“Mężna namiętność równości”
Robert Gwiazdowski 29.11.2014

Zewsząd słychać głosy, że trzeba podwyższyć podatki, by zmniejszyć nierówności. Pod koniec lat siedemdziesiątych – pisze Milton Friedman – przyjmowano, że granicę ubóstwa dla czteroosobowej amerykańskiej rodziny żyjącej w mieście stanowi roczny dochód w wysokości siedmiu tysięcy dolarów. Poniżej tej granicy znajdowało się wówczas około dwudziestu pięciu milionów osób, mimo że łączne wydatki państwa na pomoc społeczną kształtowały się na poziomie prawie dziewięćdziesięciu miliardów dolarów rocznie. Teoretycznie oznaczało to trzy i pół tysiąca dolarów na każdą osobę żyjącą poniżej progu ubóstwa, a więc czternaście tysięcy dolarów na czteroosobową rodzinę, czyli dwukrotnie więcej od poziomu ubóstwa. Dlaczego zatem zjawisko to nie zostało całkowicie wyeliminowane? „Gdyby wszystkie te środki szły do biednych, biednych by już nie było” – konkludował Friedman.

Państwo jest nieudolnym i drogim pośrednikiem. Jednak ciągle odzywają się głosy, że państwo powinno móc jeszcze więcej. Jak pisał Alexis de Tocqueville: „Istnieje mężna i prawa namiętność równości, dająca wszystkim ludziom pragnienie siły i poszanowania. Namiętność ta ma to do siebie, że małych podnosi ku wielkim. Lecz istnieje także w ludzkim sercu skażone zamiłowanie do równości sprawiające, że słabsi starają się ściągnąć silnych do swego poziomu i doprowadzające ludzi do tego, że zaczynają przedkładać równość w niewoli nad nierówność w wolności”

Społeczeństwo stawiające równość społeczną przed wolnością, nie zrealizuje ani równości, ani wolności. Użycie siły dla osiągnięcia równości niszczy wolność. Wolność powstrzymuje arbitralne ograniczenia nakładane na jednych przez drugich. I choć nie zapobiega osiąganiu przez niektórych pozycji uprzywilejowanej, zapobiega instytucjonalizacji tych przywilejów. Nigdzie przepaść między bogatymi i biednymi nie jest większa niż w społeczeństwach, które nie pozwalają działać wolnemu rynkowi, próbując osiągnąć tak zwaną sprawiedliwość przy pomocy działań państwa.

Znamienna jest postawa niektórych intelektualistów, dla których równość jest bez mała wyznaniem wiary, chociaż ich czyny pozostają w rażącej sprzeczności z deklaracjami. Jeśli bowiem jest się egalitarystą – ironizuje Friedman – należy ocenić, czy własny dochód odpowiada przyjętej koncepcji równości, a jeżeli jest wyższy – oddać nadwyżkę tym, którzy mają poniżej średniej. Jeśli kryterium równości miałoby objąć cały świat, jak tego pragną niektórzy reformatorzy, byłaby to kwota około dwustu dolarów rocznie na osobę – taki jest bowiem przeciętny dochód na jednego mieszkańca naszego globu. Który z „naprawiaczy świata” byłby gotów zaakceptować taką formę równości?