Mafia lekowa ma się dobrze, a pacjenci umierają
Jerzy Wysocki 04.11.2019

W kampanii wyborczej formacje polityczne prześcigały się w obietnicach poprawy stanu służby zdrowia. Wiadoma sprawa, jest fatalnie na tym odcinku, więc trzeba coś obiecać. Nie padały konkretne rozwiązania systemowe, tylko proste hasła: skrócimy czas oczekiwania na SOR, gdzie w oczekiwaniu na przyjęcie chorzy umierają, lekarze specjaliści będą bardziej dostępni, procent PKB na służbę zdrowia będzie się zwiększał. Współczuję podwójnie chorym ludziom: po pierwsze, że są chorzy, i życzę im zdrowia. Po drugie, że musieli tego wyborczego mamienia słuchać, co mogło spowodować dodatkowo pogorszenie pracy ich systemu nerwowego. Tymczasem teraz w aptekach brakuje leków, w tym leków ratujących życie. Trudno o większy skandal w europejskim kraju unijnym, którego władze szczycą się wręcz cudem gospodarczym, oraz stabilną i rosnącą szybko gospodarką.

 

Z receptą na lek, który przyjmuję od 10 lat, idę do sieciowej apteki, tej co zwykle, bo jako senior 50+ (co mnie irytuje) mam tam spory rabat. Mam rabat, ale nie mam leku, bo nie ma go w aptece. To już się zdarzało, i to coraz częściej, więc jako pacjent jestem przyzwyczajony.

– Nie ma sprawy, sprowadźcie z hurtowni, a po święcie zmarłych odbiorę. Mam jeszcze zapas, więc spoko, w tym roku na cmentarz pójdę, jak dotąd, w charakterze odwiedzającego, a nie odwiedzanego jeszcze – ględzę po swojemu sympatycznej farmaceutce znanej mi od lat.

– Wie pan, ale już sprawdzam, ale w hurtowni naszej sieci też tego leku nie ma, więc musi pan gdzie indziej próbować. I jest taki jakiś portal, gdzie można sprawdzić, gdzie lek jest, ale to niczego nie gwarantuje, bo może już go nie być, gdyż w hurtowniach nie ma. Są duże braki wszystkiego – wyjaśnia farmaceutka ze strapioną miną, bo o zyski apteki też chyba chodzi, jeśli dobro pacjenta, to poboczna kwestia.

Wychodzę zdziwiony, dzwonię do 3 aptek, gdzie lek podobno jest, ale nikt permanentnie nie odbiera. To akurat mnie nie dziwi, pewnie tłumaczom pacjentom, dlaczego nie mogą zrealizować recept. Ten lek zostawiam na później, ale pilniej przydałby mi się inny, którego w poprzedniej aptece też oczywiście nie było. Zaglądam do apteki koło domu i przy biurze. – A nie, tego drugiego, to w ogóle w Polsce pan nie dostanie, kiedyś był, ale od niedawna nigdzie go nie ma, lekarz mógł tego nie wiedzieć, jak sam nie bierze – słyszę od pań w białych fartuchach

Słyszę, też że sytuacja w ostatnim czasie jest wręcz dramatyczna. Dowiaduję się od farmaceutek i znajomego lekarza (tego od leku niedostępnego w całej Polsce), że leki wywożone są za granicę, dlatego nie ma ich w kraju. Słucham tego z narastającym zdziwieniem, gdyż wcześniej mnie to nie dotyczyło, a nie wszystkie patologie śledzę. Zbyt ich dużo.

Nasilający się proceder polega tzw. odwróconym łańcuchu dystrybucji produktów leczniczych w celu nielegalnego wywozu z Polski. Nieuczciwi przedsiębiorcy symulują np. konieczność utylizacji leków przechowywanych niby w niewłaściwych warunkach lub błędy w zamówieniach, powodujące „cofnięcie” towaru do hurtowni, pojawiają się też pacjenci – słupy. Z biegiem lat, proceder, przyjmuje coraz bardziej wyrafinowane formy, angażując apteki, hurtownie, szpitale. Po co wywozi się leki z Polski? To proste, by w innych krajach drożej je sprzedać. Wolny rynek ? Nie tym razem. Nie w tej sferze, na dodatek zabezpieczonej Konstytucją RP. Jeśli mam ma prawo dostępu do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych, to chyba mam też prawo do leczenia, ergo go leków, i nie piszę tu, że koniecznie za darmo.

Od 2015 r. państwo niby walczy z owym „odwróconym łańcuchem dystrybucji”, zaostrza przepisy i surowe kary, wprowadza regulacje i monitoring. Sytuacja się nie poprawiła. Wręcz przeciwnie. W marcu 2018 r. w wykazie leków zagrożonych brakiem dostępności było 177 produktów leczniczych, we wrześniu 2018 r. – 216, a lipcu 2019 r. aż 324. W tym roku, w sprawie braku dostępu do leków ratujących zdrowie i życie, interweniowała Najwyższa Izba Kontroli i Rzecznik Praw Obywatelskich.

Robiąc tzw. research w mediach trafiam na portal rynekaptek.pl. Myślałem, że to o lekach i placówkach aptecznych. Nie, to portal de facto kryminalistyczny. Nagłówki kolejnych artykułów:

  • W szpitalach brakuje znacznika, który podczas operacji onkologicznych pozwana wykryć przerzuty do węzłów chłonnych. Hurtownia, która zaopatrywała szpitale w znacznik, musiała zostać zamknięta z powodu zakazu łączenia działalności leczniczej i hurtowej,
  • Aptekarz z Włocławka zatrzymany w związku ze śledztwem w sprawie mafii lekowej, najbliższe trzy miesiące spędzi w areszcie,
  • Sąd w Gdańsku zdecydował w piątek, o tymczasowym aresztowaniu kolejnych siedmiu osób podejrzanych o wyprowadzanie z Polski leków i ich sprzedaż po dużo wyższych cenach za granicą,
  • Poseł Paweł Pudłowski pyta ministra sprawiedliwości, jak to się dzieje, że śledztwo w sprawie mafii lekowej prowadzą dziennikarze, a nie służby do tego powołane,
  • Leki wyjeżdżały tirami za granicę. Teraz to już się kończy. Widzę to analizując dane. To samo twierdzą firmy farmaceutyczne – przekonuje na TT wiceminister zdrowia, Maciej Miłkowski.

To ostatnie, to tweet wiceministra z 30 września tego roku, czyli sprzed dwóch miesięcy. Nie wiem, czy Pan Miłkowski, kontynuujący twórczo propagandę sukcesu i wizje państwa teoretycznego, znajdzie uznaje w oczach nowego/obecnego ministra zdrowia? Jeśli ma takie oczekiwania, ambicje i plany, to mam taki prosty test na Pana kompetencje. Po zapoznaniu się z tym tekstem (zapewne ministerstwo ma monitoring mediów, bo wątpię że leków), uprzejmie proszę o załatwienie tych leków, o których napisałem na początku wpisu. Jeden z nich, to nie płyn na porost włosów, ale na nadciśnienie. Czyli lek ratujący życie. I proszę nie robić tego dla mnie – wręcz sobie tego nie życzę, proszę zrobić to bezradnych pacjentów.