Matoły, nieudacznicy i… pan profesor
Jerzy Wysocki 17.04.2019

Gdy chodzi o nauczycieli to mam rozdwojenie jaźni. Po pierwsze potężny szum informacyjny. Trudno się dowiedzieć ile nauczyciele tak naprawdę zarabiają. Ciągle słyszę jakieś różne kwoty, w dodatku przez drugą stronę konfliktu kwestionowane. Jest jakaś tam gradacja tych wynagrodzeń, są jakieś dodatki. Trudno się połapać. Po drugie nie bardzo wiadomo, ile godzin nauczyciele pracują w realu. Nie chodzi o tak zwane pensum, czyli godziny lekcyjne, ale rzeczywistość, na którą składa się też sprawdzanie klasówek, dokształcanie się itp. Nauczyciel WF klasówek nie sprawdza ale za to biega po lesie, bo trudno skłonić młodych ludzi do aktywności fizycznej, gdy ma się brzuchol piwny wielkości piłki do kosza.

 

Po trzecie, rozumiem że chcą więcej zarabiać. Każdy chce. Mają swoje argumenty. Zainwestowali we własne wykształcenie, czują że ich zawód jest ważny. A tu czytają, że w Warszawie nie można znaleźć motorniczych za 6 500 zł. Motorniczych można z Ukrainy ściągnąć. Muzułmanie, Ukraińcy czy osobnicy czarnoskórzy słabo do szkół pasują.

Chciałbym żeby nauczyciele dobrze zarabiali, ale bynajmniej nie dlatego że oni tak chcą. Co mnie inni obchodzą, egoista taki jestem i w dodatku cynik. Chcę by zarabiali bo mam prawo oczekiwać, że oświata będzie na odpowiednim poziomie. A nie będzie gdy w szkołach nauczać będą matoły i nieudacznicy. Tak zwana negatywna selekcja. Matoł i nieudacznik niczego porządnie nie nauczy, o autorytecie nawet nie wspominając. Później mierni wychowankowie owych matołów tudzież nieudaczników wchodzą na rynek pracy i budują nasze PKB. Nieudolnie to robią bo inaczej nie potrafią. Nielicznych mądrych i zaangażowanych nauczycieli serdecznie przepraszam.

Mała miejscowość pomiędzy trochę większą Brodnicą a Działdowem. Niedziela, wczesny wieczór. Na rynku wszystko zamknięte, nie ma już restauracji, nie ma też gospody, gdzie przy kuflu rozwodnionego piwa spędzali czas panowie po pracy. Teraz nie ma tu pracy, więc nie ma gospody. Przy pordzewiałym samochodzie stoją tak zwane wyrostki. To jedyne okazy ludzkie w okolicy. Okradną czy zabiją – myślę przechadzając się po miasteczku przypominającym Czarnobyl. A może zabiją i później okradną. A tu nic. Oni tylko stoją. Już rozumiem, oni stoją bo nie mają dokąd pójść.

Odwiedzam państwa Czerwińskich, w których domu nad śmierdzącą rzeką spędzałem w dzieciństwie wakacje. Rzeka już nie śmierdzi ściekami z fabryki, bo nie ma fabryki. Reszta bez zmian. Zdzisio nadal jest nauczycielem. Kończył astronomie w Toruniu, mieście Kopernika. Gwiazdy i planety zawsze go pasjonowały. Nie ożenił się, nie ma dzieci. Nic dziwnego. Gdy inni rwali laski on w niebo się gapił.

Zdzisio mieszka więc z mamą i starszym bratem. W niedzielę upiekli ciasto. Zdzisio narzeka, że w szkole mało płacą i musi aż do trzech dojeżdżać, bo uczniów brakuje. Uczniów brakuje bo nikt ich nie spłodził. Może i spłodził, ale w Toruniu, Gdańsku czy w Warszawie. O rodzimej miejscowości dawno już zapomnieli. Zdzisio mówi, że po studiach tez powinien wyjechać, ale nie wyjechał. Spożywa więc niedzielne ciasto i marudzi.

Nie twierdzę że Zdzisio jest desygnatem tytułu niniejszego wpisu, a już matołem to nie jest na pewno. Te ciała niebieskie są prawdziwą jego pasją. Ale Zdzisio wiedząc co się święci powinien z tej mieściny spier….. tak jak jego rówieśnicy. Może już sobie być tym nauczycielem matematyki i fizyki, ale w dużym mieście na korepetycjach można dorobić. A jak nie nauczycielem, to niby kim? Może śni sobie o liście z nagłówkiem National Advisory Commitee for Aeronautis czy NASA, zapraszającym go do Stanów Zjednoczonych, ale budzik przerywa sen i błotnistą nawierzchnią do szkoły rowerem trzeba jechać. Panie profesorze tam do niego mówią.