Kto się boi 3 października
Łukasz Warzecha 25.09.2019

Analitycy są zgodni, że to, co się dzieje wokół słabnącej na potęgę złotówki, ma źródło w niepokoju przed orzeczeniem TSUE w sprawie kredytów indeksowanych w obcych walutach (przede wszystkim we frankach szwajcarskich, bo tego dotyczyła sprawa, która stała się źródłem pytania, zadanego TSUE), zawierających klauzule niedozwolone. Jeżeli wyrok 3 października będzie taki sam, jak rekomendacja rzecznika generalnego trybunału, będzie to znaczyło, że sądy – o ile zdecydują się kierować tym orzeczeniem, a tak zwykle bywa – powinny w sprawach kredytobiorców z bankami orzekać, że z umowy należy po prostu wykreślić niedozwoloną klauzulę, w ten prosty sposób robiąc z kredytu indeksowanego w CHF kredyt złotówkowy, ale pozostawiając wszystkie inne korzyści, jakie mieli kredytobiorcy frankowi. To oczywiście oznacza straty dla banków, choć na pewno podawana przez nie suma 60 mld złotych jest grubo przesadzona. Związek Banków Polskich siał panikę od chwili, gdy kredytobiorcy zaczęli kwestionować umowy oraz gdy potem pojawiły się propozycje PiS, a przede wszystkim Andrzeja Dudy, żeby sprawę rozwiązać systemowo.

 

Pamiętam konferencję w Sejmie jeszcze w lutym 2015 roku, w której prócz mnie brali udział Maciej Samcik, Jacek Czabański, Maciej Pawlicki (który, zdaje się, wszedłszy skutecznie w obieg władzy zainteresowanie sprawą kredytów już stracił, choć niegdyś był frontmanem ruchu kredytobiorców) oraz prezes Związku Banków Polskich Krzysztof Pietraszkiewicz. Wypowiedzi pana Pietraszkiewicza przypominały obecne apokaliptyczne wizje Grety Thunberg, tyle że nie dotyczyły klimatu, ale ewentualnego systemowego rozwiązania sprawy kredytów CHF. Być może dziś pan Pietraszkiewicz uderzałby w inny ton, ale cóż – za późno.

Pytanie brzmi, jak wielu ludzi pójdzie ostatecznie do sądów. W ostatnim czasie liczba spraw bardzo dynamicznie rosła, ale wciąż było ich niewiele wobec ogólnej liczby posiadaczy kredytów indeksowanych w CHF. Dużą część spraw sądy zawiesiły do czasu wyroku TSUE. Nie ma natomiast wątpliwości, że gdy on zapadnie – jeżeli będzie korzystny dla klientów banków – liczba pozwów wzrośnie lawinowo. Na pewno nie pójdą do sądu wszyscy, ale to będzie dużo więcej osób niż przedtem. Zgodnie zresztą ze złośliwą radą Jarosława Kaczyńskiego, który jakiś czas temu doradził kredytobiorcom, żeby składali pozwy.

Tak czy owak, trudno oczekiwać, żeby fala spraw, najpewniej zakończonych w większości wygraną klientów banków, pozostała bez wpływu na kondycję instytucji finansowych, a to z kolei będzie oddziaływać na całą sytuację gospodarczą, bo prawdopodobnie skutkiem będzie ograniczenie akcji kredytowej. Jeśli jednak będziemy w kłopocie, to tym razem bez śladu wątpliwości winny jest rząd PiS i prezydent Andrzej Duda.

Moje stanowisko w sprawie kredytów CHF objaśniałem kilkakrotnie. Najobszerniej zrobiłem to już dawno temu w tekście dla Wirtualnej Polski. Mówiąc w największym skrócie – jeżeli państwo przyznało sobie prawo do ścisłego kontrolowania danej dziedziny, jak to jest właśnie w przypadku rynku finansowego (w feralnym okresie zajmowała się tym jeszcze nieistniejąca już Komisja Nadzoru Bankowego), to obywatele mają prawo oczekiwać, że ta kontrola będzie efektywna. W tym wypadku – że to państwo bardzo wyraźnie i jednoznacznie ostrzeże o ryzyku, czego bankowcy nie robili. Robili wręcz przeciwnie – w rozmowach z klientami często je lekceważyli. Inna byłaby sytuacja, gdyby państwo otwarcie ostrzegło, że pozostawia tę dziedzinę poza swoim nadzorem – tak jednak nie było. Nie akceptuję przy tym określania kredytobiorców frankowych mianem „cwaniaków”. Nie jest „cwaniakiem” ten, kto poszukuje tańszego produktu, a często też bywa tak, że jest to jedyny dostępny dla niego produkt. Jak wiadomo, doradcy kredytowi wiele osób informowali, że nie mają zdolności na kredyt danej wysokości w złotówkach, ale „we frankach” – owszem.

Po szczegółową argumentację odsyłam do linkowanego wyżej tekstu.

Dwie sprawy są ważne. Po pierwsze – nikt nigdy nie domagał się, żeby kredytobiorcom pomagano z pieniędzy publicznych, aczkolwiek nie ulega wątpliwości, że banki, obciążone kosztami przewalutowania kredytów, musiałyby ich część przerzucić na pozostałych klientów. Po drugie – większość pomysłów, jakie ostatecznie wyszły ze środowiska prezydenta i miały jakąkolwiek szansę na akceptację przez obecny Sejm, w tym rozwiązanie wreszcie przegłosowane w postaci okrojonej i praktycznie pozbawionej jakiegokolwiek znaczenia, były nakierunkowane nie na rozwiązanie problemu systemowo, a jedynie na pomoc tym, którzy mają problemy z bieżącym spłacaniem rat. Było to zgodne z profilem działania PiS – w jego orbicie zainteresowania nie leżą ci, którzy dają sobie radę. Osób, które mają problemy ze spłatami, jest jednak niewiele – to margines. Prezydent i PiS świetnie wiedzą, że problem leży w czym innym: w niemalejącej sumie zobowiązań mimo regularnego spłacania kredytu, co wynika z przeliczania franków na złotówki. Prowadzi to do sytuacji, w których kredytobiorca po spłaceniu jednej trzeciej lub więcej rat ma wciąż zobowiązanie grubo przewyższające sumę kredytu, zaś wartość jego nieruchomości od dawna nie pokrywa wartości pożyczki. I właśnie tutaj wkraczają sądy, a zapewne wkraczać będą mocniej i częściej po wyroku TSUE.

Niezależnie od tego, jakie mamy zdanie na temat zasadności żalów frankowiczów i czy uważamy, że sami są sobie winni czy też nie – jedno jest jasne: obecna władza w kampanii wyborczej zapowiadała systemowe uregulowanie problemu, który obiektywnie istnieje, po czym tę obietnicę złamała. Gdyby powiedzmy dwa lata temu powstała ustawa, zakładająca stopniowe i rozłożone na lata przewalutowanie kredytów indeksowanych w CHF na złotowe, dzisiaj nie mielibyśmy kłopotu z orzeczeniem TSUE. Tak, to również byłoby bolesne dla banków, ale byłoby uporządkowane, rozplanowane i rozbrajałoby bombę. PiS tego nie zrobił, choć miał pełną świadomość rozmiarów problemu. Wina za ewentualny kryzys bankowy spadnie wyłącznie na obecną władzę.