Lepsze wrogiem dobrego
Łukasz Warzecha 08.08.2020

Jak państwo wiedzą, lepsze jest wrogiem dobrego. I tak się jakoś składa, że ta zasada sprawdza się właściwie bez pudła w mnóstwie dziedzin. W nowym Subaru Foresterze jest bardzo postępowy i lepszy silnik działający na zasadzie miękkiej hybrydy, który w porównaniu ze starym wolnossącym wypada jak para wołów przy koniu wyścigowym. Moja ulubiona przeglądarka Opera wprowadziła ostatnio kilka „ulepszeń” – np. skasowała wyskakujące, bardzo wygodne okno wyszukiwania. Dlaczego? Nie wiadomo. Wiadomo, że wielu użytkowników mocno się wkurzyło (vide forum przeglądarki). Producenci telefonów komórkowych zaczęli już jakiś czas temu masowo rezygnować z gniazdek słuchawkowych, choć prawie wszyscy sygnalizują, że one są wciąż potrzebne. I tak dalej, i tak dalej. Jeśli tylko słyszę, że jakiś produkt, który lubię, lub usługa, której używam, mają być „ulepszone”, od razu się boję.

 

A czy wiedzą państwo, że wybitnie „ulepszono” niedawno płatności zbliżeniowe? Oto bardzo niedawno zwiększono limit płatności zbliżeniowych dokonywanych bez wprowadzania PIN do 100 zł. Świetnie, wspaniale – wcześniejszy limit 50 zł trwał w miejscu od momentu wprowadzenia w ogóle takiej funkcji, więc podwyższenie go wydaje się logiczne. Warto przy tym zaznaczyć – to w moim wywodzie ważne – że limity wysokości transakcji zbliżeniowych odnoszą się nie tylko do karty fizycznej, ale też wirtualnej, podpiętej pod usługi takie jak Google Pay. Te transakcje liczą się identycznie jak dokonywane kartą fizyczną. Mniej więcej w tym samym czasie wprowadzono nowe zasady bezpieczeństwa – dyrektywę bankową PSD2. Polegają one na tym, że albo co określoną liczbę transakcji, albo po osiągnięciu pewnego progu ich wartości nie można już przeprowadzić transakcji bez PIN, nawet poniżej 100 czy 50 zł.

Zbieg tych zasad ma pewien nieoczekiwany skutek, który sprawia, że można sobie to „ulepszenie” wsadzić wiadomo, gdzie. Otóż wcześniej, gdy limit wynosił 50 zł, stosunkowo często przy transakcjach zbliżeniowych wpisywało się PIN. To powodowało, że osiągnięcie limitu ich liczby lub też granicy kwoty akceptowanej przez system bez PIN było raczej trudne. System zerował regularnie licznik i nie było w związku z tym problemu z płatnościami zbliżeniowymi.

Po podniesieniu limitu sytuacja się zmieniła. Liczba transakcji wymagających PIN zdecydowanie spadła, co sprawia, że znacznie łatwiej znaleźć się w sytuacji, gdy system bankowy zablokuje nam możliwość dokonania transakcji bez PIN.

I teraz najlepsze: jak się dowiedziałem, większość terminali w Polsce – poza tymi najnowszego typu – w takiej sytuacji wymaga włożenia karty do czytnika. Nie można jej nawet przyłożyć – również wówczas transakcja zostaje odrzucona. To zaś z kolei oznacza, że została nam odebrana wygodna możliwość pozostawienia portfela z kartami w domu i płacenia wyłącznie aplikacją w telefonie. Chyba że ktoś skrupulatnie odnotowuje wydatki i wie, kiedy nagle system zażąda od niego wsunięcia realnej karty do terminala.

Wygląda to tak idiotycznie i absurdalnie, że trudno w to uwierzyć. A jednak – zbieg dwóch „ulepszeń”, czyli ulepszenia naszego bezpieczeństwa transakcyjnego i ulepszenia naszej wygody transakcyjnej sprawiły, że nie tylko jest niewygodnie, ale że wskutek tych bankowych innowacji możemy się ostać jak ten idiota z telefonem w ręku przy kasie, nie mając jak zapłacić za zakupy.

Nie bardzo pojmuję, dlaczego w kwestii zabezpieczeń nie pozostawiono klientom wyboru. A w każdym razie nie pozostawiono wyboru wielu z nich, bo być może na poziomie niektórych banków możliwe są jakieś alternatywne rozwiązania. I zastanawiam się tylko nad jednym: czy ludzie, którzy pracowali nad wdrożeniem tych rozwiązań, w ogóle uświadamiali sobie, jakie będą ich poboczne skutki?