Manifest ekokomunistyczny Grety Thunberg
Łukasz Warzecha 04.12.2019

Podczas niedawnego Młodzieżowego Strajku Klimatycznego zbuntowana przeciw zmianom klimatu młodzież paradowała z transparentami takimi jak: „Mamy przesrane, ale gówno się recyklinguje”, „Capitalism is the enemy of the earth” („Kapitalizm to wróg ziemi”), „Nie pal węgla, pal zioło”, „Zniszcz mi pusię, nie planetę”, „Suck a dick, not a straw” („Ssij kutasa, nie słomkę”). Były też bardziej merytoryczne, takie jak „Polska bez węgla 2030”.

 

Greta Thunberg zaś podpisała się (bo przecież nikt rozsądny nie sądzi, że była współautorką) wraz z kilkorgiem innych klimatystycznych aktywistów pod skrajnie lewackim tekstem, w którym pojawia się m.in. teza, że zmiany klimatyczne to skutek rządów „patriarchatu”.

W tej sytuacji pojawiają się dwa oczywiste pytania.

Po pierwsze – jak opisać sytuację, w której się znaleźliśmy w związku z coraz potężniejszą klimatystyczną histerią?

Po drugie – w co grają politycy PiS w sprawie klimatyzmu? Dlaczego na wyprzódki legitymizują radykalny ruch klimatystyczny, zamiast wprost wskazywać zagrożenia, jakie z niego wypływają?

Punkt pierwszy: obecna sytuacja nie ma to nic wspólnego z racjonalną dyskusją o tym, co się dzieje i co można z tym zrobić. Pisałem o tym wiele razy, więc nie będę tutaj swoich tez rozwijał. W największym skrócie: na jednej szali mamy hipotezy, oparte na modelach, co do których nie ma żadnej pewności, że nie zawiodą ani nawet, że są trafne na choćby dekadę naprzód. Zwłaszcza że wiele przewidywań z przeszłości się nie spełniło. Na drugiej – gigantyczne koszty dla obywateli, prawdopodobną pauperyzację milionów ludzi, upadek całych gałęzi przemysłu i cywilizacyjne cofnięcie Zachodu o dziesiątki lat. Inaczej mówiąc – na jednej szali są hipotezy, przypuszczenia, modele – na drugiej całkowita pewność co do dramatycznych skutków ekonomicznych i cywilizacyjnych, jakie przyniosłoby wdrożenie postulatów klimatystycznych. To zresztą już się dzieje – nawet w Polsce nasze kieszenie są już obciążone wielkimi kosztami ekofanaberii, a będzie gorzej.

Nie ma znaczenia, ilu naukowców podpisze kolejny list, grożący nam Armagedonem. Po pierwsze dlatego, że zwykle jedynie bardzo mała część sygnatariuszy takich odezw (tak było choćby ze słynnym listem naukowców z PAN) zajmuje się zawodowo klimatologią, która jest nauką niebywale wręcz skomplikowaną. Reszta – nierzadko nie tylko nie klimatolodzy, ale przedstawiciele nauk humanistycznych, nie odróżniający pogody od klimatu – podpisuje, bo tak wypada, bo inni podpisują, bo nie ma sensu się wyłamywać. Jak wielokrotnie pisałem, naukowcy nie są nadludźmi. W większości są tacy jak wszyscy inni – są konformistami, są wygodni, myślą o pieniądzach. Ci zaś, którzy faktycznie klimatem się zajmują, nie są jednomyślni – choć klimatyści bardzo dbają, żeby wszystkich sceptyków a priori wrzucać do worka z napisem „źli lobbyści”, podczas gdy zwolennicy tezy o nadchodzącej klęsce mają być z założenia szlachetni i bezinteresowni. To oczywista bzdura. Polityka klimatyczna jest zagadnieniem nie tylko, a może nawet nie przede wszystkim naukowym, ale politycznym. Świat naukowy w XX wieku ulegał upolitycznieniu lub uczestniczył w ideologicznym sporze wielokrotnie – w kwestiach takich jak wykorzystanie atomu, ocena przydatności załogowych lotów kosmicznych i ich przygotowanie, in vitro, moment śmierci  – i tak jest również w tej sprawie. Teza o jakiejś wzniosłej apolityczności nauki jest całkowicie fałszywa. Dla wielu polityków zaś ekologizm jest wygodną metodą budowania poparcia w atmosferze narastającej histerii klimatycznej, a to politycy trzymają rękę na pieniądzach zasilających naukę. Skoro zaś potrzebne są hipotezy, wspierające polityczne kampanie oparte na klimatyzmie – naukowcy ich dostarczą. Hipotezę zresztą znacznie łatwiej dostroić do politycznych potrzeb niż twarde dowody.

Po drugie – ponieważ nie ma zgody co do szczegółów rozwoju sytuacji. Warunkiem zaś jakiejkolwiek rozsądnej dyskusji musiałoby być przekalkulowanie na zimno prawdopodobieństwa danego scenariusza i zestawienie go z kosztami, jakie będziemy musieli ponieść. Klimatyści, co ciekawe, reagują alergicznie na każde wspomnienie o rachunku zysków i strat. Interesuje ich wyłącznie skrajna narracja, w której niczego nie warto kalkulować, tylko żądać kroków najdalej idących, niezależnie od ceny. „Nie ma czego tu liczyć, bo zbliża się zagłada, więc żadne liczenie nie ma sensu, trzeba działać radykalnie!” – to narracja stosowanego przez nich szantażu opartego na strachu.

Czym jest w tym wszystkim MSK i cały ruch, odpalony przez Grecię i jej mocodawców, z Extinction Rebellion oraz ekologistami, żądającymi już całkiem wprost ograniczenia produkcji rolnej? To najbardziej radykalny odłam większego nurtu. To forpoczta prymitywnej, ale skutecznej propagandy ekototalizmu, który w gruncie rzeczy jest po prostu nowym wcieleniem lewackiej agresji wobec porządku stworzonego przez człowieka. To coś jak powtórka z roku 1968, tyle że zmodyfikowana.

Spójrzmy w manifest, podpisany przez Thunberg, Luisę Neubauer (niemiecką aktywistkę klimatystyczną) i Angelę Valenzuela (klimatystkę z Chile). Czytając go, można mieć poczucie déjà vu, bo brzmi to jak wypociny Cohn-Bendita i jego kolegów, niszczących w 1968 roku „stary porządek”, czyli wszystko to, co jest fundamentem naszej zachodniej cywilizacji.

Niezliczone negocjacje przynosiły wiele szumnych, ale ostatecznie pustych zobowiązań ze strony rządów wielu krajów – tych samych rządów, które zezwalają przedsiębiorstwom wydobywczym pozyskiwać coraz większe ilości ropy i gazu i tym samym puszczać z dymem naszą przyszłość dla zysku.

Politycy i firmy pozyskujące paliwa kopalne wiedziały o zmianie klimatu już od dziesięcioleci. A jednak rządy nadal pozwalają spekulantom wykorzystywać zasoby naszej planety i niszczyć ekosystemy. Szybkie zyski okazują się ważniejsze od naszej egzystencji.

Radykalni klimatyści powtarzają jak mantrę kłamstwo, że politycy „nic nie robią”. Nieprawda – robią o wiele za dużo, już nie licząc się z kosztami, szczególnie w Europie. Cena, jaką nie tylko Polacy, ale też Niemcy czy Francuzi płacą za absurdalnie wyśrubowane cele klimatyczne, stawiane przez UE, już jest ogromna. Zarzut, że rządy pozwalają na wydobycie paliw kopalnych, to typowa dla klimatystów prymitywna demagogia. Paliw kopalnych nie da się dziś niczym zastąpić, więc oczekiwanie, że miano by zakazać albo drastycznie ograniczyć ich wydobycie (zresztą niby jak?), jest całkowicie oderwane od rzeczywistości. Ale to nie nowość – klimatyści od samego początku żądają niemożliwego.

Młodzi ludzie tacy jak my najsilniej odczują skutki błędów popełnionych przez naszych przywódców. Badania pokazują, że wszędzie na świecie zanieczyszczenia pochodzące ze spalania paliw kopalnych są największym zagrożeniem dla zdrowia dzieci. Tylko w tym miesiącu w szkołach w New Delhi, stolicy Indii, rozdano pięć milionów masek z powodu toksycznego smogu. Paliwa kopalne dosłownie nas duszą.

Grecia, której „zniszczono dzieciństwo” i która w związku z tym, bidulka, musi jeździć po całym świecie, odbywać rejsy luksusowym jachtem, brać udział w konferencjach, pojawiać się na muralach i spotykać z najważniejszymi ludźmi na świecie, w życiu nie była w New Delhi. Nie ma zielonego pojęcia o tym, jak funkcjonuje indyjska stolica i co oznaczałoby wydanie tam zakazu poruszania się samochodami spalinowymi. To, co prezentuje, przypomina stalinowskie koncepcje przebudowy rzeczywistości. Rzeka płynie na południe? No to zbudujemy wysiłkiem ludu sowieckiego tamę i skierujemy ją na północ, bo tak sobie wymyślił towarzysz Stalin. A że przy budowie zginą tysiące osób, zaś setki tysięcy w wyniku odwrócenia biegu rzeki umrą potem z głodu – to już nieważne.

Wymądrzanie się przez wagarującą 16-letnią klimatystkę o zerowym doświadczeniu życiowym, mającą się jak pączek w maśle, na temat tego, jak mają żyć ludzie na świecie, jest najzwyczajniej głęboko niesmaczne.

I wreszcie fragment kluczowy:

Podjęte działania muszą być skuteczne i mieć szeroki zasięg. Kryzys klimatyczny dotyczy przecież nie tylko środowiska naturalnego. Jest to także kryzys praw człowieka, sprawiedliwości i woli politycznej. Stworzyły go, a następnie podsycały, kolonialne, rasistowskie i patriarchalne systemy ucisku. Musimy je wszystkie zdemontować. Przywódcy polityczni nie mogą już dłużej uchylać się od odpowiedzialności.

To już całkiem otwarty skrajnie lewacki manifest. Nie ma w tym nic dziwnego, jeśli od początku oceniało się realistycznie proweniencję Thunberg. To język lewicy z końca lat 60., który przetrwał to dziś w retoryce tworów takich jak Antifa czy Razem. Aczkolwiek trzeba przyznać, że powiązanie rzekomej katastrofy klimatycznej z patriarchatem jest chwytem zaiste karkołomnym, który w Polsce nie przyszedł dotąd do głowy chyba nikomu. Może poza Sylwią Spurek. Greta Thunberg – traktowana nie jako konkretna osoba, ale pewien symbol – jest właśnie taką Spurek od klimatu. Równie nieracjonalną, równie rozhisteryzowaną, choć niestety znacznie groźniejszą.

Nie trzeba wielkiej przenikliwości, żeby dostrzec, że to, co się dzieje wokół niej i wokół ruchu, któremu nadała impuls, jest rodzajem zbiorowej psychozy. Ta zbiorowa psychoza nie jest oczywiście zawieszona w próżni. Tego typu zjawiskami ktoś zwykle zarządza, stoją za nimi lobby i politycy. Przypomnijmy sobie choćby ruch sprzeciwu wobec rozmieszczania w Europie amerykańskich pocisków z głowicami jądrowymi w latach 80. Setki tysięcy pożytecznych idiotów kładło się w Niemczech Zachodnich na drodze wojskowych konwojów, przewożących uzbrojenie, którego zadaniem było skuteczne nastraszenie Sowietów i zapobieżenie wojnie. Ci pożyteczni idioci zapewne w wielkiej części wierzyli w słuszność swoich działań (jak to pożyteczni idioci), co nie zmienia postaci rzeczy, że gdzieś u początku tego antynuklearnego ruchu majaczyły wieżyczki Kremla (Wiktor Suworow się kłania).

Klimatyzm ma bardzo podobny charakter, z tym że histerię o wiele łatwiej napędzać i sterować nią dzięki mediom społecznościowym. Zarówno dzięki temu, jak rozprzestrzeniają się za ich pośrednictwem wiadomości, jak i temu, że wychowało się już na nich całe pokolenie regularnych idiotów, którzy oduczyli się uporządkowanego, linearnego myślenia, biorącego się z czytania książek, a zamiast tego skwapliwie reagujących na najprostsze, prymitywne, emocjonalne sygnały. Wykrzywiona w nienawistnym grymasie twarz szwedzkiej nastolatki jest takim sygnałem, na który masa ludzi reaguje jak psy Pawłowa.

Czas na pytanie drugie. I Emilewicz, i Kurtyka, i wreszcie sam Morawiecki muszą przecież choćby mniej więcej rozumieć, z czym mamy do czynienia. PiS nie podjął jednak najmniejszej nawet próby przeciwstawienia się tej ekobolszewickiej rewolucji. Wyjątek, z powodów czysto wewnętrznych, robi tylko dla węgla, co jest akurat kompletnie bez sensu. Trudno powiedzieć, czy całkowita indolencja PiS w kwestii budowy choćby jednej elektrowni jądrowej jest konsekwencją zapotrzebowania na wyborców ze Śląska czy po prostu immanentnej nieudolności ugrupowania Kaczyńskiego.

Jednak to jest nie tylko płynięcie w głównym nurcie, ale gorzej: to jest entuzjastyczne płynięcie w głównym nurcie, z pokrzykiwaniem hasełek, których nie powstydziłby się Justin Trudeau skrzyżowany z Macronem. Można by powiedzieć: retoryka retoryką, ale przecież liczy się, co robią. Otóż – nie robią nic. Nic, żeby powiedzieć „dość” klimatycznej histerii, jak zrobili to chociażby prezydent Brazylii Jair Bolsonaro czy wiele lat temu prezydent Czech Václav Klaus. Tymczasem – jakkolwiek większość może tego nie widzieć – to nie jest jedna z wielu przemijających dyskusji. Stoimy u progu wojny w gruncie rzeczy cywilizacyjnej, wojny przeciwko wypracowanemu przez zachodni świat dobrobytowi, stylowi życia, zamożności, porządkowi społecznemu. Słowa mają tu znaczenie nie mniejsze niż czyny, bo przekładają się na głosy wyborców. A ci w wielu krajach gotowi są dzisiaj zagłosować na kompletnego matoła, byle płakał, mówiąc o globalnym ociepleniu. Pranie mózgów okazuje się skuteczne.

Co zaś robią politycy rzekomej prawicy? Młodzieżowy Strajk Klimatyczny, edycję poznańską, nawiedziła w osobie własnej minister Jadwiga Emilewicz. Bynajmniej nie po to, żeby wytłumaczyć małolatom, że zanim zaczną stawiać dorosłym ludziom żądania, powinni się czegoś nauczyć, siedząc na tyłku w szkolnej klasie. Minister klimatu Michał Kurtyka chwalił się w wywiadzie, że to on przyczynił się do wypromowania Grety Thunberg, zapraszając ją na katowicki szczyt COP 24 w ubiegłym roku. Świeżo powołany komisarz Wojciechowski stwierdza, że szansą polskiego rolnictwa jest ekologia i dobrostan zwierząt. Liczę, że wkrótce zaprosi do swojego gabinetu politycznego panią Spurek. O co tu chodzi? Czy wszyscy ci ludzie są ślepi?

Oczywiście – nie. PiS zawszy był partią lewicową, ale w ostatnim czasie jego kurs na lewo jest wyjątkowo wyraźny. Zarazem jest to już ugrupowanie – po jednej kadencji – zmęczonych władzą ludzi, którzy nie są w stanie wznieść się poza bieżące polityczne potrzeby. To było zresztą słychać w exposé premiera. W przypadku klimatyzmu kalkulacja jest bardzo prosta: jako że klimatystyczna histeria jest dzisiaj emocją głównego nurtu (czym zresztą w swoim ekobolszewickim manifeście chwali się Thunberg), PiS będzie w tym nurcie płynął, bo to jest najprostsze i zarazem jego politycy mogą sądzić, że przyniesie im to największe poparcie. A tylko to się liczy. Nie ma tu żadnej poważniejszej refleksji, żadnej głębszej myśli ani strategii. Szczególnie że mówimy o sprawach, których Naczelnik kompletnie nie ogarnia, nie rozumie, nie interesuje się nimi i pozostawia zajmowanie się nimi szefowi rządu.

PiS to nie jest partia odwagi. To nie jest partia wyrazistych konserwatywnych wartości. To dzisiaj partia neochadeckiego oportunizmu, która w żadnym wypadku nie uratuje nas przed klimatystycznym szaleństwem.