Lekcja II Rzeczypospolitej
Jerzy Marek Nowakowski 04.05.2020

Korzystając z koronaszaleństwa w ciągu kilku ostatnich tygodni przeniosłem się w czasy międzywojenne próbując przygotować poprawioną wersję książki o Walerym Sławku. No ale, nie będąc tak zupełnie odcięty od rzeczywistości dnia dzisiejszego, bo Internet padł mi raz i to na krótko, w naturalny sposób bawiłem się w poszukiwanie analogii. Jest ich całkiem sporo, poczynając od zjawisk społecznych i sporu pokoleniowego.

 

Nagła eksplozja protestów i aktywności młodego pokolenia od Piaseckiego po Giedroycia u progu lat trzydziestych ubiegłego wieku miała to samo źródło co próby rewolucji pokoleniowej podejmowane współcześnie. Otóż po odzyskaniu niepodległości nastąpiła naturalna wymiana elit. Najstarsi przywódcy polityczni: Piłsudski, Dmowski czy Daszyński mieli w 1918 r. po około 50 lat. Wincenty Witos liczył sobie 44 wiosny. A ich współpracownicy z tytułami ministerialnymi czy generalskimi od 25 (jak Mieczysław Niedziałkowski), po 32 (Rydz-Śmigły), czy 34 (Maciej Rataj). I rzecz jasna nie widzieli powodu by inicjować jakąś wymianę pokoleniową po zaledwie kilku latach sprawowania władzy. Kolejna generacja nie widząc szans na naturalną sukcesję musiała się radykalizować i rozpychać łokciami. Bardzo podobne zjawisko obserwujemy po roku 1989. Generacja „Solidarności” wciąż powołuje się na zasługi z czasu walki z komuną i nie widzi powodu by ustępować pola tym mniej zasłużonym i „nieopierzonym” trzydziesto- i czterdziestolatkom. W efekcie mamy zjawiska takie jak Konfederacja czy „Razem” będące w dużej mierze ruchami pokoleniowymi. Nihil novi sub sole.

Rzecz jasna trudno także nie próbować snuć analogii w kwestii najgorętszego obecnie tematu, czyli wyborów. Usprawiedliwiając naginanie prawa w sprawie wyborów prezydenckich obóz rządzący często odwołuje się do tego, że zarówno Konstytucja Trzeciego Maja jak i Konstytucja Kwietniowa 1935 roku były uchwalone w drodze parlamentarnego zamachu stanu. Tak, to prawda. Warto jednak przypomnieć jaka była reakcja Piłsudskiego, kiedy jego współpracownicy przyszli by mu zameldować, iż udało się uchwalić nowa konstytucję. [Dla porządku przypomnę, że uchwalono ją korzystając z nieobecności opozycji na sali sejmowej w styczniu 1934 roku, naginając regulamin Sejmu zabraniający przyspieszenia 2 i 3 czytania projektu – całkiem jak wiele ustaw w obecnym Sejmie]. Zacytuję diariusz ówczesnego marszałka Sejmu, Kazimierza Świtalskiego. „Komendant (…) od razu przyznał mi rację, że dla Ustawy Konstytucyjnej uchwalanie jej dowcipem i trikiem nie jest zdrowe i że wobec tego należy ten trik pokryć i zneutralizować przez szczegółową debatę i zmiany w Senacie”. Piłsudski odradzał również pośpiech w uchwalaniu nowej konstytucji, rozumiejąc doskonale, że da to dodatkowy argument podważający jej legitymizację. Kilka dni później Kazimierz Świtalski notował, iż „…Komendant zatrzymał nas w naszym zapale i na bardziej spokojne i bardziej legalne formy nas nawrócił”.

Niektórzy dzisiejsi komentatorzy porównują rządy PiS do piłsudczyków w II Rzeczypospolitej. Przy czym zwolennicy z lubością porównują Kaczyńskiego do Piłsudskiego, a przeciwnicy szydzą, że PiS jest „grupą rekonstrukcyjną sanacji”. W świetle przytoczonego wyżej cytatu wart jednak powiedzieć, że w myśleniu Piłsudskiego zawsze dominował czynnik państwowy. Ostentacyjnie wręcz Marszałek okazywał szacunek prezydentowi Mościckiemu. Mimo, że wszyscy zdawali sobie sprawę, iż Mościcki jest figurantem i satyrycy pokpiwali, że „tyle znacy co Ignacy”, to Piłsudski nigdy nie pozwalał sobie na jakiekolwiek gesty obniżające rangę prezydentury.  Podobnie było z uchwaloną „dowcipem” Konstytucją. Uchwalona w styczniu 1934 r podpis Marszałka ostatecznie uzyskała dopiero w kwietniu 1935 r. Mimo ciężkiej choroby Piłsudskiego, mimo, że konstytucja była pisana dla niego jako prezydenta, to przez kilkanaście miesięcy trwał żmudny proces legalizowania jej uchwalenia. Właśnie dlatego, by dla dobra państwa nie była ona poddana procesowi delegitymizacji.

Z nauk międzywojnia warto także przypomnieć jeszcze jedną. Oto po wprowadzeniu nowej konstytucji opozycja postanowiła zbojkotować wybory. Ogłoszono wielki sukces, bo do urn poszło nieco ponad 43% uprawnionych. Tyle, że dziś nikt nie pamięta o bojkocie, a opozycja pozbawiła się jedynego forum realnego dialogu z rządzącymi. A – mówiąc szczerze – także rządzący pozbawili się tego instrumentu. W rezultacie, kiedy zbliżała się wojna, nie było z kim podzielić się odpowiedzialnością za państwo. Polityczną cenę za klęskę zapłacili wyłącznie sanatorzy.

A skoro o klęskach mowa. Warto przypomnieć kolejną smutną lekcję czasów międzywojennych. Wielki Kryzys. Potwornie dewastująca I Wojna Światowa dla Polaków zakończyła się w istocie dopiero w roku 1921, po zawarciu pokoju w Rydze z Rosja bolszewicką i po zakończeniu III Powstania Śląskiego. Potem była jeszcze dramatyczna hiperinflacja zakończona reformą Grabskiego w roku 1924. I jeszcze wojna celna z Niemcami, pełniącymi w gospodarce Polski rolę jeszcze większą niż współcześnie. Wzrost gospodarczy zaczął się tak naprawdę dopiero po przewrocie majowym. W ludzi, którzy dramatycznie zbiednieli w porównaniu z czasami przedwojennymi, wstąpiła nadzieja. I po trzech latach przyszedł Wielki Kryzys. Jego skutkiem politycznym było po pierwsze odwrócenie się od Polski mniejszości narodowych. O ile Polacy, szczególnie warstwa inteligencka, rekompensowali sobie biedę dumą z własnego państwa, o tyle dla przedstawicieli mniejszości było jasne, że w czasach zaborów żyło im się pod każdym względem lepiej. Załamał się także proces budowania nowoczesnego rolnictwa, kryzys wpędził znaczną część warstwy chłopskiej w gospodarkę naturalną w zasadzie odcięta od rynku. Wreszcie kryzys praktycznie powstrzymał wewnętrzną akumulację kapitału. Błędy w polityce gospodarczej – twarda obrona wartości złotego – sprawiły, że w chwili wychodzenia z kryzysu byliśmy uzależnieni od obcego kapitału.

Klinicznym przykładem dewastującej roli kryzysu gospodarczego była porażka tak zwanego eksperymentu wołyńskiego. Kiedy w 1928 r. Henryk Józewski obejmował stanowisko wojewody, przyjeżdżał do Łucka z osobistym błogosławieństwem Piłsudskiego i zadaniem doprowadzenia do pojednania polsko-ukraińskiego. Zarówno Ukraińcom jak Polakom obiecał wiele. I przez pierwszy rok odnosił sukcesy. Powstawały dwujęzyczne szkoły, rozbudowywały się spółdzielnie i organizacje społeczne. Potem, kiedy zabrakło środków z powodu kryzysu, został solidarnie odrzucony zarówno przez Ukraińców jak Polaków. Wzajemne niechęci, mimo wysiłków wojewody już tylko narastały, dodatkowo wzmacniane powszechną nienawiścią do urzędników państwowych, którzy byli jedyną grupą niedotkniętą przez kryzys, no bo otrzymywali pensję z budżetu a nie musieli się martwić spadkiem cen i załamaniem popytu.

Mając w perspektywie głębokie załamanie gospodarcze powinniśmy studiować doświadczenia Wielkiego Kryzysu, bo wskazują one, że brak pieniędzy przekłada się na ostre konflikty społeczne i prowadzi do załamywania się społeczeństwa obywatelskiego. Maciej Rataj w jednej z sejmowych debat nad nową konstytucją ostrzegał, że jedynym murem chroniącym państwo przed buntem społecznym jest „cienka kartka papieru zapisana paragrafami”.

Rola prawa, społecznego zaufania i legitymacji władzy w czasach prosperity nie jest szczególnie dostrzegana. W wypadku kryzysu staje się jednak kluczowa. Porwana tkanka społeczna w krótkim dystansie czasowym pozwala na wygodne rządzenie. W dłuższym powoduje narastanie konfliktów i blizn, które na bardzo długo mogą paraliżować rozwój państwa.

Mieliśmy niewiarygodne szczęście, że budowa III Rzeczpospolitej odbywała się w oparciu o fenomen „Solidarności” i po dewastującej a równocześnie nieudolnej dyktaturze komunistycznej. Powtórnie mieliśmy szczęście, że wówczas gdy kończyły się proste rezerwy rozwojowe otrzymaliśmy potężny impuls rozwojowy związany ze wstąpieniem do Unii Europejskiej. Obawiam się, że teraz przychodzi test sprawdzający, na ile tę fantastyczną koniunkturę wykorzystaliśmy dla budowy trwałych podstaw gospodarki i – co może ważniejsze – demokracji.