Marshall law
Robert Gwiazdowski 03.12.2015

Nie… To nie jest o prawie stanu wojennego w Polsce, choć po wpisaniu frazy „marshall law” Google podsuwa artykuł właśnie na temat. Recz będzie o sprawach, które miały początek sto osiemdziesiąt lat wcześniej, a jakby działy się dzisiaj wcale nie tam gdzie się działy.

W 1800 roku wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, właściwie u progu kształtowania się ich państwowości i ustroju polityczno-prawnego, wygrał Thomasem Jeffersonem z partii Republikańsko-Demokratycznej po dwóch kadencjach bezpartyjnego, ale sympatyzującego z Federalistami Georgea Washingtona oraz po jednej kadencji Federalisty Johna Adamsa. Co nie tylko ciekawe, ale i ważne (nie tylko dla ówczesnej Ameryki, ale i w kontekście historycznym) była to pierwsza zmiana orientacji politycznej Stanów Zjednoczonych po przyjęciu Konstytucji, w debacie nad czym zwyciężyli Federaliści. Niektórzy nazywają ją nawet Rewolucją 1800 roku. (Nota bene Jefferson został prezydentem nie dzięki większości głosów elektorskich, które podzieliły się równo między nim a Aaronem Burr’em, lecz decyzją Izby Reprezentantów, która w takich przypadkach ma głos rozstrzygający, a stało się to dopiero po sześciu dniach obrad w 36 głosowaniu).

Ustępujący ze stanowiska Adams chcąc po porażce wyborczej zapewnić kolegom jakieś wpływy przynajmniej we władzy sądowniczej, wydał słynny Act of Judiciary. Wszedł on w życie 13 lutego 1801 roku. Ustanawiał nowe sądy federalne i obsadził je nowymi sędziami, a 27 lutego podpisał akt regulujący organizację władz Dystryktu Columbia, tworząc urząd Sędziego Pokoju z 5-letnią kadencją. Mianował też Sędziów Pokoju hrabstwa Alexandria i hrabstwa Washington, którzy byli najważniejszymi urzędnikami w lokalnej wspólnocie łącząc swoich rękach elementy władzy prawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Akcja ta nosi nazwę „Midnight Appointments”, a sędziów  nią objętych nazwano Midnight Judges. Jak widać praktyka taka i nawet nazewnictwo dla niej stosowane przez opozycję ma swoją długą tradycję.

Po objęciu prezydentury, 8 marca 1801 roku, Jefferson uchylił Act of Judiciary. Ale niektóre nominacje zostały już wydane. Jednak nie wszystkie. Z powodu pośpiechu i braku czasu (Adams mianował wówczas także prawie 70 urzędników cywilnych i wojskowych) wiele z nich ugrzęzło w Sekretariacie Stanu. Nowy Sekretarz Stanu, a został nim James Madison (nota bene przyszły prezydent) powstrzymał ich wysyłanie. Swoje działania Jefferson zaczął jednak usprawiedliwiać dosyć nieudolnie. Argument, że poprzednik chciał na odchodnym zapewnić synekury swoim ludziom był mało przekonywujący, bo przecież o rezygnacji z obsadzenia nowych stanowisk przygotowanych przez Adamsa dla swoich zwolenników, Jefferson nawet nie pomyślał i chciał po prostu wymienić jego nominantów na własnych. Adams miał jednak na tyle rozumu w głowie a może i przyzwoitości w sercu (w odróżnieniu od polityków nam współczesnych) że powołał też na stanowiska sędziowskie paru Demokratów i Republikanów. Uskarżanie się na to, że powołano ich zbyt wielu też nie miało sensu, bo się szybko okazało, że trzeba powołać więcej nowych, by zrównoważyć wpływy tych powołanych przez poprzenika, do których nominacje zdążyły dotrzeć. Dopiero po pewnym czasie, jak pomyślał, wybrał rozwiązanie logicznie spójne: postanowił zmniejszyć liczbę sędziów i urzędników powołanych przez Adamsa, co spowodowało, że zmniejszoną liczbę urzędów należało obsadzić od nowa. I (UWAGA!) wśród ponownie powołanych sędziów znalazło się wielu Federalistów, z wyjątkiem najzagorzalszych przeciwników politycznych Jeffersona. Skorzystał więc nowy prezydent z dobrego przykładu poprzednika. Ale przykład ten był, czego nie wolno nie odnotować.

Jednym z tych, którzy aktu nominacji nie otrzymali był William Marbury – mianowany wcześniej przez Adamsa na stanowisko Sędziego Pokoju w hrabstwie Washington Dystryktu Columbia. Zwolennik Federalistów i byłego prezydenta. Zwrócił się on do Sądu przeciwko Madisonowi z powodu niedopełnienia procedury zainicjowanej przez byłego prezydenta. Powołał się przy tym na Act of Judiciary z 1789 roku, który stanowił, że Sąd Najwyższy może wydać  „writ of mandamus” – czyli, w tym przypadku, zarządzenie nakładające na Sekretarza Stanu obowiązek przesłania Marbury’emu aktu nominacji.

A prezesem Sadu Najwyższego był już wówczas John Marshall. To ważne dość. Bo on też był Federalistą. Przewodził Partii Federalnej w stanie Virginia, potem został kongresmenem a następnie Sekretarzem Stanu w gabinecie Johna Adamsa – czyli poprzednikiem Madisona. Otrzymał on nominację trochę przez przypadek, gdyż, jak wieść gminna niosła, był on z Adamsem w chwili, gdy ten otrzymał informację o rezygnacji z ubiegania się o urząd sędziowski Johna Jay’a.  Senat zatwierdził kandydaturę Marshalla 27 stycznia 1801 roku. Co ciekawe, Adams zmniejszył ilość sędziów Sądu Najwyższego z 6 do 5. Jednak nie od razu, tylko po ustaniu mandatu któregoś z wcześniej mianowanych, żeby Jefferson nie mógł na wakujące miejsce swojego kandydata. Marshall objął urząd Prezesa Sądu Najwyższego 4 lutego, pozostając jeszcze formalnie Sekretarzem Stanu do 4 marca. Niebywałe jak na dzisiejsze standardy. Jak powiedział Adams „my gift of John Marshall to the people of the United States was the proudest act of my life”. Chyba miał rację.

Niebawem po nominacji Marshall stanął przed nie lada wyborem – lojalnością wobec ludzi a wobec poglądów. A poglądy miał dość stabilne. Randy Barnett pozycję ustrojową Sądu Najwyższego Stanów Zjednoczonych wywodzi z analizy działań Konwencji Konstytucyjnej w Filadelfii. Delegaci nie mieli wówczas wątpliwości co do kompetencji Sądu Najwyższego, jako tak zwanego „negatywnego ustawodawcy”. Tylko jeden z delegatów sprzeciwiał się takiemu uprawnieniu Sądu Najwyższego, ale nie kwestionował faktu, że taka jest znaczenie sformułowania „judical power” zawartego w art. III Konstytucji. Tak też było ono rozumiane przez stanowe konwencje ratyfikacyjne. Barnett wspomina, że w stanie Virginia bardzo stanowczo wypowiadał się na rzecz takiego prawa Sądu Najwyższego niejaki John Marshall.

Dochowanie lojalności partyjnej i przyznanie racji Marbury’emu, gdy Sąd Najwyższy nie miał jeszcze takiej pozycji jaką Marshall chciał mu zapewnić, wywołałoby tylko kłopoty. Nowy prezydent na pewno uznałby Marshalla za przeciwnika, a wcale nie musiał zastosować się do jego zarządzenia (jak to się w przyszłości miało jeszcze zdarzyć już za innego prezydenta, choć za tego samego prezesa) i wręczyć nominacji Marbure’emu. Umniejszyłoby to jednak rangę Sądu Najwyższego, tworząc przy tym niebezpieczny precedens na przyszłość, podporządkowujący go uznaniu władzy wykonawczej. Chcąc jednak uniknąć wydania orzeczenia na niekorzyść Marbury’ego, co oznaczałoby osłabienie Federalistów, Marshall zastosował genialny unik. Uznał, że zgodnie z Act of Judiciary z 1789 roku (a więc z czasów Washingtona) Sekretarz Madison powinien dostarczyć Marbury’emu akt nominacji (napiętnował więc działanie Madisona i Jeffersona). Stwierdził jednak, że sam Act of Judiciary nadaje Sądowi Najwyższemu kompetencję, która narusza art. III Konstytucji USA – wykracza bowiem poza określone w niej kompetencje władzy sądowniczej. W ten sposób wywiódł z Konstytucji prawo do orzekania o niezgodności z nią aktów prawnych Kongresu i Prezydenta, utwierdzając pogląd Aleksandra Hamiltona (jednego z przywódców obozu Federalistów), że Konstytucja jest ustawą i jako taka podlega interpretacji sądowej. Nie robił jednak Marshall konferencji prasowych mówić co sądzi o polityce nowego prezydenta.

Nie od razu zauważono rangę tego precedensowego orzeczenia. Sąd Najwyższy powołał się na nie po raz kolejny dopiero w roku 1857. Utrwaliło to w konstytucjonalizmie amerykańskim zasadę wzajemnego powściągania się władz, a w okresie przewagi Demokratów spod znaku Jeffersona, pozwoliło konserwatywnym Federalistom, dominującym w składzie Sądu Najwyższego, utrzymać ważną pozycję, co pomogło Stanom Zjednoczonym jako państwu.

Równie istotne okazało się orzeczenie Marshalla z roku 1810 w sprawie własności ziemi w dolinie rzeki Yazoo, podnoszące na wiele lat do rangi konstytucjonalnej zasadę „świętości umów”. W roku 1795 Władze stanu Georgia sprzedały czterem różnym spółkom ziemskim obszar w dolinie rzeki Yazoo o łącznej powierzchni 35 milionów akrów. Okazało się jednak, że udziałowcami spółek, które nabyły ziemię byli niektórzy z reprezentantów Georgii, występujący również po stronie zbywcy. Wobec istnienia dodatkowo poszlak o poważnej korupcji, nowo wybrana legislatura Georgii anulowała ów akt sprzedaży. W międzyczasie jednak część ziemi została już odsprzedana inwestorom z Bostonu i Filadelfii, którzy wnieśli do Sądu sprawę o ochronę własności. Po długim sporze trafiła ona przed Sąd Najwyższy, który przyznał inwestorom odszkodowanie, uznając pierwotną decyzję stanowej legislatury za normalny akt kontraktu, przez to ważny niezalenie od motywów, jakimi kierowała się izba przy jego podejmowaniu. Orzeczenie to ściągnęło na Marshalla gromy zwolenników Demokratów i naraziło na krytykę ze strony niektórych „postępowych” historyków, którym nie przeszkodziło bynajmniej to, że w roku 1832 wziął on z kolei w obronę Indian Cherokee, których władze stanowe tej samej Georgii postanowiły usunąć z wcześniej przyznanych im terytoriów, jak tylko odkryto tam złoto. Plemię Cherokee wyparte zostało ze swoich terenów łowieckich jeszcze w XVIII wieku i osadzone w rezerwacie w górzystej, północnozachodniej części Georgii. Gdy w latach dwudziestych XIX wieku odkryto tam złoto, władze stanowe postanowiły ponownie przesiedlić Indian za rzekę Missisipi. Sąd Najwyższy, do którego trafiła w końcu skarga w tej sprawie orzekł, że na obszarze plemiennym obowiązuje ustawodawstwo federalne a nie stanowe, co uniemożliwia tamtejszym władzom przesiedlenie Indian. Stan Georgia zlekceważył jednak wydane orzeczenie. Indianie zostali usunięci, a Demokrata Andrew Jackson, który był wówczas prezydentem Stanów Zjednoczonych, odmówił interwencji władz federalnych dla podtrzymania orzeczenia sądowego. „Sędzia Marshall wydał orzeczenie, to teraz niech je sobie wykona” – stwierdził „Stary Hickory”. Niezależnie od motywów, jakie przyświecały obu stronom sporu, istotna jest konsekwencja Marshalla, wierzącego w zasadę rządów prawa i małostkowość jego ówczesnych i współczesnych oponentów. Pierwsi traktowali prawo instrumentalnie, jako narzędzie realizacji wyznawanej przez siebie, a więc oczywiście słusznej doktryny. Drudzy przemilczali fakty niewygodne dla ich interpretacji historii, postaw ludzkich i idei. Vernon Louis Parrington z jedenastu stron swojego opracowania dotyczących Johna Marshalla, aż cztery poświęca sprawie Yazoo, doszukując się dodatkowo niskich, bo osobistych pobudek działania sędziego, a sprawę Cherokee, opisaną zresztą jedynie w przypisie, kwituje w tekście zasadniczym uwagą, że „trafiła kosa na kamień”.

Jakieś analogie?