Marsz 1000 przedszkolnych fartuszków. Niezależność sędziów, czy niezależność państwa
Dariusz Matuszak 15.01.2020

Zabierzcie mi tego Grodzkiego sprzed oczu. Nie mogę już na niego patrzeć. Nie zajmuje mnie to czy brał, czy nie, czy donoszenie o tym jest aktem nienawiści, czy też wyrazem troski o państwo. Nie obchodzi mnie też ta cała martyrologia jego urzędu i zamach kamerą na życie jego pomocnicy, ani jego żałosne w swym patosie apele o powstrzymanie fali przemocy. Jak sobie opozycja chce mieć takiego lidera, to niech sobie ma. Jak sobie wybiera kogoś tak kompletnie pozbawionego klasy, charyzmy, kogoś, kto jednego mądrego zdania nie jest w stanie sklecić, to może od razu iść do weterynarza, że by ją uśpił, a jej elektorat niech się nakrywa prześcieradłem i z tępymi nożyczkami w zębach czołga w stronę najbliższego cmentarza. Tu chodzi o coś o wiele bardziej poważnego. O to czy my w ogóle chcemy mieć jeszcze jakieś państwo i jakąś demokrację, czy też przez 30 lat tak się nimi już nacieszyliśmy, że nam starczy.

 

Pierwszą rzecz jaką Grodzki obwieścił po wyborze na funkcję marszałka była zapowiedź wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, by podziękować 3 senatorom za list, którzy napisali ponad 3,5 roku wcześniej w obronie praworządności w Polsce. To, że główny autor listu – John McCain nie żyje, to nie szkodzi. W Annapolis Grodzki złożyłby na grobie wiązankę i z dłońmi splecionymi w okolicach krocza postałby sobie chwilę udając, że jest zadumany i wszechogarnięty troską o losy Naszej Kochanej Ojczyzny. Potem Grodzki z tej nieustającej troski o Ojczyznę Umiłowaną wybrał się do Brukseli. Oświadczył, że zabiera ze sobą prawników, żeby „z troski o Polskę zastanowić się, które paragrafy tej ustawy mogą być na tyle niebezpieczne, że TSUE uzna je za łamanie praworządności.” I tyle o Grodzkim, bo nie o niego tu chodzi, ile o działania, które uosabia i tę lichą mentalność poddanego, która każe się podlizywać możnym tego świata i pytać się, czy moja praca domowa podoba się, czy nie podoba.

Nie wiem czy najnowszy twór Ziobry zwany kagańcowym (jakie urocze nawiązanie do ustawy niemieckiej z 1908 roku zabraniającej posługiwać się publicznie językiem polskim) oznacza zamach na niezależność sędziowską, czy też nie. Nie chce mi się czytać, a żadnym autorytetom i ekspertom poszczególnych stron nie wierzę za grosz. Jeśli przepisy okażą się złe, to będzie można je stosunkowo szybko zmienić. Tego co naprawić łatwo się nie da, to szkód związanych tym, iż uznaje się, że obce państwa, jakieś organizacje mają możliwość dowolnego ingerowania w procesy legislacyjne, których dokonuje demokratycznie w Polsce wybrany parlament. To zatrucie psyche zostanie z nami na lata.

Kolejni jasno oświeceni Europejczycy będą uznawać, że to oczywiste iż jakieś tam przez nikogo nie wybierane, nie sprawdzane, przed nikim nie odpowiadające, a już zwłaszcza obywatelami Polski zagraniczne instytucje i ich pracownicy będą nam stanowić prawo. My już tej prawnej niezawisłości mamy mniej niż taka Iowa, czy Kentucky w USA. Żaden ze stanowych legislatorów, czy to z miejscowej Izby Reprezentantów, czy Senatu nie ośmieliłby się nawet pomyśleć o tym, by jechać do Waszyngtonu i tam z administracją Białego Domu, czy jakąkolwiek instytucją federalną konsultować ustanawiane na szczeblu stanowym prawo. Po czymś takim zostałby rozebrany i dawnym obyczajem, który opisywał Mark Twain, wymazany smołą, wytarzany w pierzu i batami popędzony główną ulicą miasta.

To się w głowie nie mieści, że tylko z nienawiści do PiS, z tej nieokiełznanej żądzy odbicia władzy można chcieć scedować na jakieś obce ciała swe własne prerogatywy i tak zniszczyć mandat, który powierzyli obywatele. Oto Komisarz Praw Człowiek Rady Europy wzywa Senat do odrzucenia „ustawy kagańcowej”. I nasi politycy i te miernoty z mediów powtarzają to, jakby jakaś ostateczna wyrocznia nam tu się objawiła. A kto to w ogóle jest? Przecież my nawet bladego pojęcia nie mamy czy to facet, czy kobieta, jak się nazywa, z jakiego kraju pochodzi, kto i w jakim trybie wybrał, albo ustanowił, jakie ma kompetencje, co ma w ogóle do gadania. Kompletnie nic nie wiemy i pozwalamy sobie wmówić, że taki ktoś ma mieć cokolwiek w naszych sprawach do powiedzenia. Komisarz nazywa się Dunja Mijatović i jest Bośniaczką. I nie o to chodzi, że ona jest z jakiegoś tam kraju drugiej kategorii – nie to co z takiej światłej Szwecji, czy Holandii. Kiedyś mieliśmy Bośniaczkę – Jadwigę, która została nawet świętą, ale sami ją sobie na królową i żonę Jagiełły wybraliśmy. Tu chodzi o to, że nie mamy bladego pojęcia kto to ta Mijatović jest. Nie daliśmy jej żadnego mandatu do wypowiadania się w jakiejkolwiek sprawie nas dotyczącej. I umówmy się: Mijatovic nie ma też bladego pojęcia, czy owa ustawa Ziobry, to zamach na niezależność sędziów, czy nie. Jedyne co ta kobieta robi, to powtarza podsuwane jej tezy.

(Na marginesie pewna refleksja i wróżba. Teraz jeszcze nieśmiało i z wolna, ale już niedługo pełną parą pojęcia prawa człowieka, czy obywatela używać się będzie do tego, by wtrącać się, dowolnie regulować każdy aspekt ludzkiego życia i narzucać władzę ponadnarodowych instytucji, takich jak UE, ONZ, WHO etc. Owi obrońcy praw człowieka, prawem kaduka zyskają władzę decydowania o kształcie każdego prawa. Nie będziesz chciał zamknąć kopalni, to naśle się na ciebie obrońców praw człowieka. Będziesz sprzeciwiał się fundowaniu prezerwatyw z pieniędzy podatnika, naślą na ciebie obrońców praw człowieka. Nie będziesz chciał wpuszczać nielegalnych imigrantów napuszczą na ciebie obrońców praw człowieka etc.).

Podobnie owa Komisja Wenecka. Ustanowiono ją w 1990 roku, by nauczała głupie narody dawnego demoludu na temat prawa konstytucyjnego, demokracji i jej instytucji. 30 lat temu był pewnie w tym jakiś sens. Wskazanie rozwiązań, procedur, kształtu instytucji, by nie trzeba było prochu wymyślać na nowo. Komisja jednak, przynajmniej w przypadku Polski, przestaje pełnić funkcję doradczą, ekspercką, a staje się arbitrem. Komisja liczy sobie ponad 100 członków reprezentująca ponad 60 państw. I oto do Polski przyjeżdża 4 jej delegatów/reprezentantów/przedstawicieli, by nam i Komisji Europejskiej powiedzieć jak mają wyglądać nasze ustawy sądowe. Pewnie jak Państwo czytają ten tekst, to właśnie się ta opinia pojawia. I nie ma znaczenia jaka ona jest. Czy się podoba ziobrowy twór, czy się nie podoba, bo nie w tym rzecz. Chodzi o to, że to lipa, blaga, szalbierstwo, oszustwo.

Nie ma żadnej opinii Komisji Weneckiej, tylko głos 4, czy 8 jej jakichś tam, nie wiadomo jakich przedstawicieli. Piszę „jakichś tam”, bo nikt o nich nie słyszał i nie ma pojęcia kim są. Żadna Komisja Wenecka w naszej sprawie się nie zebrała i nie obradowała. Nie zleciało się do Wenecji jej 100 członów z 62 państw. Nie przetłumaczono projektów naszych ustaw na kilkadziesiąt języków. Nie debatowano nad nimi zażarcie. Nikt nie głosował i nikt nie ma bladego pojęcia, czy członek-obserwator z Urugwaju to ma jakieś obiekcje, czy ich nie ma. Ja stawiam dolary przeciwko orzechom, że on nawet nie wie, że ktoś coś, jakiś Ziobro, jakaś Polska, jacyś niezawiśli sędziowie. Do Polski przyjechał Bułgar, bo akurat jakimś trybem nam kompletnie nieznanym i obojętnym Bułgaria go sobie wskazała. Do tego Fin, Irlandczyk i pracownik administracyjny Niemiec. Mniejsza o kraje, chodzi o tryb, o mandat do działania. Weźmy sobie dla przykładu takiego naszego Mariusza Muszyńskiego, który jest, a może nie jest sędzią Trybunału Konstytucyjnego, był a może nie był agentem ABW, którego wyrzucono z Niemiec, tak czy owak Beata Szydło go do tej Komisji Weneckiej wysłała. I jak taki Urugwaj się zgodzi, to on z Bułgarem i Finem sobie do Montevideo pojedzie i tam Urugwajczykom będzie mówił czy mają takich sędziów, czy owakich. Oczywiście Muszyński tam nie pojedzie, bo w Urugwaju nikt, w przeciwieństwie do Polski, nie jest na tyle głupi, by Muszyńskiego, dawnego agenta o coś tam pytać i nikt tam nie uzna, że to co Muszyński uzna, to opinia Komisji Weneckiej. Ba, on w ogóle nigdzie nie pojedzie, bo on został nominowany przez premier z nieprawidłowej partii, która właśnie chce kagańce sędziom nakładać.

Tę niby opinię Komisji Weneckiej, a w rzeczywistości Bułgara, Fina, Irlandczyka i administratora Niemca weźmie teraz Komisarz Jurova z Czech i na jej podstawie orzeknie, czy projekt ustawy przegłosowany przez polski Sejm się nadaje, czy nie nadaje. Albo i wcale jej żadna opinia potrzebna nie będzie, bo przecież już w grudniu powiedział, by wstrzymać się ze wszelkimi pracami. Ale będzie jeszcze śmieszniej. Wszyscy będą mówić o opinii Komisji Weneckiej, chociaż ona sama – ta Komisja doskonale będzie wiedzieć, że żadnej opinii nie wydała. Bo to, co ów Bułgar Fin, Niemiec i Irlandczyk wymyślą będzie jej przedstawione dopiero pod koniec marca na jednym z jej posiedzeń. I dopiero wtedy będzie przyjęte, bądź nie. My zaś sobie na własne życzenie będziemy żyć w naszej prawdzie ekranu, że międzynarodowi eksperci, komisje, rady i inne Wysokie Organa są zaniepokojone stanem praworządności w Polsce. Sami sobie ten cyrk fundujemy, sami przekazujemy władztwo nad naszymi sprawami jakimś nikomu nie znanym, przez nikogo nie kontrolowanym eurokratom.

I to jest znacznie poważniejsza sprawa niż przepisy, które dość szybko można zmienić. Sami sobie odbieramy i pozwalamy odbierać suwerenność. Wielkim oszustwem, manipulacją jest mówienie, że wstępując do Unii Europejskiej godziliśmy się na to. Kłamstwo. Nie zgadzaliśmy się na to, by ktoś z Brukseli mówił nam jak mamy sobie z sędziami postępować. Czy mamy puszczę rżnąć i czym w piecu palić, albo kogo do siebie wpuszczać, albo nie. Krok po kroku pozbawiamy się demokracji i pozwalamy, by władztwo nad nami sprawowali kompletnie nie kontrolowani przez nas urzędnicy. W tej zabawie nie chodzi o żadną praworządność. Wystarczy popatrzeć co dzieje się we Francji, czy Hiszpanii. Nikogo w Brukseli to nie obchodzi, bo tam akurat rządzą nasi, prawidłowi Europejczycy, którym marzy się jedno państwo z cesarzem Emanuelem I na czele, a nie jacyś populiści przez ciemny plebs wybrani.

Sama Unia zresztą gubi się w prawnych zawiłościach. A to dlatego, że nikt nie nadał jej kompetencji, nikt nie spisał praw w obszarach, które teraz eurokraci chcą prawem kaduka zawłaszczać. Najnowszy przykład to sprawa TSUE, Sądu Najwyższego Hiszpanii i katalońskiego posła do Parlamentu Europejskiego Oriola Junqueras. W maju Hiszpania wsadziła go do więzienia za bunt Katalonii, skazała na 13 lat, a on i tak spod celi wygrał wybory do Europarlamentu. W grudniu TSUE orzekł, że Katalończyk jest chroniony immunitetem i może jednak przyjechać do Strasburga i objąć mandat. Tego orzeczenia nie uznał jednak Sąd Najwyższy Hiszpanii i stwierdził, że orzeczenie TSUE go nie interesuje i żaden tam immunitet i Junqueras ma siedzieć, a nie jechać. Co zrobił Parlament Europejski? Powiedział Trybunałowi Europejskiemu by szedł się czesać pod most, bo jak Hiszpanie nie chcą, to Junqueras żadnym posłem nie będzie. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego David Sassoli zapowiedział, że Katalończyk, który w międzyczasie został też szefem jednej z frakcji w europarlamencie, 31 stycznia zostanie ostatecznie pozbawiony mandatu.

Furda więc jakaś praworządność. Furda jakieś przepisy i zasady. O ile w ogóle są, to stosuje się je wybiórczo, dla potrzeb chwili, dla osiągnięcia jakiegoś rezultatu, a nie po to by było porządnie i praworządnie. Jak nam pozwolą to sobie dowolnie przepisy będziemy stosować, dowolnie interpretować i wtrącać się w cudze sprawy, o których nie mamy pojęcia. Polacy mają zaś patrzeć na to z zachwytem i uczyć się od mądrzejszych, lepszych, bardziej praworządnych i jeszcze bardziej demokratycznych. I jak dzieci zwracać się z prośbą o rozstrzygnięcie sporu. Prezes Sądu Najwyższego powiedziała, że togi sędziowskie to taki ubiór, coś jak przedszkolny fartuszek. No więc urządzili sobie marsz 1000 przedszkolnych fartuszków i z Grodzkim na czele polecieli do Brukseli skarżyć się pani przedszkolance.

Borys Budka aspirujący do przywództwa w PO mówi, że przyjęcie ustaw Ziobry będzie oznaczało Polexit. Oczywiście to prymitywny zabieg propagandowy, ale akurat dla mnie też argument przemawiający za tym, by je poprzeć.

Po co nam w ogóle państwo, w którym obywatele poprzez swych demokratycznie wybranych przedstawicieli nie mogą stanowić prawa? Ja akurat chcę swojej Polski. Może ona i szczerbata, nadużywająca, wiecznie zmęczona i marudząca, taka, co to jak z przepicia z łbem na stole przyśnie to budzi się gdy Zenek zaśpiewa „Polska biało czerwoni”. Bo moja ci ona i ja sam chcę ją budować. Bo mam poczucie własności i przynależności.

Może od razu zostańmy prowincją imperium. Niech nam mianują gubernatora, czy namiestnika i niech on prawa ustanawia. Już dziś 60 – 70% praw obowiązujących w Polsce powstaje w Brukseli. Od razu o 60% zredukujmy Sejm i Senat. I to byłoby dobre. Nie będziemy przynajmniej płacić poseł Jachirze, Lichockiej, posłowi Kierwińskiemu, czy temu, no jak mu tam… no ten co to wygląda jak ministrant, którego ksiądz na plebani maca…no ten, no Andruszkiewicz. Do niczego nam nie są potrzebni.