Kreml kontra Internet
Marek Budzisz 02.08.2019

W Rosji wzbiera fala protestów. Ostatnio mogliśmy obserwować to w Moskwie, gdzie w miniony weekend służby porządkowe w czasie demonstracji aresztowały jednego dnia ponad 1300 osób, najwięcej od czasu wojen klubów kibica na początku lat dziewięćdziesiątych. Wcześniej protesty miały miejsce w Jekaterynburgu (likwidacja parku i budowa cerkwi), w związku z budową chińskiej rozlewni wody nad Jeziorem Bajkał, wielkiego wysypiska śmieci w guberni archangielskiej czy próbą regulacji granicy między Inguszetią a Czeczenią. Piszę o dużych protestach o których informacje przebiły się na poziom mediów ogólnorosyjskich, federalnych. Akcji protestacyjnych organizowanych lokalnie przez tamtejsze społeczności czy grupy zawodowe, takie jak np. strajkujący od jakiegoś czasu lekarze nagłej pomocy, jest znacznie więcej. Socjologowie rosyjscy mówią o tym, że kończy się zjawisko nazywane potocznie „krymskim konsensusem”, wzrasta krytycyzm społeczny wobec władz, a zaobserwowano też generalną tendencję – ankietowani zaczynają cenić swobody obywatelskie, takie jak wolność czy demokracja, nawet jeśli ich uzyskanie miałoby pogorszyć ich sytuacje materialną. Innymi słowy, mając do wybory wolność albo dobrobyt, w coraz większym stopniu optują na rzecz tej pierwszej możliwości. Podobne wyniki ostatni raz odnotowano w badaniach rosyjskiej opinii publicznej na początku lat dziewięćdziesiątych.

 

Badania wskazują też na inne zjawisko. Otóż wyraźnej erozji podlega monopol informacyjny rosyjskiego obozu władzy. Federalne kanały telewizyjne są nadal podstawowym źródłem informacji z których Rosjanie czerpią wiedzę, ale dzisiaj jest tak w przypadku 72% populacji, podczas gdy jeszcze dziesięć lat temu było to 94%. Kiedy spojrzy się na przesunięcia sympatii wobec konkretnych kanałów telewizyjnych, to zmiany są jeszcze bardziej symptomatyczne. Kanał 1, uchodzący za najbardziej wojowniczo prokremlowski, stracił znaczną część swej widowni – dziesięć lat temu było to 72%, dziś jest 47%. Zmiany generacyjne widowni telewizyjnej są jeszcze ciekawsze. Obecnie już tylko 42% Rosjan do lat 25 wskazuje telewizję jako swe główne źródło informacji, w przypadku osób powyżej 65 roku życia jest to 93%. Co ciekawe, Rosjanie w ciągu minionego roku w ekspresowym tempie tracili zaufanie do tego w jaki sposób kontrolowane przez władze media elektroniczne przedstawiają sytuacje gospodarczą i perspektywy kraju. Liczba uważających, że mówiąc potocznie „telewizja kłamie”, przynajmniej jeśli idzie o sprawy ekonomiczne wzrósł z 45 do 52%. I wreszcie, co chyba w tym badaniu wydaje się najciekawszym, w ciągu ostatniego dziesięciolecia, trzykrotnie (z 9% do 32-34%) wzrosła liczba tych, którzy korzystają z innych, poza telewizją źródeł informacji. Najpopularniejsze są sieci społecznościowe i Internet (stąd te 32 i 34%). Przy czym, jeśli idzie o młodych obywateli Federacji Rosyjskiej do lat 34, to oni w większości korzystają z netu jeśli chcą się czegoś dowiedzieć o Rosji i świecie. Do 24 roku życia robi tak 64% badanych (poprzednio 42%), w grupie osób między 25 a 34 rokiem życia – 56% (poprzednio 49%).

Innymi słowy na naszych oczach kruszeje informacyjny monopol Kremla. Rosyjskim władzom, choć podjęły taką próbę w zeszłym roku, nie udało się poddać kontroli niezależnej platformy Telegram, na której znajduje się większość krytycznych wobec reżimu kanałów informacyjnych. To, że w ubiegłym roku się nie udało, nie oznacza oczywiście, iż podobne działania nie będą podejmowane w przyszłości. Właściwie należałoby napisać, że już Kreml mocno nad tym pracuje. Na początku ubiegłego tygodnia deputowany do Dumy Państwowej Goriełkin, złożył projekt ustawy w myśl której „znaczące” zasoby rosyjskiego Internetu będą traktowane tak jak tradycyjne media. Przypomnijmy, że w rękach zagranicznego kapitału nie może znajdować się obecnie więcej niż 20% firm, które są właścicielami gazet, stacji radiowych, czy telewizyjnych. Później poseł pomysłodawca, należący do frakcji Jednej Rosji, rosyjskiej partii władzy, uściślił, że proponując ustawę chodziło mu przede wszystkim o wielkie rosyjskie koncerny internetowe, takie jak Jandex czy Mail.ru. Problem w tym, że akcje pierwszej z nich, emisji serii A (85% kapitału) są notowane na amerykańskiej giełdzie NASDAQ, a w przypadku drugiej 50% kapitału na rynku londyńskim. Nowa regulacja, a właściwie jej zapowiedź, oznaczająca w praktyce wywłaszczenie dotychczasowych akcjonariuszy, spowodowała, co nie było trudne do przewidzenia, że kurs obydwu firm zaczął pikować. W efekcie w ciągu jednego dnia akcje Jandexu straciły ponad 5% swej wartości i to mimo opublikowania kilka dni wcześniej kolejnego raportu kwartalnego informującego o bardzo dobrych wynikach finansowych firmy. Później, już po tym jak najwyraźniej przestraszony efektem swego projektu ustaw deputowany Goriełkin zaczął wyjaśniać, że możliwe są w nim uzupełnienia i poprawki, kurs nieco wzrósł, ale nadal pozostaje niższy niż przed całą historią. Już jesienią ubiegłego roku akcje firmy podlegały znaczącym wahaniom, po tym jak na rynek wypłynęła informacja, że istotny pakiet, zarejestrowanej w Holandii firmy, kupić może kontrolowany przez rosyjskie władze tamtejszy Sbierbank. Po tym, jak ujawniono, że największy rosyjski bank kupić może nawet 30% akcji koncernu, jego kapitalizacja spadła o 2,8 mld dolarów. Obroty akcjami firmy na amerykańskim rynku wzrosły wówczas ośmiokrotnie, co skłoniło niektórych analityków do mówienia o „panicznej wyprzedaży” inwestorów.

Jest truizmem mówienie o tym, że inwestorzy, zwłaszcza w firmach nowych technologii, są niezmiernie wrażliwi na każdą próbę ingerencji władz, niezależnie od tego, czy są to władze w Moskwie, czy Pekinie. Powód takich reakcji jest banalnie prosty. Rozwój, a nawet utrzymanie pozycji firm tego rodzaju związany jest przede wszystkim z pewnością utrzymania lojalności ludzi, zarówno tych którzy firmę zbudowali i prowadzą, jak i korzystających z jej usług. Łatwo stracić zaufanie konsumentów, łatwo skłonić do odejścia kluczowe osoby z firmy, której przecież główny zasób to pomysły, wiedza i inicjatywa zespołu. Takie zachowanie inwestorów jest czytelnym sygnałem dla władz, w tym wypadku Kremla, że jeśli ma plany związane z ograniczaniem wolności Internetu, to ich realizacja może być po pierwsze nieskuteczna, jak to było z próbami blokady Telegramu, a po drugie, trzeba będzie szukać kapitału na ich rozwój nie na rynkach międzynarodowych, ale we własnej kieszeni. I to jest, jak się wydaje, główny powód ostrożności Moskwy, która odmiennie niż Chiny, nie dysponuje znacznymi zasobami „wolnej gotówki”. Tym bardziej, że działające w Rosji firmy z branży wydobycia węglowodorów już ustawiły się w kolejce po rządowe ulgi i subsydia, niezbędne, ich zdaniem, po to aby ożywić inwestycje w rejonach arktycznych. I tak oto możemy obserwować, jak światowe rynki finansowe, te świątynie chciwego kapitalizmu, stają się obrońcami wolności informacyjnej obywateli Federacji Rosyjskiej.