Krzysztof Wołodźko na drzewie
Łukasz Warzecha 27.02.2019

Gdy tylko rządzący dziś socjaliści występują z kolejną porcją hojnych rozdawniczych obietnic, natychmiast ujawniają się dyżurni publicyści, którzy spieszą ze wsparciem. I którzy gotowi są poprzeć każdą władzę, która zabierze zaradniejszym, bogatszym, przedsiębiorczym – albo po prostu tym, którzy ciężką pracą doszli do choć trochę większych pieniędzy – i rozda. Bezwarunkowi fani redystrybucji, wierzący w to, że pieniądze biorą się z powietrza, nieuświadomieni albo uświadomieni fani Berniego Sandersa, Heremy’ego Cobryna, Johna Maynarda Keynesa, a może nawet towarzysza Iljicza.

 

Wśród nich jest Krzysztof Wołodźko. To oczywiście tylko jedno z kilku nazwisk na tej liście, ale tak się składa, że akurat po Wołodźkę sięgnął portal TVP Info, żeby wesprzeć ofertę PiS. Wołodźko opublikował tamże tekst zatytułowany „Liberałowie i lewica a 500 plus. Wciąż są głupi”. Zestawienie oczywiście absurdalne, bo jeśli Wołodźko ma na myśli klasycznych liberałów – a do nich, jak można zrozumieć, odnosi się w tekście – to nie mają oni z lewicą nic wspólnego. Zarazem przeciwstawianie PiS lewicy jest również absurdalne, bo przecież PiS to właśnie lewica, przynajmniej gospodarcza, co w gruncie rzeczy wynika z samego artykułu Wołodźki.

Nie ma sensu analizować całego tekstu, ale warto przyjrzeć się kilku jego charakterystycznym fragmentom. Oto pierwszy z nich:

[…] największym dramatem elit III RP jest właśnie fakt, że Prawo i Sprawiedliwość pokazało społeczeństwu, że pieniądze szerokim strumieniem mogą płynąć z budżetu państwa nie tylko do aferzystów, że środki budżetowe nie są zastrzeżone dla wtajemniczonej, zwykle wielkomiejskiej i warszawocentrycznej elitki. Że można za pomocą stosunkowo prostego mechanizmu znaczące kwoty przekazywać nie tylko „samym swoim” z różnych wpływowych grup interesów, nie tylko zaprzyjaźnionymi z ministrami lewicowo-liberalnymi, środowiskami obywatelsko-kulturalnymi itp.

To, rzecz jasna, manipulacja, pojawiająca się zresztą regularnie w wypowiedziach twardych fanów socjalistycznego kursu PiS, tyle że tutaj podana w postaci nieco bardziej rozbudowanej i eleganckiej. Gdy klasyczny liberał krytykuje przepuszczanie wielkich sum przez państwowy system redystrybucji, słyszy: „A co, lepiej, żeby trafiały do kolesi i aferzystów?”. Nie, nie lepiej. Tyle że to nie jest wybór zero-jedynkowy, jak sugeruje Wołodźko. Nie jest tak, że albo budżet jest rozkradany (nawiasem mówiąc, gdzie są akty oskarżenia, od których miało się zaroić po słabo już dziś pamiętanym raporcie otwarcia PiS?), albo musi być rozdawany ludziom (z których pieniędzy jest wcześniej tworzony) i to jedyny wybór. Konserwatywne podejście do budżetowych pieniędzy zakłada traktowanie ich z szacunkiem, rozsądnie i oszczędnie. To wszystko.

Klasyczne liberalne podejście nie zakłada rozdawania kasy „swoim” i zasilania nią absurdalnych przedsięwzięć, ktokolwiek by za nimi stał. Twierdzenie, że krytycy lekkiej ręki PiS, występujący z pozycji klasycznego liberalizmu, są zwolennikami takiej polityki, jest zwykłym kłamstwem. Niestety, to kłamstwo Wołodźko regularnie w tekście powtarza. Akapit wcześniej pisze:

Plus wizje katastrofy finansów państwa – ulubiony argument liberałów po polsku za tym, żeby środki publiczne zatrzymać dla siebie i wielkiego biznesu. Zawsze uderzali w ten ton – niezależnie od sytuacji budżetowej. Dlatego dziś przestali być wiarygodni dla znacznej części społeczeństwa – bo z zasady chcieli odchudzać tylko cudze brzuchy, a paśli własne, swoich kumpli i ludzi, z którymi chcieli być w dobrych układach.

Liberałami nazywa Wołodźko, jak można się domyślić, zbiorczo zarówno zwolenników klasycznego liberalizmu, takich jak środowisko WEI, jak i niemające z liberalizmem nic wspólnego towarzystwo Tuska i Schetyny. To następna manipulacja.

W cytowanym fragmencie mamy kolejne odbicie typowego dla fanów obecnej władzy podejścia, znów w postaci nieco rozbudowanej. „PiS daje pieniądze ludziom i co – zawaliło się coś?” – mówią. Na razie się nie zawaliło. Ale takie podejście to zwykłe chowanie głowy w piasek. Wyobraźmy sobie, że na grubej gałęzi drzewa siedzi Krzysztof Wołodźko, trzyma w ręku piłę i zaczyna piłować gałąź między sobą a pniem. Staję pod tym drzewem i mówię, że za jakiś czas Wołodźko wraz z gałęzią zwali się z hukiem z dziesięciu metrów na ziemię, chyba że przestanie piłować. Nie jest to moje przypuszczenie ani hipoteza, ale oczywista wiedza, wynikająca ze znajomości paru podstawowych praw fizyki oraz znajomości samego Wołodźki: wiem, że nie posiadł dotąd umiejętności lewitacji. Wołodźko na to powiada z kpiącym uśmiechem: „Jasne, jasne! Już tu tacy stali, co mi mówili, że się zwalę. I co? Piłuję i piłuję i wciąż nic”. Rzecz jasna, gdy Wołodźko już się znajdzie na ziemi, pozostanie jedynie wezwanie karetki, bo w końcu trzeba człowiekowi pomóc. Nawet zagorzałemu socjaliście.

Przy czym upadek Wołodźki nie niósłby z sobą skutków tak dramatycznych jak krach finansów państwa. I tak jak w przypadku piłowania gałęzi, tak i tutaj działa kilka boleśnie prostych mechanizmów.

Po pierwsze – każda redystrybucja jest kosztowniejsza niż zmniejszenie obciążeń obywateli na początku obiegu pieniędzy (vide Bastiat). Ograniczaniu obciążeń musi też oczywiście towarzyszyć zmniejszanie wydatków.

Po drugie – jeśli państwo wydaje więcej niż zarabia, to powiększa swoje zadłużenie.

Po trzecie – zadłużenie w końcu trzeba spłacić.

Po czwarte – obsługa długu staje się trudniejsza lub niemożliwa, jeśli państwo ma mniej pieniędzy w budżecie.

Po piąte – jeśli państwo nałoży zbyt wiele zbyt wysokich podatków, żeby spłacać swój dług, skutek będzie odwrotny od oczekiwanego (vide krzywa Laffera).

Po szóste – to, ile państwu uda się wyciągać z kieszeni obywateli, zależy od koniunktury na świecie i u naszych najważniejszych partnerów handlowych, a nie od popytu wewnętrznego, nakręcanego transferami. Co przypomina zresztą wyciąganie się z bagna za własne włosy przez barona Münchhausena.

Po siódme – dobra koniunktura trwa już na tyle długo, że można się spodziewać, iż wkrótce zmaleje.

Po ósme – mądry gospodarz i mądre państwo oszczędzają i zmniejszają swoje zadłużenie, gdy mają dużo pieniędzy, a nie wtedy, gdy zaczyna im ich brakować.

To kilka podstawowych zasad, których nie przeskoczą żaden Wołodźko, Woś czy nawet Piketty.

Dalej powiada Wołodźko:

Ani lewica, ani liberałowie nie mogą sobie wymienić społeczeństwa na takie, które spełniałoby ich wymogi. I muszą męczyć się z Polską taką, jaka ona jest, uczonymi słowami próbując sobie wyjaśnić, czemu ich teorie nie godzą się z praktyką, i nieustannie zostają bohaterem, czy też bohaterką, politycznego trzeciego, czwartego i piątego planu.

Nie ma sensu prostowanie tu po raz kolejny manipulacji terminami „lewica” i „liberałowie”, do jakich ucieka się Wołodźko. Ale zastanówmy się nad resztą tego akapitu. Jasne, że klasycznie liberalne postulaty nie cieszą się wielkim powodzeniem. Nikt chyba nie ma co do tego złudzeń. O przyczynach wiele napisano: fatalne piętno, jakie nadali pojęciu liberalizmu pseudoliberałowie z PO; nieuczciwość państwa, preferującego przez długi czas układy i niejasne mechanizmy zamiast rzetelnej pracy; wreszcie immanentne cechy człowieka – zdecydowana większość lubi dostawać wiele przy minimalnym wysiłku. Owszem, są kraje, gdzie takie podejście jest wciąż traktowane przez dużą część obywateli jako niegodne – tak jest w USA – ale Europa to inna historia.

Tyle że fakt, iż większości jakieś podejście się nie podoba, nie znaczy, że jego założenia są fałszywe. Wołodźko może sobie zebrać na placu wielotysięczny tłum, który będzie krzyczał, że dwa plus dwa równa się pięć, ale mimo to dwa i dwa to nadal będzie cztery.

„Zobaczycie Państwo, tym razem też żadnej katastrofy gospodarczej nie będzie” – kończy swoje elukubracje Wołodźko. No, skoro Wołodźko tak pisze…

Pamiętają państwo jeden z kultowych dowcipów o bacy i ceprze?

Siedzi baca na drzewie i piłuje gałąź na której siedzi. Przechodzi ceper turysta i ostrzega:

– Baco, spadniecie!

– Ni, nie spadne! – stanowczo odpowiada baca.

– Spadniecie! – powtarza ceper.

– Ni! – upiera się baca.

Dalsza dyskusja nie miała sensu, więc ceper machnął ręką i poszedł dalej. Baca zaś dalej piłował i piłował, aż spadł. Obolały podniósł się z ziemi, masując potłuczenia, popatrzył z niechęcią w ślad za ceprem i rzekł do siebie:

– Prorok jaki, czy co?