Kto jest dziś populistą
Mariusz Staniszewski 06.12.2019

Widmo populizmu krąży nad Zachodem i zdaje się zatruwać kolejne kraje starego i nowego świata. Nie wiadomo tylko dokładnie, kto dziś jest populistą.

 

Zachodni analitycy, dziennikarze i politycy mówiąc o zmianach zachodzących w europejskiej i amerykańskiej polityce jako synonimów używają słów „populiści”, „nacjonaliści” czy „konserwatyści”. Francis Fukuyama w książce „Tożsamość” idzie nawet dalej i w jednym szeregu stawia Donalda Trumpa, Władimira Putina, Recepa Erdogna, Victora Orbana czy Jarosława Kaczyńskiego. A gdyby pisał trochę później to pewnie dorzuciłby jeszcze premiera Wielkiej Brytanii Borisa Jonsona. Nie rozróżniając, którzy z nich wygrali demokratyczne wybory, którzy zamykają dziennikarzy i sędziów do więzień, którzy stoją za skrytobójstwami czy masowo wydawanymi wyrokami śmierci, wszystkich uznaje za populistów wykorzystujących tożsamość narodową do osiągania politycznych celów. Tak, odwoływanie się do tożsamości narodowej jest uznawane przez lewicę i liberałów za przestępstwo i dowód na populizm. Bo według nich nie tylko pojęcie narodu jest przeżytkiem, ale i sam naród jako taki także przestał być potrzebny. Ideałem jest synkretyczne społeczeństwo, które czerpie po trochę z każdej kultury, by w ten sposób tworzyć byt idealny. Pozbawiony poczucia narodowego, a więc wolnego od nacjonalizmu, czyli – według lewicy przyczyny wojen, zbrodni i prześladowań. Jakby zapominając, że najkrwawszym systemem w historii świata był właśnie ten, który głosił internacjonalizm i koniec narodów.

Populistą nie jest więc dziś ten, kto składa obietnice bez pokrycia, kto chce wydawać więcej niż pozwalają na to finanse państwa, kto fałszuje dane statystyczne, by rozdając pieniądze bez pokrycia przypodobać się dużym grupom społecznym. Populistami nie są politycy pozbawieni wiarygodności, tylko ci, którzy przeciwstawiają się nowej wizji świata.

Lista ich win jest długa. Najgorszą jest chyba próba odpowiedzi na żądania obywateli. Dawniej na tym właśnie polegała demokracja, ale dziś – według lewicy i liberałów – rządzący nie mają realizować tego, czego domagają się ludzie oddający głos, bo kierują się oni prymitywnym przywiązaniem do tradycji i narodu. Wybrane elity powinny raczej prowadzić z wyborcami grę i za pomocą technik inżynierii społecznej zmieniać społeczeństwa w bardziej światłe, tolerancyjne i postępowe. Dla lewicy nie są więc istotne dzisiejsze potrzeby robotników, rolników czy młodych, którzy często mają trudności z uzyskaniem kredytów. Nie skupiają się nawet na nierównościach socjalnych i tak niebezpiecznym w USA i w UE rosnącym rozwarstwieniu społecznym polegającym na kumulowaniu bogactwa przez najbogatszych i ubożeniu klasy średniej – skutkiem tego procesu są m.in. protesty żółtych kamizelek ze Francji. Nie interesuje ich nawet los dużych zakładów przemysłowych, których pracownicy powinni stanowić naturalny rezerwuar ich wyborców.

Zamiast więc bronić dużych grup społecznych lewica stara się reprezentować interesy mniejszości. Dlatego czerwony sztandar zmieniła na tęczowy, od robotników woli ekologów a opiekę socjalną zastępuje aborcją i eutanazją.

Coraz bardziej widoczne rozchodzenie się programu lewicy z rzeczywistością, prawdziwymi potrzebami obywateli i wyzwaniami współczesnego świata przekłada się na spadające poparcie. Jedynym ratunkiem wydaje się dla niej ogłoszenie, że wszyscy myślący inaczej są populistami. Ludźmi niepoważnymi, którzy nie rozumieją nowego porządku i odwołują się do najniższych instynktów.

Populistami są więc politycy, którzy zdają sobie sprawę, że zbyt duży napływ imigrantów musi wywołać w społeczeństwie nastroje rasistowskie. W stabilnej sytuacji grupy takie są zwykle marginesem, ale gdy przybyszów z różnych stron świata jest tak wielu, że nie muszą już dostosowywać się do zasad wypracowywanych przez dziesiątki, a często setki lat, agresywny nacjonalizm zyskuje paliwo i zaczyna się rozwijać. Przykłady tego mamy dziś we Francji, Szwecji, Włoszech czy Niemczech.

Dla lewicy nie są jednak populistami ci, którzy – mimo oczywistych, niebezpiecznych konsekwencji – w imię idei budowy nowego społeczeństwa starają się rozmyć tożsamość narodową, ale ci, którzy znając te zagrożenia, starają się zapobiec wybuchowi nacjonalizmu i ograniczają napływ imigrantów.

Podobnie jest z edukacją. Dla lewicy nie jest dziś kwestią kluczową podnoszenie kwalifikacji obywateli, a co za tym idzie umożliwianie im awansu. Ważniejsze jest zrównywanie szans. Zamiast więc budować system kształcenia oparty na ogólnym podnoszeniu wiedzy dzieci i młodzieży oraz wyłapywaniu i wspieraniu zdolnych jednostek pochodzących z niezbyt zamożnych rodzin, lewica obniża poziom nauczania. Gdy ogólny poziom jest niski szanse wszystkich są równe. Łatwiej także realizować programy światopoglądowe, które mają formować nowego obywatela. Stąd wziął się na przykład na zachodzie Europy silny nurt likwidacji lub przynajmniej znacznego ograniczenia szkolnictwa prywatnego.

Paradoks polega więc na tym, że populistami nie nazywa się dziś ludzi dążących do obniżania standardów czy niszczących więzi społeczne. To miano lewica zarezerwowała dla tych, którzy uważają, że rolą władzy jest ułatwianie życia obywatelom i umożliwienie im swobodnego rozwoju. Populistą nie jest dziś ten, kto chce być władcą społeczeństwa, a ten, kto chce rządzić w jego imieniu.