Liczyć albo nie liczyć – oto jest pytanie
Dariusz Matuszak 29.10.2019

Od ponad dwóch tygodni przez Polskę przetacza się dyskusja, której efektem może być dalsze obrzydzanie obywatelom wyborów i pokazanie im, że w naszej Kochanej Ojczyźnie ich zdanie nic nie znaczy, albo przynajmniej znaczenia mieć nie powinno. Liczy się opinia partii i ich organów, czy tam członków. Chodzi oczywiście o kłótnię dotycząca uznania, czy oprotestowania wyników wyborów. Poziom argumentów jest intelektualnie żenujący, pokazuje pychę politycznych elit i całkowite ubezwłasnowolnienie umysłowe dziennikarzy, komentatorów i jakichś tam ekspertów. Dyskusja doszła do granic absurdów, gdy jedna partia zarzuciła drugiej, że protesty i kwestionowanie wyników oznaczają niemal zamach stanu, a już na pewno molestowanie demokracji, po czym sama własne zastrzeżenia zgłosiła.

 

Sprawa jest prosta. Wszystko powinno być sprawdzone, w okręgach gdzie pojawiają się wątpliwości głosy przeliczone, a jeśli się okaże, że coś się nie zgadza, to wybory w danym miejscu powtórzone, a winni ewentualnych oszustw zapakowani za kraty. To będzie mądre, słuszne, sprawiedliwe i obywatelskie.

Wszystko zaczęło się od grzechu pierworodnego w 1995 roku w czasie wyborów prezydenckich. Okazało, się, że Aleksander Kwaśniewski nakłamał jakoby miał wyższe wykształcenie, więc oszukał wyborców. Na tle Lecha Wałęsy, który ukończył zawodówkę mógł bowiem jawić się jako człek światły. Taki kontraścik: nieokrzesany ciemniak kontra wykształcony jasno oświetlony intelektualista.

Sąd Najwyższy uznał wtedy, że nie szkodzi, że Kwaśniewski nakłamał i uznał wynik wyborów. Rozumiałbym gdyby Kwaśniewski o swym wykształceniu opowiadał tylko publicznie, w mediach etc. Ale nie – on nałgał w urzędowych papierach, które składał jako kandydat na prezydenta. Za takie występki są sankcje karne. Sędziowie jednak przyklepali wszystko i dalej już poszło – z wyborów na wybory jest coraz gorzej. Mnożą się skargi, protesty obywateli i wszystko to spływa do sedesu jak po kaczce z chili. Nikt nie reaguje, nikt się nie przejmuje. Raz tylko ukarano kandydata z Rzeszowszczyzny, który miał przekupywać wyborców wódką. Biedaczyna nie rozumiał, że w naszej Kochanej Ojczyźnie wyborców przekupywać mogą tylko partie za nasze pieniądze.

Za tym, by i tym razem nie uwzględniać protestów i badać wątpliwości pada wiele argumentów. Najbardziej pociesznym jest ten, który przedłożyła PO, czy jak ona się tam teraz nazywa. Otóż stwierdziła, że PIS chce ponownego liczenia głosów tam gdzie przegrał, bo uważa, że może jednak wygrał. Dobre: PiS powinien chcieć przeliczenia, bo ma nadzieję, że PO przybędzie głosów. Głupiej argumentować nie da.

Kolejnym  argumentem jest to, że wybory się zakończyły i nie ma co dalej w całym procesie grzebać. Wyłazi jeden z drugi i powiada, że Polacy mieliby być tym już zmęczeni. To jest ta pycha, ta arogancja. Oni uważają, że jesteśmy zmęczeni i najchętniej położyliby nas spać jak dzieci, żebyśmy sobie odpoczęli, a oni już się wszystkim zajmą i wszystko urządzą.

Były komentator sportowy, a teraz poseł z Łodzi Zimoch stwierdził, że wybory już się skończyły, a ponowne sprawdzanie i przeliczanie byłoby jak kwestionowanie wyniku meczu piłkarskiego po dwóch tygodniach. Skąd oni tego Zimocha w tej Łodzi wzięli? A, taki jeden z Wrocławia kazał go na listę wpisać. Teraz przez cztery lata Zimoch będzie nas czarował sportowymi porównaniami. Skoro już przy nich jesteśmy, to wspomnę, że ledwie 3 dni temu Anita Włodarczyk odebrała złoty medal olimpijski Igrzysk w Londynie z 2012 roku. Jej rywalka, która złoto ukradła, została złapana na dopingu i ostatecznie zdyskwalifikowana. Rosjanka Tatiana Łysienko była naszprycowana jak kurczak z fast foodu.

Otóż pośle Zimoch – częścią procesu wyborczego jest weryfikacja, sprawdzanie, ponowne liczenie jeśli trzeba. Po co w ogóle w kodeks wyborczy wpisywać przepisy o protestach, skoro miałoby się ich w ogóle nie stosować i z zasady sprzeciwy wyrzucać do śmieci. Bo mecz się skończył?

Kolejnym z serii głupich argumentów jest ten jakoby nie należy sprawdzać i przeliczać, jeśli to i tak nie wpłynęłoby na wynik wyborów. Jeśli więc w jakiejś komisji siedzi oszust i fałszuje wyniki, to nie ma sensu tego sprawdzać, jeśli skala oszustw jest zbyt mała. Tak więc jak ktoś nakradnie w Biedronce za tysiąc złotych, to i tak nie zmieni tego, że sieć ma kilkadziesiąt miliardów przychodów, więc nie ma co się nim zajmować. I oto ewentualny/domniemany/rzekomy oszust może sobie siedzieć w komisji i robić co robi, byleby fałszerstwo nie było oczywiste. Kara ma w prawie między innymi funkcje prewencji szczególnej i ogólnej. Prewencja szczególna w tym przypadku polega na tym, że jak panią Halinkę z komisji wyborczej złapiemy na fałszerstwie, to już w kolejnej nie zasiądzie i oszukiwać nie będzie. Ogólna zaś na tym, że jak pan Bogdan się dowie, że Halinkę złapali, to sam się wystraszy i oszustw się nie dopuści.

Mamy pewność, że w czasie wyborów, ostatnich, czy poprzednich do oszustw dochodziło. To są te przypadki, kiedy np. okazywało się, że w jakimś obwodzie któryś z kandydatów nie dostawał ani jednego głosu, chociaż sam głosował na siebie i choć ten jeden marny mu się należał. No więc wedle teorii „braku wpływu oszustwa na wynik”, powinniśmy pozwalać fałszować, aż nie wydarzy się coś spektakularnego, co zmieni rezultaty.

Trudno mi sobie wyobrazić cięższe przestępstwo przeciw demokracji, niż oszustwo wyborcze. Jego ofiarą jest nie tylko kandydat, ale każdy obywatel, którego fałszerstwem pozbawiono jego wyborczych praw. Przy naszej antydemokratycznej, utrwalającej partiokrację ordynacji wyborczej, każdy jeden dostawiony krzyżyk, zniszczenie karty etc. uniemożliwia komuś uczestnictwo w wyborach. Obywatele się organizują, mobilizują podwożą, pomagają starszym, przeżywają i pokazują zaangażowanie, ale to wszystko furda, na nic, do pieca, bo oszustwo jest za „małe”.

Nie mamy pojęcia co się w komisjach dzieje. Nie wiemy w ilu z nich, ile razy oszuści zasiedli. Jak ktoś chce, to niech sobie wierzy, że wszystko od 30 lat przebiega idealnie. Ja zaś będę pamiętał ową babcię, która głosowała na własnego wnuka po to, by na koniec dowiedzieć się, że w jej komisji nie dostał żadnego głosu. Proszę ją później przekonać do owego święta demokracji jakim niby są wybory, do tego by miała zaufanie do państwa i widziała sens w swym obywatelskim zaangażowaniu. Ale co tam jakaś babcia, jakiś ktokolwiek. Olać babcię, albo chociaż dowód jej zabrać. Kto by tam jakiejś starej baby słuchał.

Ale partii słuchać trzeba. Skoro już zafundowaliśmy sobie republikę partyjną to ja uznaję, że PiS składa protest w imieniu 8 milionów swoich wyborców, KO w imieniu swoich 5 milionów, a Konfederacja swoich 1,2. I nie potrzebuję by jakiś ekspert, czy redaktor mówił czy jakiś protest ma sens, czy nie. W tym kontekście skandaliczna jest wypowiedź rzecznika Sądu Najwyższego, który przed jakimikolwiek rozstrzygnięciami stwierdził, że protesty PiS są bezzasadne. Za takie wychodzenie ze swej roli, za polityczne zaangażowanie, okazaną arogancję powinien być natychmiast wyrzucony. Niech w Kolegium ds. Wykroczeń orzeka.

Obywatele nie mają obowiązku znać na pamięć kodeks wyborczy, zgłębiać niuanse zapisów prawnych, czytać składane skargi. Jeśli na jakąś partie głosowali, to chyba mają elementarne zaufanie, że ona za nich może to zrobić. Całe te medialne opowieści, że protesty nie maja sensu są głosem arogancji tych, którzy nie potrafią wyjść poza polityczny spór i uznać, że istnieją jakieś dobra wyższe – np. demokracja i wybory i należy szczególnie je pielęgnować.

Za głupi i szkodliwy uznaję pomysł KO, by do ewentualnego nadzorowania ponownego liczenia głosów wezwać ludzi z zagranicy z OBWE, czy Unii. Ja rozumiem, że fajnie jest sobie wiosną pojechać do Gruzji jako obserwator wyborczy, albo o tej porze roku do Kostaryki i tam pilnować. Sami robimy z siebie kraj szczególnej troski. Jest coś paskudnego w tych wiecznych skargach za granicą. Sami możemy się policzyć. Niech zrobią z tego transmisję live w internecie, niech komitety wyślą swoich mężów, czy tam żony zaufania, zaproszą stada dziennikarzy, a wokół postawią funkcjonariuszy ABW z długą bronią. Naprawdę nie potrzebujemy tu żadnych zagranicznych turystów wyborczych.

Uznaję, że PKW i Sąd Najwyższy z najwyższą powaga i starannością powinny zająć się skargami. PKW właśnie obwieściła, że odrzuca 36, bo nie wykazano, by były zasadne i (cytat): „by doszło do naruszenia prawa wyborczego w takim zakresie, żeby miało to wpływ na wynik wyborów”. Babcia więc może iść czesać się pod most.

Prokuratura zaś powinna zająć się zarządem TVP, który nie wykonał wyroków sądów w przewidzianym trybie wyborczym. Po co więc nam ów tryb? Oddzielną kwestią jest oczywiście to której partii słuchają sędziowie Sądu Najwyższego, a której prokuratura.