Kto idzie w szeregu z Zenonem Kliszką?
Łukasz Warzecha 01.08.2020

Gdy idzie o ocenę decyzji o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego, sytuacja jest, można by rzec, ustabilizowana. Po jednej stronie są obrońcy powstania jako przedsięwzięcia militarnego i politycznego. Po drugiej – sceptycy, odwołujący się do koncepcji realizmu politycznego. Nikt nie kwestionuje bohaterstwa oraz poświęcenia biorących udział w walce powstańców i obie strony jednakowo oddają im hołd.

 

Jak pisze we wstępie do swojej potężnej i arcyciekawej książki „Kto wydał wyrok na miasto? Plany operacyjne ZWZ-AK (1940-1944) i sposoby ich realizacji” prof. Andrzej Leon Sowa: „Oceniając stan badań historiografii polskiej, można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że w zakresie ujawnienia zasadniczego zrębu dokumentów i faktów dotyczących dziejów ZWZ i AK na nic nowego w chwili obecnej liczyć nie możemy. Polskie archiwa, zarówno krajowe, jak i emigracyjne, dawno już zostały otwarte i spenetrowane, a świadkowie, którzy w istotny sposób odcisnęli piętno na tamtych wydarzeniach, nie żyją. Ogrom opublikowanych materiałów źródłowych i opracowań nie zwalnia jednak historyków od obowiązku stawiania na nowo nawet tych samych pytań, jeżeli sądzą oni, że odpowiedzi na nie mogą wprowadzać istotne korekty do dotychczasowych ustaleń” [podkr. Ł.W.].

Obrońcy powstania wytoczyli już dawno chyba wszystkie swoje argumenty: że powstanie i tak by wybuchło, że Niemcy zrobiliby z Warszawy twierdzę (w konkretnym, strategicznym sensie pojęcia „Festung”), że emocji zwykłych ludzi nie dałoby się utrzymać na wodzy, że dowództwo AK miało prawo sądzić, iż sytuacja polityczna i wojskowa rozwinie się inaczej, wreszcie – co jest już kompletnym ahistoryzmem – że powstanie wzmocniło ducha narodu w latach Peerelu.

Krytycy powstania (do których i ja się zaliczam), reprezentujący nurt realistyczny, sięgają natomiast po dokumenty i świadectwa, ale także po tezy publicystów historycznych, pomijane przez oponentów. Wskazują na to, że dowództwo AK miało pod koniec lipca 1944 r. wystarczającą wiedzę o stanowisku Moskwy i aliantów, żeby zrozumieć, że pomoc nie nadejdzie, bo nie jest to w niczyim interesie. Podobnie miało wiedzę o ogromnych zasobach kultury materialnej, zgromadzonych w Warszawie i o tym, jak gigantyczne dla nich ryzyko niesie wybuch walk. Wiadomo było, że ogromna część ewentualnie walczących oddziałów to patriotyczna inteligencja, której znaczenie w Polsce opanowywanej już na wschodzie przez komunistów byłoby ogromne, a która ostatecznie została wybita niemieckimi rękami. Wiadomo było, że rozpaczliwa jest sytuacja uzbrojenia. Z Londynu przyszedł wyraźny sygnał, że powstanie jest szaleństwem. Jego wybuchu nie chciał gen. Kazimierz Sosnkowski. Teza o zrobieniu z Warszawy Festung jest naciągana. I tak dalej. Argumentów jest wiele.

Ten nurt jest świeższy, bo przez całe lata III RP był stłumiony. Gdy dopiero w drugiej dekadzie istnienia III RP nastał renesans na pamięć o Powstaniu Warszawskim (za PiS częściowo zresztą zdetronizowanego opowieścią o podziemiu niepodległościowym po II wojnie światowej), krytyków początkowo prawie nie było słychać. Pojawili się dopiero z czasem – zarówno wśród historyków, jak i publicystów. Trudno się dziwić – najpierw był wybuch ogromnej emocjonalnej tęsknoty i zachwytu wokół mitu powstania. Były także skojarzenia z propagandą PRL, które na jakiś czas tłumiły krytykę. I teraz mają ją stłumić znowu.

Nie będę tutaj pisał o samym powstaniu. Moje krytyczne stanowisko jest chyba powszechnie znane. Warto jednak napisać o tym, że w debacie o nim mamy do czynienia z faulami, nieustannie stosowanymi przez obrońców powstania. Faulami fatalnie wpływającymi na wolność oraz swobodę dyskusji, i historycznej, i publicystycznej.

Jako ilustracja takiego stanowiska niech posłuży wywiad na portalu dorzeczy.pl z Piotrem Gursztynem. Gursztyn od kilku lat szczególnie zaciekle atakuje krytyków powstania – i nie byłoby w tym nic złego, bo dyskusja może być także emocjonalna, gdyby nie to, że w tych atakach reprezentuje metodę, którą kiedyś wobec krytyków swojej linii stosowała z powodzeniem „Gazeta Wyborcza”. Gdy pojawiał się ktoś, kto kwestionował jej historyczną narrację, szybko przypinano mu łatkę antysemity i w ten sposób kończono dyskusję.

Jak robi to Gursztyn i jemu podobni? W rozmowie czytamy:

Ale te trzy narracje – komunistyczna, druga – nazwijmy ją filozofią pedagogiki wstydu i trzecia – tzw. realistów – łączy wspólny mianownik: nie neguje się bohaterstwa powstańców, ale neguje się sens ich walki. To jest to samo. Sprowadza się do stwierdzenia „dobrzy Powstańcy, źli dowódcy”. To sprowadzałoby Powstańców do roli matołków, którzy poszli na rzeź.

[…] Jest też jeszcze jeden wspólny mianownik narracji komunistów, „Gazety Wyborczej” oraz tzw. realistów.

Jaki?

To głęboka niechęć do polskiego ludu. Komuniści w sposób oczywisty byli niechętni do zrywu Polaków, bo nie był to zryw komunistyczny, ale republikański, był on dla nich zagrożeniem. Zwolennicy filozofii pedagogiki wstydu boją się polskiego ludu, bo uważają go za ciemny, antysemicki, groźny. Również tzw. realiści nie lubią polskiego ludu, z uwagi na swego rodzaju elitaryzm. Rzeczą charakterystyczną jest, że to samo na temat Powstania Warszawskiego pisze Jarosław Kurski z „Gazety Wyborczej”, to samo piszą realiści i to samo pisał Zenon Kliszko. Uczestnik powstańczych walk, ale z Armii Ludowej, w PRL komunistyczny aparatczyk. To tak naprawdę jedna narracja.

Przy tym Gursztyn konsekwentnie używa sformułowania „tzw. realiści” lub też bierze słowo „realiści” w cudzysłów, co ma sugerować, że ta postawa nie jest realistyczna. Realistyczna ma być jedynie postawa reprezentowana przez Gursztyna.

W innych wypowiedziach zaciekłych obrońców decyzji o rozpoczęciu powstania pojawia się jeszcze teza, że jej krytycy działają w interesie Niemiec. To zabiegi wyjątkowo wstrętne, ale też groźne dla wolności słowa i debaty. Nie jest to dyskusja z argumentami. Nie jest to dyskusja o decyzji o rozpoczęciu powstania. To przypinanie łatek przedstawicielom odmiennego poglądu. Dokładnie tak jak to robiła „GW”. Krytykujesz decyzję o rozpoczęciu powstania – uważasz powstańców za głupków i trzymasz sztamę z komunistami.

Kto w takim razie jeszcze trzymał lub trzyma sztamę z komunistami? Na pewno wspomniany prof. Sowa, bo jego książka – świetnie udokumentowany ponad 600-stronicowy tom – ma wydźwięk krytyczny wobec decyzji o rozpoczęciu walk. Poza tym historycy tacy jak Jan Stanisław Ciechanowski czy Władysław Pobóg-Malinowski, o działających dzisiaj historykach i publicystach takich jak Sławomir Cenckiewicz, Piotr Zychowicz czy Bartłomiej Radziejewski nie mówiąc. Wszyscy oni, według Gursztyna i jemu podobnych, kroczyli lub kroczą w jednym rzędzie z Zenonem Kliszką.

Takie stawianie sprawy w dyskusjach historycznych jest niedopuszczalne: albo podzielasz moje zdanie, albo stoisz w jednym rzędzie z Hitlerem, Stalinem, Bierutem.

Są i inne, szczęśliwie mniej paskudne sposoby wyciszania dyskusji, z którymi zmagam się od lat (byłem jednym z pierwszych publicystów po stronie konserwatywnej, piszących o wybuchu powstania krytycznie jeszcze przed 2010 r.). Niektórzy powtarzają zatem, że o Powstaniu Warszawskim nie należy dyskutować krytycznie, dopóki żyją powstańcy. Gdyby jednak przyjąć ten sposób rozumowania, nie wolno byłoby mówić o żadnych wydarzeniach ze współczesnej historii.

Jest też mowa o tym, żeby powstrzymać się od krytyki w rocznicę wybuchu walk lub przez całe 63 dni. Do tego także nie ma powodu. Właśnie rocznice, czas, gdy uwaga z ich powodu jest skupiona na jakimś problemie, są najlepszym momentem, żeby zająć się sprawami z przeszłości – również w sposób krytyczny.

Pojawia się także wyjątkowo już absurdalny argument, że kto tego nie przeżył, nie powinien oceniać. Gdyby uznać, że to słuszny postulat, nie moglibyśmy oceniać praktycznie żadnego wydarzenia historycznego, ze szczególnym uwzględnieniem konfliktów zbrojnych.

Najpoważniej brzmi w tym zbiorze argument z mitu. Niezależnie bowiem od tego, że celem Powstania Warszawskiego nie było oczywiście budowanie mitu, ale osiągnięcie konkretnych efektów militarnych i politycznych (więc nie można decyzji o jego wybuchu uzasadniać tym, że następnie stało się mitem), istnieniu tego mitu i jego wadze nie sposób zaprzeczyć. Jak zatem patrzeć na powstanie krytycznie, zarazem nie naruszając tego, co w tym micie cenne? A może jest w nim cenne mniej niż się sądzi, bo cały mit opiera się na pochwale narodowego całopalenia, zgubnego w skutkach? Nie mam tu jasnej odpowiedzi.

W Powstaniu Warszawskim szczególnie interesujące i godne pochwały uważam, że na bardzo ograniczonym obszarze na mgnienie – bo nawet nie przez cały czas trwania walk – udało się zbudować namiastkę prawdziwie obywatelskiego państwa. Takiego, jakim być może mogłaby być Polska, gdyby nie gra wielkich sił ponad naszymi głowami. To miało swoją autonomiczną wartość, niezależną od tego, jak oceniamy samą decyzję o rozpoczęciu walki w Warszawie.