatecznie Platforma wchłonęła Nowoczesną. Wydaje się jednak, że Władysław Kosiniak-Kamysz i Włodzimierz Czarzasty to zdecydowanie bardziej wytrawni politycy i nie popełnią tak prostych błędów, jak były lider Nowoczesnej.

PSL z nowym elektoratem

Polskie Stronnictwo Ludowe to największy wygrany tych wyborów, ale i najciekawsze zjawisko socjologii wyborczej. Ludowcy mieli walczyć w tych wyborach o życie, a zwiększyli swój wynik o ponad 3 procent, wprowadzając prawie dwukrotnie większą liczbę posłów, niż miało to miejsce w 2015. PSL nie stracił wyborców, którzy w maju głosowali na kandydatów tej partii w ramach Koalicji Europejskiej, ponadto wróciła część wyborców, którzy ze względu na ten sojusz nie postawili krzyżyka w odpowiednim kwadrancie.

Pojawił się jednak elektorat, który zdecydował się na wybór PSL-u, mimo iż wcześniej był od tej partii dość odległy. Dobry wynik PSL zanotował np. w mniejszych miastach, ale i w metropoliach, wcześniej nieobecny dał o sobie znać. Po raz pierwszy w historii III RP kandydat PSL, w osobie Władysława Teofila Bartoszewskiego, zdobył mandat poselski w okręgu warszawskim. PSL sięgnął również po mandaty w innych typowo miejskich okręgach takich jak Gdańsk, Wrocław czy Kraków.

Niekoniecznie efekt ten powstał dzięki sojuszowi ze środowiskiem Pawła Kukiza. Mariaż ten, uznawany za dość egzotyczny, nie zaszkodził, ale raczej myli się ten, który twierdzi, że też przyniósł jakąś wymierną liczbę głosów. Wyborcy Kukiza z poprzednich lat raczej przerzucili swoje głosy na Konfederację, która stała się jedynym reprezentantem tzw. antysystemu. Ruch Kukiz’15, choć wprowadził kilku posłów, w tym samego Pawła Kukiza, faktycznie przestaje istnieć. Rozpłynie się w klubie PSL, ktoś może skusi się jeszcze na jakiś transfer do PiS-u. Zwłaszcza że zgodnie z zapowiedzią PSL-u nie będzie transferu subwencji na działalność, związaną z byłą już trzecią siłą polityczną w Polsce.

Przed PSL-em nie lada wyzwanie. Przestali być oni partią agrarną. Taki jest zresztą trend europejskich, gdyż wszędzie takowe formacje  znikają ze sceny politycznej. Na PSL swój głos oddało 11,6% mieszkańców wsi, co jest niewiele lepszym wynikiem niż wynik ogólny tej partii. Zaufało im wielu wyborców, którzy chcą głosować na partię środka. Często to elektorat drobnych przedsiębiorców, umiarkowanie wolnorynkowy i konserwatywny. Pytanie, czy PSL jest w stanie ten elektorat utrzymać. Badania pokazywały, że jest to elektorat najmniej zmobilizowany do pójścia na wybory. Może on szukać alternatyw, w ewentualnych nowych ruchach politycznych.

O ile siłą ugrupowania jest lubiany lider Władysław Kosiniak-Kamysz, to wśród posłów tej partii próżno szukać szczególnie wielu nowych twarzy. O sile klubu stanowić będą posłowie z poprzedniej kadencji, kukizowcy i pozostali koalicjanci, byli europosłowie czy ministrowie jak Andrzej Grzyb czy Jolanta Fedak. Politycy ci muszą nauczyć się mówić do nowego typu wyborcy. Wyborcy, który jest dość kapryśny – wątpliwe jest, aby tolerował zbliżenie się zarówno do Prawa i Sprawiedliwości, jak i do szerokiego obozu opozycji wraz z lewicą. Możliwe, że mamy do czynienia z końcem PSL jako partii obrotowej. Kolejny obrót mógłby być bowiem dla niej śmiertelny.

Lewica wraca

Po czterech latach przerwy lewica wraca do polskiego parlamentu. Wraca ponownie pod nazwą Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Sam powrót można oczywiście upatrywać w kategoriach sukcesu, wydaje się jednak że środowisko to czuć powinno pewien niedosyt. Właściwie od 2005 roku lewicowe formacje dostają między 10% a 15%, jedynie w 2011 za sprawą ruchu Palikota (który nie przyciągał tylko typowego lewicowego elektoratu) ten wynik był nieco wyższy. W 2015 roku, poprzez rozbicie, pójście jako koalicja i wyjątkowo dobry wynik Partii Razem, SLD znalazło się poza Sejmem. W tym roku przy zjednoczeniu, do takowej anomalii już nie doszło.

Narracja kampanii wydawać by się mogła lewicy sprzyjać. Prawo i Sprawiedliwość mocno akcentowało w niej sprawy światopoglądowe, w których to lewica była najbardziej zadeklarowaną opozycją. Legalna aborcja, małżeństwa homoseksualne i krytyka Kościoła to hasła, które nie wzbudzają aprobaty wśród większego niż 15% grona wyborców. Wyborców socjalnych lewica właściwie nie posiada, gdyż wiarygodniejszy w tym zakresie jest PiS. W parlamencie łatwiej budować przekaz niż poza nim, być może więc notowania lewicy nieco wzrosną. Dużo jednak zależy od współpracy pomiędzy trzema podmiotami tworzące klub parlamentarny. Animozji w tym środowisku bowiem nie brakuje, co pokazał, chociażby przykład Moniki Jaruzelskiej, startującej do Senatu bez poparcia Sojuszu.


Konfederacka zagadka

Przekroczenie progu przy frekwencji 61% wydaje się czymś niemożliwym dla formacji o tak radykalnym przekazie, jak Konfederacja. A jednak udało się próg przekroczyć i to dość zdecydowanie, choć niekorzystna dla tej formacji metoda d’Honda zaowocowała jedynie 11 mandatami i niemożnością stworzenia własnego klubu poselskiego. Reprezentacja sejmowa Konfederacji jest nieliczna, ale mocno zróżnicowana. Pięciu przedstawicieli Ruchu Narodowego, pięciu członków Partii Korwin i Grzegorz Braun. A i wewnątrz tych dwóch grup pewne podziały są dostrzegalne – nie trudno bowiem dostrzec różnice w przekazie Janusza Korwin-Mikke a np. przewodniczącego koła Jakuba Kuleszy.

Wokół tego ugrupowania rodzi się, więc kilka pytań. Przede wszystkim jak bardzo jest to byt trwały? Różnice ideowe są wyraźne np. kwestii imigracji czy dopuszczalnego protekcjonizmu gospodarczego. Poszczególne zręby Konfederacji inaczej także budują swój przekaz – jedni na obronie tradycyjnych wartości, drudzy bardziej na promocji wolnego rynku. Kilku liderów, słynnie też z wypowiedzi, które to – łagodnie rzecz ujmując – budzą rozmaite kontrowersje. Z drugiej strony spoiwem jednoczącym całe środowisko może być wspólna partia, która otrzyma przeszło 6 mln złotych rocznie partyjnej subwencji.

Innym pytaniem jest, czy Konfederacja przysłuży się debacie publicznej czy wręcz przeciwnie? W wielu sprawach jako jedyna wyraża zdanie odmienne od całej reszty formacji jak np. w sprawie programów społecznych takich jak 500+ czy trzynasta emerytura, do których jest nastawiona, jeśli nie wrogo, to przynajmniej krytycznie. Wyborcy, krytyczni wobec transferów społecznych nie mieli specjalnie swojej parlamentarnej reprezentacji. Jej pojawienie się wypełnia tę lukę. Kilka kontrowersyjnych opinii liderów Konfederacji może jednak zniszczyć cały merytoryczny dorobek tego ugrupowania.

W kampanii parlamentarnej przekaz Konfederacji był bardziej stonowany niż europejskiej. W tej wcześniejszej królowała tzw. „piątka Mentzena”, skupienie się na wątku żydowskich roszczeń majątkowych. Niektóre wypowiedzi Konfederatów balansowały na granicy antysemityzmu. Jesienią Konfederacja przede wszystkim mówiła o gospodarce np. proponując powszechną ulgę podatkową 1000 plus. Pierwsze powyborcze dni pokazują, że Konfederacja nie będzie izolowana w mediach, politycy tej partii regularnie pojawiają się nawet w TVP. Być ma to na celu zaskarbienie sobie tego elektoratu przed wyborami prezydenckimi, jednakże nie patrząc na powód zakończenia medialnego embarga, jest to dla Konfederacji spora szansa. Na razie mają dość chwiejny elektorat antysystemowy, muszą jeszcze zawalczyć o ten bardziej umiarkowany, który pozwoli im na dłużej zagościć na scenie politycznej, by nie stać się partią jednego sezonu.

Jednego możemy być pewni – nudno nie będzie. Rzeczywistość polityczna najbliższych miesięcy rodzi więcej zagadek niż miało to miejsce w 2015 roku. Niewielka większość i opozycyjny senat może w przeszłości zwiastować szybsze niż planowane wybory parlamentarne. Na chwilę obecną nie da się jednak jeszcze tego do końca przewidzieć. Kluczowe mogą być, w tej sytuacji wiosenne wybory prezydenckie.