Liberał jako Kasandra
Łukasz Warzecha 28.05.2019

Liberalni wyborcy – w sensie klasycznego liberalizmu – mogą jedynie zwiesić głowy ze smutkiem. Niezależnie od wyniku, dwa największe obozy polityczne w tych wyborach postawiły na socjalną licytację, z tym że jeden, opozycyjny, tylko gadał (może i dobrze), a drugi, rządowy, faktycznie rozdawał pieniądze na potęgę. Wśród pozostałych sił, którym udało się zarejestrować listy w całym kraju, pierwiastki wolnorynkowe i liberalne były w Konfederacji i w ruchu Kukiza. Oba ugrupowania znalazły się pod progiem. Polska Fair Play nie zarejestrowała list w całym kraju i w związku z tym już na starcie była bez szans. 

 

Pisałem tutaj wielokrotnie, że gospodarka na swoim najbardziej podstawowym poziomie rządzi się najprostszymi prawami, opisanymi już dawno temu przez Adama Smitha czy Fryderyka Bastiata i tego się nie przeskoczy. Nie zmienią tego żadne neokeynsowskie zaklęcia, tysiące stron Piketty’ego czy azjatyckie trzecie drogi. Pewne rzeczy pozostają niezmienne: zachowania ludzi wobec zwiększających się obciążeń, niemożność brania pieniędzy z niczego, czyli produkowania pustego pieniądza, konsekwencje zadłużania się w długim okresie. Ludzie działają racjonalnie: jeżeli nieodpowiedzialni politycy oferują im wiele za nic, będą korzystać – trudno, żeby tego nie robili, to by było nieracjonalne. Jeżeli obciążenia staną się trudne do zniesienia, ludzie będą szukać wszelkich możliwych sposobów, żeby się od nich uwolnić, a ostatecznym będzie emigracja, zawsze obejmująca najzdolniejszych, najenergiczniejszych i najbardziej przedsiębiorczych. 

Wbrew natrętnemu przekazowi sprzyjających władzy mediów i wbrew zachwyconym nią socjalistom, PiS nie zmienił reguł ekonomii. Morawiecki z Kaczyńskim nie są cudotwórcami, którzy nagle cudownie rozmnożyli pieniądze i mogą je rozdawać potrzebującym. Rozdawnictwo opiera się na kilku filarach: uszczelnieniu systemu podatkowego; nałożeniu w wielu mniej widocznych miejscach mnóstwa na ogół słabo widocznych z pozycji pojedynczego obywatela, bo rozproszonych i okazjonalnych opłat lub niezmniejszaniu obciążeń, które zmniejszone miały być (VAT); wciąż względnie dobrej koniunkturze światowej i europejskiej; oraz na zadłużaniu państwa. Każdy z tych filarów niesie ze sobą odrębne ryzyko. 

Uszczelnienie systemu podatkowego to generalnie dobra sprawa, ale ma też swoją ciemną stronę w postaci przedsiębiorców, którzy z obawy przed kontrolą rezygnują ze zwrotu VAT, który im się należy, albo w postaci skandalicznych działań skarbówki, takich jak zmiana interpretacji w sprawie VAT na fast-foody, co uderza w polskich franczyzobiorców dużych sieci. Fatalną dla przedsiębiorców kwestią, częściowo związaną z tym wątkiem, jest niepewność prawa, która za PiS osiągnęła wyjątkowo wysoki poziom (piszę o tym w najnowszym wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”). 

Nałożenie wielu drobnych opłat sprawia, że wartość transferów, które dzięki tym opłatom są przekazywane ludziom, spada. To w części klasyczne przekładanie pieniędzy z kieszeni do kieszeni. Owszem, na początek roku szkolnego rodzina dostanie 300 złotych łapówki na szkolną wyprawkę, ale za moment odda to państwu w postaci opłaty emisyjnej, opłaty mocowej czy utrzymanego wyższego VAT. 

Dobra koniunktura może trwać jeszcze jakiś czas, a może się skończyć. Już od jakiegoś czasu niepokojące sygnały dochodziły z Niemiec. Nie wiadomo też, jaki wpływ będzie miała gorąca już właściwie wojna handlowa między USA a Chinami. W podtrzymaniu koniunktury na pewno nie pomoże. 

Zadłużanie państwa, traktowane z lekceważeniem przez etatystów (słynne „w długim okresie wszyscy jesteśmy martwi” Keynesa), nie jest czymś innym niż nieodpowiedzialne zadłużanie gospodarstwa domowego, tylko dlatego, że odbywa się w większej skali. To co do zasady dokładnie to samo, tyle że w przypadku państwa chodzi o większe sumy i na ogół dłuższe okresy. Długi mają jednak to do siebie, że trzeba je kiedyś spłacać – obojętnie, czy to dług zaciągnięty u znajomego, kredyt w banku czy zadłużenie w postaci obligacji, emitowanych przez państwo. 

Beztroska, z jaką PiS traktuje publiczne pieniądze, to w istocie jazda rowerem po linie nad przepaścią. Fajnie jest, akrobata sunie całkiem dziarsko, macha przy tym do publiczności na dole, drugą ręką żongluje piłeczkami, a lewą stopą od czasu do czasu drapie się za prawym uchem. Ludzie klaszczą i mówią: „A niedowiarkowie twierdzili, że się nie da. Proszę, i da się, wystarczy chcieć”. Nietrudno oczywiście przewidzieć, że jeśli lina jest bardzo długa i nie istnieje jakaś meta, do której akrobata ma dojechać, a tam już stanie na twardym gruncie – w końcu będzie musiał spaść, to tylko kwestia czasu. A w przypadku PiS nie wygląda, żeby taka meta istniała. To PiS uruchomił bezprecedensową licytację na socjal, z której nikt teraz nie jest w stanie się wycofać bez poważnych politycznych strat. Można się oczywiście głupawo naśmiewać ze stwierdzenia, że to droga grecka, ale warto pamiętać, że – choć każdy kraj ma swoją specyfikę, więc żadna sytuacja nie przekłada się jeden do jednego – to jednak Grecja nie padła od razu. Przez całe lata trzymała się absurdalnie wręcz socjalnej drogi i wydawało się, że można tak balansować bez końca. 

Gdy dzisiaj ostrzegam przed tym, co nieuchronne, słyszę niezmiennie (jak wiadomo, ludzie lubią się posługiwać oklepanymi schematami): „A co, lepiej, żeby swoi kradli?”. Na tak głupawą erystykę nie warto nawet odpowiadać. 

W mojej podwarszawskiej okolicy były cztery komisje wyborcze. W trzech z nich wyraźnie wygrała Koalicja Europejska. To komisje, mieszczące się w rejonach, gdzie przeważają domy jednorodzinne, zamknięte osiedla, szeregowce. Poziom zamożności jest, ogólnie rzecz biorąc, w miarę wysoki. W jednej wygrał – choć nie miażdżącą przewagą – PiS. To rejon, gdzie dominują nieco zapyziałe komunalne bloki, kręcą się miejscowe pijaczki i gdzie nocą idzie się najszybciej. Problem w tym, że ci, którzy – jak można zakładać – w jakiś choćby podświadomy sposób obawiają się, że władza zechce obdzielić swoich wyborców ich majątkami poprzez zintensyfikowaną redystrybucję, nie głosowali racjonalnie. Odwoływali się może do dawnej PO, jeszcze z czasów Tuska i Rostowskiego z jego przesadnym wręcz fiskalnym konserwatyzmem. Ale tamtej PO już nie ma. Jest PO obecna, której lider snuje jakieś fantastyczne (i w oczywisty sposób niemożliwe do spełnienia) socjalne wizje, byle konkurować z Kaczyńskim na hojność. 

Kasandrę, córkę króla Troi Priama, obdarzył uczuciem sam Apollo. Z miłości dał jej dar jasnowidzenia, ale że jego uczuć nie odwzajemniła – sprawił, że nikt jej nie wierzył. Pisze Jan Parandowski w swojej „Mitologii”:

I nowe dziwo: za kurhanem Achillesa drewniany koń. Trojanie się zbiegli, obmacywali, ostukiwali – nic. Wielki, jak machina wojenna, koń wyrobiony z drzewa. Ktoś doradził, żeby tę zdobycz wprowadzić do miasta. Zgodzili się, przyklasnęli. […] Jasnowidząca Kasandra krzyczy: nie puszczać! Wariatka. […] Rozwalają mur i ciągną konia na zamek – jako ofiarę bogini Atenie. A potem zabawa. Piją, tańczą, śpiewają. Noc. Sen pokrywa miasto. 

Tak, to był podstęp. Miał słuszność kapłan Laokoon. W brzuchu drewnianego konia siedziało dwunastu najprzedniejszych rycerzy achajskich z Odyseuszem, który podstęp wymyślił. W nocy wyszli, otworzyli bramy miasta. 

Rozsądny liberał musi się dzisiaj czuć jak Kasandra i jest to uczucie zaiste paskudne. Zaś tłuszcza jest aktualnie na etapie picia, tańców i śpiewów. Achajowie czekają spokojnie w brzuchu konia, żeby wyjść i zacząć siać zniszczenie.