Mesjasz sprawiedliwości podatkowej
Tomasz Wróblewski 19.10.2016

Podatki bywają znośne, bywają wysokie, durne i bezskuteczne, albo chytre i ukryte. Ludzkość przywykła. Ale od czasu do czasu pojawia się mesjasz sprawiedliwych podatków, który zamiast mówić o wpływach do budżetu zaczyna głosić, że zrówna jednych z drugimi i zaprowadzi równość w państwie. Nie wiem, skąd się biorą tacy ludzie i jak ekonomista ZUS-u swoimi skrajnie lewicowymi poglądami nagle opętał prawicowy rządu, ale państwu i gospodarce wróży to jak najgorzej.  

Załóżmy na chwilę, że autor „jednolitego” podatku naprawdę wierzy w to co mówi i nie chce po prostu wysadzić tego rządu w powietrze. Wierzy, że podatki mają być narzędziem socjotechniki i moralizowania, a nie beznamiętnym systemem gromadzenia funduszy na potrzeby sprawnego państwa. Jeżeli tak, to musi też wierzyć, że sprawiedliwością jest pozbawienie małżeństw prawa do wspólnego rozliczania, a samotnej matki ulg na dzieci, że każdego przedsiębiorczego człowieka, zakład kosmetyczny czy taksówkę, należy oskubać z 45 proc. zarobków.

Kiedy progi podatkowe stają się ideologią, to rząd przestaje być poborcą i przeistacza się w watażkę wojny klasowej. Z całą konsekwencją formy. Dziś ekonomista Wojciechowski, w imię sobie tylko pojętej sprawiedliwości, nastawia społeczeństwo przeciwko krezusom, do których zalicza każdego z zarobkami powyżej dwóch średnich krajowych. Jutro zacznie ścigać wszelkie objawy bogactwa, aż po grilla w ogrodzie. Pojutrze karze nam czcić nieudacznictwo życiowe i izolować indywidualności.

Przez te wszystkie lata tak nas ta lewica przeczołgała, że nawet politycy prawicy uwierzyli, że odbierając 20 proc. więcej dochodów człowiekowi z pensją 7 tysięcy, staniemy się bogatszym i sprawiedliwszym społeczeństwem. Gdyby faktycznie dobrobyt zależał od tego, ile rząd zabierze bogatym, to Wenezuela byłaby już dziś Szwajcarią. Jeżeli nie jest to dlatego, że standard życia nie zależy od tego jak rząd będzie żonglował naszymi pieniędzmi, ale od tego ile sobie tego bogactwa wypracujemy. Zależy od produkcji, wydajności, sprytu, szczęścia i czego tam jeszcze, ale na pewno nie od tego, że rząd zacznie trwonić więcej ciężko zarobionych pieniędzy.

Wyznawcy sprawiedliwości podatkowej, jeżeli nie robią tego w celach dywersyjnych, a założenie takie poczyniliśmy już na samym wstępie, muszą też święcie wierzyć, że bogactwo narodu jest zbiorem zamkniętym. Coś, co raz na zawsze można równo podzielić. Ludzie na całe życie są przypisani do jednej kasty i grupy zarobkowej. A jak przyjdzie im do głowy awansować, inwestować swoje oszczędności, założyć firmę i żyć w lepszym domu niż ich rodzice, to niech wiedzą, że sprawiedliwy podatek zawróci ich z powrotem na miejsce. Ekonomista, z zasady takich założeń nie czyni, chyba, że w międzyczasie znalazł w sobie inne duchowe powołanie.

Jednym z osiągnięć lewicowego doktrynerstwa, jest wmówienie społeczeństwu, że sprawiedliwe podatki, to wyższe opodatkowanie bogatych. Skoro rząd już chce się pochylać nad sprawiedliwością, to może by tak wszystkim obniżyć i tchnąć więcej energii w gospodarkę. A może dać większe ulgi tym, którzy tworzą miejsca pracy, jak zrobiła to swego czasu Irlandia. Zwolennicy sprawiedliwego podatku kochają procentowe zestawienia. Oczywiście pod warunkiem, że mówimy o procencie zarobionych pieniędzy. Kiedy zestawiamy procentowo ile godzin w miesiącu przepracował właściciel warsztatu, a ile osoba z najniższymi zarobkami, ile kto brał chorobowego, zasiłków, ile wydał na kształcenie dzieci, to natychmiast oskarżani jesteśmy o demagogię i brak empatii. Bo rzecz nie jest w wartościach bezwzględnych, w tym, ż osoby zamożne tak czy owak więcej łożą na państwo.

Rzecz jest w ideologii – konstruowaniu podatków tak, żeby podsycać konflikt społeczny i zarządzać wiecznym konfliktem. Ktoś, komu faktycznie na sercu leży państwo, wie jak historia długa i szeroka, że tylko autentyczna redukcja podatków zapewnia większe wpływy do budżetu. Tak było za Kennedy’ego, za Reagana, Thatcher, za Busha, tak było po obniżce podatków za Millera. Podatek 19 proc. liniowy dał do budżetu dodatkowe 8 mld złotych. Obniżenie składki rentowej za poprzednich rządów PiS pozwoliło Polsce przetrwać kryzys 2008 roku. Zmniejszenia akcyzy na wódkę zwiększyło wpływy ze sprzedaży alkoholu i rozpoczęło ekspansję polskich firm na zachód. To żadne czary. Po prostu pieniądze wracają na rynek. Wychodzą z jakichś czeluści, z szarej strefy, rajów podatkowych, ściągają zagraniczny kapitał, podnosząc wszystkim dobrobyt. I co z tego, że nie równo?

Alternatywą są sprawiedliwe reformy Obamy z katastrofą w służbie zdrowia i najdłuższą recesją w nowożytnej historii. Po drugiej stronie mamy socjalistyczną Francję, z ponad 20 proc. bezrobociem wśród młodych i Włochy na granicy krachu finansowego. Wszyscy w pogoni za sprawiedliwymi podatkami, które zamiast wzmacniać państwo, dają pieniądze watażkom wojen klasowych na prowadzenie swoich gier politycznych. Kupowanie głosów za pieniądze, które zostawiają po sobie zgliszcza.