Lewica, seks i edukacja
Mariusz Staniszewski 17.10.2019

Co takiego jest w seksie, że lewica tak bardzo chce go regulować, uczyć technik, promować określone zachowania i postawy? Czy we współczesnym świecie nie ma dla socjalistów i liberałów nic ważniejszego od sposób zaspokajania się? No właśnie niestety nie ma!

 

Członkom komisji wyborczych jeszcze oczy nie odpoczęły od liczenia głosów, nowi posłowie jeszcze nie rozsiedli się w sejmowych ławach, a lewica już ruszyła na barykady. Tym razem nie broni konstytucji czy sądów. Domaga się odrzucenia obywatelskiego projektu ustawy o zakazie propagowania pedofilii, ponieważ uważa, że to droga do zablokowania edukacji seksualnej w szkołach. Już samo to zestawienie pojęć musi działać jak dzwonek alarmowy, ale chyba jeszcze bardziej zastanawia szybkie tempo zorganizowania demonstracji przed Sejmem. To musi oznaczać, że sprawa ma dla lewicy znaczenie priorytetowe.

Oczywiście można by sądzić, że ludzie dzierżący czerwony sztandar chcą trzymać w dłoni także kaganek oświaty, który rozświetliłby ogarniające Polskę mroki średniowiecza. Tyle tylko, że w tej edukacji seksualnej więcej jest seksu niż edukacji. Nie chodzi więc raczej o przybliżenie dzieciom skąd się biorą dzieci czy pokazanie różnic w budowie kobiety i mężczyzny. Tego wszystkiego młodzież uczy się na biologii. Chodzi o seks – masturbację, preferencje, techniki, antykoncepcję, rodzaje doznań itp. „Edukację” do tego seksu dodano tylko po to, by można było taki przedmiot wprowadzić na lekcje.

Dla lewicy szkoła już dawno przestała być instytucją oświatową. Stała się raczej miejscem indoktrynacji, formowania nowego człowieka i faszerowania go ideami, które w normalnym świecie nie cieszą się zainteresowaniem. Wprowadzone do szkół zyskują walor edukacji, więc można je uznawać za naukę. Coś opartego na wiedzy.

Konieczna jest jeszcze – charakterystyczna dla marksistów – kradzież pojęcia. W tym przypadku jest to właśnie „edukacja”, czyli coś podnoszącego poziom wiedzy. Gdyby lekcje te nazwano: „kurs masturbacji i technik zaspokajania się” rodzice podnieśliby larum. Gdyby ogłoszono, że można uczęszczać na zajęcia: „sposoby zapobiegania ciąży” wielu uczniów uznałoby, że nie dowie się już niczego nowego. Ale „edukacja seksualna” to coś innego – brzmi mądrze i tajemniczo jednocześnie. Na dodatek lewicowi aktywiści szantażują przeciwników, że tego rodzaju zajęcia zaleca Światowa Organizacja Zdrowia, a więc nie chodzi tylko o wiedzę, ale także o zdrowie naszych dzieci, czyli największego skarbu, jaki mamy.

Tyle tylko, że po pierwsze WHO nie ustaliła żadnego ścisłego programu, a nawet zaleca, by przygotować zajęcia z uwzględnieniem specyfiki każdego kraju, a po drugie jest to organizacja tak przesiąknięta lewicową ideologią, że możliwość dokonania aborcji włącza do zakresu praw człowieka. Choć nie określiła, o którego człowieka jej chodziło: tego, który usuwa ciążę, czy tego usuwanego.

Na szczęście w dziedzinie edukacji seksualnej Polska nie jest pionierem. Znamy efekty wprowadzenia tych zajęć w innych krajach. W każdym poznanie technik seksualnych spowodowało obniżenie wieku inicjacji – nie trzeba być szczególnie przenikliwym, by to przewidzieć – a w Wielkiej Brytanii wysyp niechcianych ciąż u nastolatek. Jeśli więc efekt edukacji seksualnej był odwrotny od zamierzonego, to dlaczego lewica tak bardzo prze do wprowadzania tego rodzaju lekcji w Polsce?

No właśnie dlatego, że chodzi o seks. Wszystkie systemy ideologiczno-polityczne, które zamierzały zbudować nowy ład i stworzyć nowego człowieka dostrzegały w seksie ogromny potencjał. Wyzwolenie się z norm moralnych związanych z seksem wiąże się z odrzuceniem całego starego porządku. Adolf Hitler mówił, że narodowo-socjalistyczna rewolucja dokona się także przez lędźwie. Bolszewicy niemal natychmiast po uzyskaniu władzy znieśli zakaz aborcji, a wkrótce uznali, że kobiety mogą wyzwolić się głównie dzięki miłości bez zobowiązań. Około połowy dekretów, jakie wydali talibowie w swoim państwie dotyczyła zachowań kobiet, relacji damsko-męskich i kar za różnego rodzaju, nieakceptowane przez nich zachowania seksualne.

Przekonanie dzieci w szkole, by odrzucały obecne normy związane z najbardziej intymną sferą życia jest dla lewicy kluczem do przejęcia władzy. Nie prawa pracownicze, nie płaca minimalna, nie rola związków zawodowych, ale właśnie seks stał się dla współczesnej lewicy tematem numer jeden. Dlatego właśnie czerwony sztandar tak chętnie zamieniają na tęczowy.

To właśnie seks ma – według lewicy – określać tożsamość człowieka. W tym nowym lewicowym raju wszystkie preferencje mają być równe, ponieważ prowadzą do wyzwolenia człowieka z kajdan nałożonych przez judeo-chrześcijańską moralność. Społeczeństwo kierujące się starymi zasadami nie powierzy nigdy lewicy władzy, więc musi zniknąć. Ma je zastąpić społeczeństwo ludzi wolnych od zahamowań, hedonistycznych, gdzie pojęcie homo czy hetero nie ma znaczenia. W rzeczywistości chodzi więc o rewolucję.

Nie dajmy się więc zwieść, że całym tym zamieszaniu chodzi o jakąś edukację. O podniesienie poziomu wiedzy. Chodzi o władzę, a seksualizacja dzieci jest tylko do tego środkiem.