Lubiąż, czyli kiedy jestem bardziej konserwatystą niż liberałem
Łukasz Warzecha 27.07.2020

Dla części czytelników może będzie to szok, ale nie jestem liberalnym dogmatykiem. Uważam, że są dziedziny, w których należy regulować kwestie dobra wspólnego, a nawet działać na rzecz tego dobra pieniędzmi podatników. Przy czym to są bardzo nieliczne dziedziny.

 

Jedną z nich jest w moim przekonaniu kwestia krajobrazu, w Polsce dramatycznie zaśmieconego przede wszystkim przez reklamowy spam. Jeżdżąc trochę po Europie Środkowej, w żadnym innym kraju – w Czechach, na Słowacji, Węgrzech, Litwie czy Łotwie, też przecież postkomunistycznych – nie widziałem takiego zaśmiecenia wspólnej przestrzeni. Nigdzie przy wjeździe do żadnego większego miasta nie widziałem takiej reklamowej kloaki jak przy drogach wokół polskich większych miast, z Warszawą na czele.

To dotyczy także planowania przestrzennego. To, co zrobiono w Warszawą – moim miastem z wyboru od 26 lat – w ciągu ostatnich kilkunastu lat jest zbrodnią na krajobrazie miejskim. Naćkanie bez ładu i składu identycznymi szklano-stalowymi klocami całego miasta nie ma nic wspólnego z postępem – tak mogą sądzić jedynie ludzie z ogromnymi kompleksami, którym się to podoba i którzy wielokrotnie przekonywali mnie na Twitterze, że liczba takich kloców jest miarą „światowości” stolicy. Śp. Sir Roger Scruton Polskę uwielbiał i czuł się tutaj znakomicie, ale wolę nawet nie myśleć, co powiedziałby, gdyby go spytać o architekturę współczesnej stolicy, skoro nawet bez porównania bardziej uporządkowany ład przestrzenny w Wielkiej Brytanii był przedmiotem jego krytyki.

Dlaczego nie uważam, żeby każdy mógł sobie w tych dziedzinach robić, co mu się podoba? To proste: bo przestrzeń publiczna nie ogranicza się do granicy płotu. Wzrokiem sięgamy poza tę granicę i ogarniamy całość krajobrazu. Zarazem jestem jednak zwolennikiem limitowania prawa do dysponowania własnym teren jedynie w najmniejszym koniecznym stopniu. Nie chciałbym, żeby urzędnik wyznaczał nam w detalach, jak ma wyglądać nasz dom. Chodzi jedynie o ogólne zasady. Te jednak być powinny, szczególnie w tych miejscach, gdzie przestrzeń publiczna jest wyjątkowo narażona na zniszczenie. Tutaj konserwatysta bierze we mnie górę nad liberałem: przestrzeń publiczna jest dobrem rzadkim, ograniczonym i bez wątpienia wspólnym. Dzisiejsza Warszawa – miasto przestrzennego chaosu, podpartego kompleksami jej mieszkańców – doskonale pokazuje, jak łatwo to dobro zmarnować, odzyskać je zaś znacznie trudniej.

Wspomniany już Sir Scruton w swoim głośnym filmie „Why Beauty Matters” z 2009 r. (film wciąż można w całości znaleźć na YT tutaj i bardzo gorąco go polecam) pokazuje jeden z „nowoczesnych” kompleksów budynków w Reading – dziś sypiący się i pusty – i konkluduje, że wygląda to, jak wygląda, po prostu dlatego, że te budynki są brzydkie. W brzydkich miejscach nikt nie chce ani mieszkać, ani pracować. Obawiam się, że taki los może czekać znaczną część „nowoczesnej” warszawskiej zabudowy, szczególnie jeśli po epidemii koronawirusa firmy dojdą do wniosku, że nie jest im potrzebna tak wielka przestrzeń biurowa jak dotąd.

Podobnie jak o przestrzeń publiczną, musimy dbać o nasze materialne dziedzictwo. Nie dołączyłem swego czasu do chóru krytyków zakupu przez polskie państwo kolekcji Czartoryskich, bo choć byłbym szczęśliwy, gdyby jej udostępnianie i zachowanie mogła udźwignąć prywatna fundacja, uważam, że na dobra kultury tej wagi polskie państwo nie powinno żałować pieniędzy. Co oczywiście nie znaczy, że powinno nimi bezładnie szastać.

Kultura materialna to nie są tylko po prostu przedmioty czy budynki. Kultura materialna tworzy to, kim jesteśmy. Tworzy otoczenie, w którym się wychowujemy i w którym żyjemy. A to z kolei tworzy nas, naszą tożsamość i nasz sposób myślenia.

Dramatyczne zniszczenia właśnie w tej sferze są jednym z głównych powodów, dla których pozostaję twardym krytykiem Powstania Warszawskiego jako przedsięwzięcia politycznego i militarnego. Uważam, że mając wiedzę o tym, jak wiele dóbr kultury zostało po kryjomu przywiezionych przed sierpniem 1944 r. do stolicy w nadziei, że tu właśnie będą bezpieczne, oraz mając świadomość wartości tożsamościowej samego i tak już zrujnowanego miasta, dowództwo AK nie miało prawa podejmować decyzji o rozpoczęciu walk. To był powód w moim przekonaniu równie ważny jak te polityczne i wojskowe.

Piszę o tym wszystkim po mojej niedawnej wizycie w Lubiążu na Dolnym Śląsku, gdzie oglądać można gigantyczny, absolutnie niesamowity pocysterski kompleks klasztorno-pałacowy. Opactwo, którego korzenie sięgają średniowiecza, swój największy rozkwit przeżywało w drugiej połowie XVII wieku, po wojnie trzydziestoletniej, za rządów opata Arnolda Freibergera. To on dał w Lubiążu pracę i stałe miejsce – do końca życia – „śląskiemu Rembrandtowi”, czyli Michaelowi Willmannowi.

Kasata zakonu i nacjonalizacja jego dóbr nastąpiły na mocy decyzji króla Prus w 1810 r., ale nawet to nie oznaczało jeszcze popadania kompleksu w całkowitą ruinę. Najgorsze dla Lubiąża lata to czas powojenny, a szczególnie okres PRL-u, gdy w zapuszczonych i przeciekających budynkach mieściła się składnica książek i obiektów muzealnych. U schyłku PRL Lubiąż przejęła prywatna fundacja (okoliczności tego przejęcia mogą do dziś budzić wątpliwości, ale tak naprawdę nie mają i nie powinny mieć teraz już żadnego znaczenia; nie wygląda też na to, żeby ktokolwiek się na tej operacji wzbogacił), która jest właścicielem kompleksu do dzisiaj.

Lubiąski kompleks jest potężny. Rozmiarem niewiele ustępuje podmadryckiemu Eskurialowi. Mógłby być porównywalną perłą w bardziej oczywiście lokalnej skali. Na razie jednak obejrzeć w nim można dwie odrestaurowane sale: zapierającą dech w piersiach Salę Książęcą i letni refektarz oraz ogołocony w późnych latach wojny kościół, w którym niegdyś wisiały Willmannowskie płótna z najsłynniejszego cyklu męczeństwa świętych. Dobre jest choć to, że wyremontowany w latach 90. dach nie przecieka. Trwają też prace nad odnowieniem fasady kompleksu od strony głównego wejścia, aczkolwiek obejmują – na oko – może jedną dziesiątą powierzchni fasad kompleksu. Na te prace MKiDN przeznaczyło w ciągu sześciu lat 2 mln złotych.

Fundacja pieniądze na bieżące utrzymanie ma od sponsorów, z grantów, z biletów oraz z organizowanych na terenie opactwa wydarzeń, ale te dwa ostatnie źródła z oczywistych powodów wyschły w ostatnich miesiącach. Imprezy odwołano całkowicie.

Według dawnych kosztorysów, które teraz należałoby zapewne zaktualizować, rewitalizacja całego kompleksu kosztowałaby około 250 mln złotych. Dla porównania – koszt budowy Muzeum Historii Polski będzie oscylował zapewne w okolicach 700 mln złotych, Muzeum II Wojny Światowej kosztowało około 500 mln złotych. Dwa lata temu, przy udziale ówczesnego wojewody dolnośląskiego, podpisano z MKiDN list intencyjny o przejęciu Lubiąża przez skarb państwa. I na liście się skończyło. Fundacja natomiast przyznaje, że nie jest w stanie udźwignąć zadania. Żaden z inwestorów, potencjalnie zainteresowanych kompleksem w ciągu ostatnich trzech dekad nie był w stanie przejąć całości. Wszyscy ostatecznie stwierdzali, że opactwo jest dla nich za duże.

Mówiąc szczerze – nie wiem, ile jest w Polsce obiektów porównywalnych do lubiąskiego klasztoru w podobnej sytuacji. Zakładam jednak, że niewiele. To część polskiego dziedzictwa, jakkolwiek mówimy o regionie, gdzie historia, także materialna, jest mieszanką kultur polskiej, czeskiej, pruskiej oraz katolickiej i protestanckiej (protestant Willmann, zamieszkawszy na stałe w Lubiążu, przeszedł na katolicyzm, a opat Freiberger miał świetne relacje z protestantami). Historia regionu i miejsca nie zwalnia nas natomiast z odpowiedzialności za to, co dziś jest po prostu polskie.

Znam przykłady, gdzie prywatni inwestorzy przejmowali chylące się ku upadkowi miejsca i wyciągali je na prostą. Polecam moją rozmowę w programie „Polska na Serio Biznes” z Martinem Sobczykiem, który razem z dwoma innymi osobami uratował przed katastrofą leżący również na Dolnym Śląsku XVI-wieczny zamek Sarny w Ścinawce Górnej. W ciągu kilku lat, dzięki różnym grantom, funduszom i własnym pieniądzom z niemalże już ruiny udało się stworzyć żywe miejsce, gdzie od jakiegoś czasu działa znakomita kawiarnia, rusza hotel, odbywają się koncerty muzyki dawnej. To wspaniały i godzien pochwały przykład. Ale i to by się nie udało bez także państwowych funduszy, a w dodatku Sarny to obiekt bez porównania mniejszy niż Lubiąż.

Być może powinniśmy pomyśleć o tym, jak stworzyć mechanizmy, które będą zachęcały prywatnych inwestorów do ratowania takich miejsc. Być może polskie państwo powinno wyraźnie finansowo nagradzać tych przedsiębiorców, którzy postanowią wyłożyć duże pieniądze na ratowanie dóbr kultury. Ale nie mam złudzeń: polski biznes nie jest wystarczająco zamożny, żeby był w stanie uporać się z tak potężnymi przedsięwzięciami jak Lubiąż. Choć może to również wina MKiDN, które powinno w podobnych sytuacjach działać aktywniej, starając się na przykład doprowadzić do powołania konsorcjum, zdolnego do udźwignięcia podobnej inwestycji.

Tak czy owak, nie mam wątpliwości, że ratowanie materialnej kultury, której i tak historia nas w dużej części pozbawiła, to jedno z tych niewielu zadań, na które warto wykładać publiczne pieniądze. Na pewno warto znacznie bardziej niż na dopłaty do elektrycznych autek czy wyborcze łapówki w rodzaju wyprawki plus.