Krew i pot Borysa Johnsona
Tomasz Wróblewski 23.07.2019

10 maja 1940 Winston Churchill wprowadził się na Downing Street 10. Został premierem w dniu, kiedy upokorzona armia jego królewskiej mości musiała uciekać spod Dunkierki a brytyjskie gazety pisały, że do końca tygodnia Niemcy będą w Londynie. Żadna armia nie zagraża dziś brytyjskim wyspom, ale kraj podzielony jest tak jak był te 79 lat temu. Berlin i Paryż, przekonane że ostatecznie pokonały wewnętrznego wroga i nie dopuściły „populistów” do unijnych sterów. Teraz szykują się na generalną rozprawę z brytyjskimi renegatami. Chcą dać nauczkę światu, a przy okazji zmienić zasad gry tak, żeby w przyszłości lepiej służyły interesom Niemców i Francuzów.

 

Jeżeli wierzyć prognozom i zapowiedziom brukselskich elit, to Brexit ściągnie na Wielką Brytanie kryzys, uliczne burdy, pauperyzację, rokosz Szkotów, wybuchy terrorystyczne w Belfaście i stanie się żywym pomnikiem jak ginie niegdyś najbogatsze państwo Europy. Tak będzie wyglądał pierwszy dzień rządów premiera Johnsona. Między nim a Churchillem więcej jest różni niż podobieństw, ale jest coś, co oprócz konserwatywnych poglądów i nieprzyjaznego otoczenia politycznego, ich łączy – determinacja do odbudowy brytyjskiej świetności.

Unia Europejska mimo wielu osiągnięć w pierwszych latach swojego istnienia, ma dziś głównie problemy. Emigracyjna katastrofa humanitarna, ślamazarny rozwój gospodarczy, słaba armia, niska konkurencyjność, terroryzm, bezrobocie młodych, chińska i rosyjska infiltracja. Większość problemów sama sobie stworzyła. Czasem to kwestia słabej decyzyjności wielkiego skomplikowanego organizmu jakim jest Unia, z nadmiaru biurokracji, ale też z czysto osobistych ambicji unijnych „oligarchów”, którzy każdy kryzys wykorzystywali do zwiększania władztwa urzędników kosztem państw narodowych. I nie inaczej rzecz wygląda w przypadku Brexitu, gdzie planowane retorsje, często motywowane są chęcią udowodnienia swojej niezastąpioności.

Za wcześnie żeby przesądzać o cenie jaką Brytyjczycy zapłacą za Brexit. Trzeba lat żeby stwierdzić czy gra była warta tej gehenny, ale nie jest za wcześnie żeby przewidzieć co mogło czekać Wielką Brytanie gdyby zdecydowała się pozostać w Unii. Widać to po europejskich danych statystycznych. Coraz niższa konkurencyjność gospodarcza, coraz dłuższe kryzysy, wolniejszy wzrost zamożności, coraz większy dystans do Chin i Ameryki. Praktycznie od 2008 roku UE tkwi w jednym wielkim kryzysie, przy czym każda kolejna eskalacja jest tylko przedłużeniem wcześniej nierozwiązanych problemów. Brytyjczycy nie są pewni, czy ich życie po wyjściu z Unii będzie lepsze, ale wiedzą, że pozostając w Unii na pewno już się nie poprawi.

I to jest coś co łączy Churchilla z Johnsonem. Jeden i drugi obiecuje swoim obywatelom krew i pot. Obaj wychodzą z założenia, ze zawsze będzie czas na kapitulacje, jak to w 40 roku zrobiła Francja, a w zasadzie niemal cała ówczesna Europa. Ale czasem warto podjąć tą jeszcze jedną próbę. Tym bardziej, że rebelia dotychczas zawsze się im opłacała.