Lewarowanie demokracji
Tomasz Wróblewski 21.03.2016

Samą troską o Trybunał nie da się wytłumaczyć napięć na linii Waszyngton – Warszawa. Brak zapowiadanego wcześniej spotkania Dudy z Obamą jest oczywiście zimnym prysznicem dla Polski, ale ostrożnie czytałbym gesty i dyplomatyczne znaki dymne Białego Domu w przededniu historycznych wyborów w USA.

„Washington Post”, ten sam dziennik, który od czci i wiary odżegnywał rząd Beaty Szydło i oskarżał Jarosława Kaczyńskiego o demolkę demokracji, apelował w zeszłym tygodniu do republikanów, żeby w imię demokracji zmanipulowali konwencję i proceduralnymi chwytami zablokowali nominację Donalda Trumpa – „Żeby bronić demokracji, Partia Republikańska musi lewarować swoją konwencję”. Czyli ni mniej, ni więcej tylko unieważnić głos większości. Przypomnę, że ten Orwellowski motyw łamania demokracji w imię obrony demokracji nie jest czymś nowym w zachodnim świecie. W 2008 r. Irlandczykom kazano powtarzać głosowanie, żeby w końcu przyjęli traktat lizboński będący mutacją wcześniej odrzuconej w referendum Konstytucji Europejskiej. I kto wie, jak wtedy potoczyłyby się nasze losy, gdyby nie referendalny bunt Francuzów i Holendrów. Przypomnę, że opór Lecha Kaczyńskiego wobec wielu zapisów konstytucji natychmiast został uznany za polską niegodziwość i objaw wykoślawionej niezależności narodowej. Traktat lizboński też pozwolono nam przyjąć w wersji okrojonej tylko dzięki Brytyjczykom i Irlandczykom. Lewarowanie demokracji to stosunkowo najnowszy nabytek lewicowego progresywizmu.

Przez wiele lat światłe elity sterowały rządami za pomocą sądów, organów nadzorczych, nieformalnych rad, konferencji i rozmaitych instytucjonalnych bypassów, które pozwalały wcielać ich wizje z pominięciem wyborców. Bunt milczącej większości rozlewający się już na pół Europy i ostatnio Stany Zjednoczone powoduje, że w coraz większej liczbie spraw „plebs” domaga się głosu i rozstrzygnięć w demokratycznym głosowaniu. Wszelkie próby ośmieszania, zniechęcania, relatywizowaniawolnych wyborów palą na panewce. Kraj za krajem, naród za narodem wprowadza do parlamentów rozmaite antyestablishmentowe ugrupowania i chce potrząsnąć zmurszałymi strukturami coraz bardziej fikcyjnej demokracji. Histeria, jaka temu towarzyszy, jest też czymś nowym dla zwykle pełnych dystansu i wolnościowych frazesów lewicowych elit. Stąd całkiem otwarte mówienie o lewarowaniu demokracji i stąd też tak agresywne reakcje na wszelkie próby układu ponaddemokratycznych grup wpływów jak w Polsce. Prezydent Obama, najbardziej lewicowy prezydent Ameryki w historii, któremu wkrótce, o zgrozo, przyjdzie pewnie przekazać władzę najbardziej prawicowemu prezydentowi w historii, nie przypadkiem tak ostentacyjnie reaguje na zmiany w Polsce. Czy te naciski są współmierne do rzeczywistej sytuacji w Polsce, wątpię, ale na pewno oddają stan ducha wszystkich lewicowych elit na Zachodzie.

To wszystko powiedziawszy, trzeba zmierzyć się z realiami. Czy nam się to podoba, czy nie, to od Stanów Zjednoczonych i to wciąż jeszcze od Ameryki Obamy zależy bezpieczeństwo i wsparcie NATO na naszej wschodniej granicy. I nie jest tak, że wraz ze zmianą rządu zmieni się amerykańska polityka zagraniczna. Wciąż istnieje spore prawdopodobieństwo, że do Białego Domu wprowadzi się Hillary Clinton, znacznie bardziej prorosyjska niż Obama. Ale nawet jeżeli to będzie Donald Trump, to jego izolacjonistyczne zapędy i słabość do Putina nie dają pewności, że PiS w listopadzie będzie z powrotem przyjmowany z honorami w Białym Domu. Nowy rząd USA przez kolejny rok będzie pewnie kontynuował politykę poprzednika. Można oczywiście podważać lewicowe uprzedzenia administracji Obamy czy wypominać amerykańskiemu ambasadorowi w Polsce konflikt wokół amerykańskiego Sądu Najwyższego. Ale nie ten, kto zgrabniej przerzuci piłeczkę, wygra to starcie, ale ten, kto okaże się skuteczniejszy w fundamentalnych dla Polski kwestiach. Trybunał może być częścią ważnej, wewnętrznej rozgrywki politycznej, ale od tego, że postawimy na swoim i będziemy szydzić z amerykańskich ambasadorów, nasze granice nie będą bezpieczniejsze.

***
Felieton ukazał się we WPROST