Mentalne niewolnictwo
Łukasz Warzecha 21.12.2019

Niektórzy twierdzą, że filmy Stanisława Barei wcale nie były śmieszne, bo Bareja tworzył scenariusze z rzeczywistych bzdur realnego socjalizmu, tylko trochę je ubarwiając. Śmiech był zatem raczej przez łzy.

 

Mam podobne wrażenie, przeglądając niektóre swoje starsze – ale nie aż tak stare – teksty. Pisałem w nich na przykład, że zatroskana o obywateli władzuchna nałoży na nas, dla naszego dobra oczywiście, podatek od cukru. Mówisz – masz, chciałoby się powiedzieć. Ministerstwo Zdrowia przedstawia już konkretny plan. Dodatkowo opodatkowane mają być małe butelki alkoholu oraz – co jest już kompletnym kuriozum – reklamowanie suplementów diety. Rzeczywistość dogania, a nawet przegania to, co pisało się jako kpinę. Rządzący socjaliści nie ustają w wysiłkach na rzecz uczynienia naszego życia jeszcze lepszym.

Oczywiście dzieje się to pod pozorem dbania o zdrowie Polaków. Jak również wielokrotnie pisałem, są dwa stałe uzasadnienia paternalistów dla zakazywania, nakazywania i fiskalizowania dowolnej czynności czy sektora w najbardziej nawet bzdurny sposób: bezpieczeństwo i zdrowie. Tymi dwoma pretekstami władza jest w stanie usprawiedliwić każdy wymyślony przez siebie nonsens.

Rzecz jasna, nie o zdrowie tu chodzi, ale o to, żeby wycisnąć z obywateli kolejne pieniądze. Zajmijmy się jednak oficjalnym uzasadnieniem. Argumentacja jest znana i wielokrotnie powtarzana. Wiele też już razy tłumaczyłem, dlaczego jest błędna – ostatnio pisząc o planach podwyższenia akcyzy na alkohol i tytoń, co się już niestety stało.

Zwolennicy nowych podatków (jak mówi znany mem z Morawieckim: „Nie podwyższamy podatków, tworzymy nowe”) tłumaczą, że osoby prowadzące niezdrowy tryb życia, czyli na przykład używające cukru, muszą zapłacić za swoje leczenie. To grzmiący nonsens. Polski system opieki zdrowotnej został zbudowany na założeniu – którego nikt jak dotąd nie podważył – że obywatele utrzymują go ze składek na ubezpieczenie zdrowotne, które są obowiązkowe, a których wysokość nijak nie zależy od tego, jaki tryb życia prowadzą i jak są potencjalnie narażeni na zachorowanie. Żeby zobrazować, o co chodzi, postawmy obok siebie pracującego dorywczo paralotniarza, dobrze zarabiającego menadżera, dbającego o swoje zdrowie, prawidłowo się odżywiającego i ćwiczącego na siłowni, oraz prowadzącego skrajnie niezdrowy tryb życia młodego imprezowicza, zarabiającego przy jakiejś pracy fizycznej średnią krajową. Paralotniarz płaci niską dobrowolną składkę na ubezpieczenie zdrowotne, a przecież prawdopodobieństwo poważnych urazów przy uprawianym przez niego sporcie jest bardzo wysokie. Leczenie obrażeń zaś bardzo drogie i długo trwające. Menadżer w ogóle nie choruje, ma serce jak dzwon, a płaci gigantyczną składkę, obliczaną od jego wynagrodzenia. Imprezowicz płaci małą składkę przy niemal całkowitej pewności, że raczej prędzej niż później stanie się klientem szpitala z poważnymi niewydolnościami wewnętrznymi. Nie ma żadnej korelacji pomiędzy stylem życia tych osób a ponoszonym przez nie kosztem.

Bez sensu? Można tak uznać, ale taki mamy system. On z założenia nie robi różnicy pomiędzy tymi osobami. I nagle przychodzi rząd i powiada: „Teraz wyselekcjonujemy sobie jedną grupę – niech to będą ludzie, którzy używają cukru – i każemy im płacić ekstra za tę przyjemność, bo mogą zachorować”. To oczywiste pogwałcenie założeń, na których opiera się cały mechanizm. Dlaczego ktokolwiek miałby płacić dodatkowo, skoro opłaca już składkę na NFZ? I dlaczego dodatkowo mają płacić akurat ci, a nie paralotniarze? Odpowiedź faktyczna jest prosta: bo rządowi łatwiej ściągnąć kasę, której potrzebuje na inne sprawy (tu mi jedzie czołg, jeśli faktycznie ściągnięte pieniądze będą przeznaczane na leczenie konkretnych dolegliwości czy nawet na leczenie w ogóle), tworząc podatek od cukru, niż od lotów paralotnią; no i oczywiście będą to znacznie większe pieniądze. To wyjaśnienie, ale nie wystarczające uzasadnienie. Bo albo mamy system, który – jako się rzekło – nie rozróżnia beneficjentów służby zdrowia z punktu widzenia ich stylu życia, albo obliczamy koszty, jakie generuje potencjalnie każdy z nas i każdemu każemy płacić. Tyle że wtedy dojdziemy do absurdu. Zimą mnóstwo osób obciąża służbę zdrowia infekcjami wirusowymi, bakteryjnymi, zapaleniami płuc czy gardła. Wielu z nich dlatego, że o siebie nie dba – na przykład chodzą za lekko ubrani. Należałoby zatem zacząć nakładać mandaty na zbyt lekko ubranych obywateli, bo przecież mogą zachorować z własnej winy.

Tłumaczenie podatku cukrowego walką z otyłością i cukrzycą, to jedna wielka obłuda. Nie każdy, kto pije słodzone napoje albo używa cukru, jest lub będzie cukrzykiem. I nie każdy jest otyły. Rząd postanowił więc zastosować swego rodzaju odpowiedzialność zbiorową.

Działa tu jeszcze jeden mechanizm, także już przeze mnie opisywany: tworząc tego typu projekty, władza uznaje się za właścicieli obywateli. Implikuje to stosunek nie partnerski, ale podległy: głupie Polaczki nie umieją sobie sami ustalić odpowiedniej diety, więc rząd w swojej niezmierzonej mądrości im pomoże poprzez impuls fiskalny. Ci, którzy bronią takiego podejścia, są już mentalnie niewolnikami. Znacznie bardziej niż Polacy w Peerelu, bo tam u wielu tlił się nieustannie odruch buntu wobec głupoty realnego socjalizmu. Dziś niemal go nie widać. Największe absurdy w czysto peerelowskim stylu – ba, w stylu gomułkowskim – są przełykane gładziutko. Ogromna część Polaków nie tylko pogodziła się, ale wręcz chce być pouczana, instruowana, klepana protekcjonalnie po główce i szczypana po policzkach przez Pimków z PiS.

I to jest w tym wszystkim najlepsze – chciałoby się zacytować Jerzego Dąbczaka, ale należałoby raczej powiedzieć: i to jest w tym wszystkim najstraszniejsze: że III RP stworzyła ogromną grupę ludzi, którzy nie mają najmniejszego problemu z tym, że państwo za nich myśli, decyduje, ustala im, co mają robić w niedzielę, co mają jeść i tysiąc innych kwestii. Uczynię teraz wyznanie całkiem osobiste: jeszcze dziesięć lat temu nie sądziłem, że posunie się to tak szybko tak daleko. Gdy w 2015 roku PiS szykowało się do objęcia władzy, z najlepszą wolą napisałem kilka tekstów, przypominających, jak ważna jest kwestia wolności i osobistej odpowiedzialności obywateli za swoje wybory oraz że państwo powinno ograniczyć swoją naturalną chęć ekspansji w te sfery. Jako punkt odniesienia brałem rządy PO, o których sądziłem, że są pod tym względem przykładem już bardzo wyrazistym. Ponad cztery lata później stwierdzam, że Platforma była na tle dokonań PiS skrajnie liberalna. Poziom przeregulowania państwa, jaki osiągnęła partia Kaczyńskiego, nie ma precedensu. Na podstawie swoich spostrzeżeń z podróży po naszej części Europy postawiłbym tezę, że przeganiamy wszystkie pozostałe kraje postkomunistyczne w UE o kilka długości. I, jak widać, nie jest to ostatnie słowo obecnej władzy.

Jest nawet gorzej niż w Peerelu. Wówczas bowiem wszyscy właściwie zdawali sobie sprawę z fikcyjności mnożonych nieustannie przepisów i rozumieli, że aby jako tako funkcjonować, trzeba je wciąż omijać. Władza również to rozumiała, więc na omijanie patrzyła przez palce. Teraz ogromna część Polaków przyjmuje kolejne ograniczenia wręcz z entuzjazmem. Z ich egzekucją nadal jest jak w Peerelu, ale jednak dziur jest mniej, a egzekutorzy, chcąc się wykazać, bardziej pilnują obywateli.

Mentalnie jesteśmy już narodem niewolników. Taki jest bilans pierwszej kadencji rządów partii, której przywódcy lubią powtarzać, że wolność jest dla nich najważniejsza.