Miejsce Polski na osi Berlin – Moskwa?
Tomasz Wróblewski 12.07.2014

Nagranie Radka Sikorskiego rzucającego focha pod adresem Amerykanów, może się okazać historycznym przesłaniem polskiej polityki zagranicznej. Samo w sobie jest tylko paplaniną dwóch niedojrzałych emocjonalnie polityków, ale w zestawieniu z ostatnimi napięciami na linii Berlin-Waszyngton to już niemal jak doktryna.

Z amerykańskiej perspektywy Niemcy jako sojusznik dawno temu utracili swoją wiarygodność. Podsłuchy Angeli Merkel, zmasowana inwigilacja to już nie przypadek. Zła passa zaczęła się od kanclerza Schroedera, który najpierw odmówił wsparcia interwencji w Iraku a później wszedł do rady nadzorczej Gazpromu. Kilka lat później mieliśmy konflikt w Libii, gdzie Niemcy wspólnie z Moskwą protestowali przeciwko interwencji zbrojnej. Podczas konfliktu syryjskiego, Berlin pierwszy opowiedział się za rosyjską mediacją przeciwko amerykańskiemu wsparciu dla powstańców, a wcześniej sprzeciwiał się radykalnym sankcjom wobec Iranu. No i ostatni konflikt ukraiński, gdzie były kanclerz Helmut Schmidt oficjalnie, a rząd nieformalnie, uznał aneksję Krymu. Wyjątkowo zażyłe relacje niemieckiego biznesu i osobiste relacje polityków z Kremlem, zwłaszcza w kontekście współpracy firm zbrojeniowych, powodują, że Waszyngton nie ufa Berlinowi. Preferencyjne ceny na dostaw rosyjskiego gazu do Niemiec i w zamian niemiecka polityka obstrukcji w wydobyciu gazu łupkowego czy produkcji energii atomowej w Europie, plasuje dziś Berlin bliżej Moskwy niż Waszyngtonu.

25 lat od upadku Muru Berlińskiego, zjednoczone Niemcy, z zimnowojennego sojusznika przeistaczają się w suwerenne lokalne mocarstwo. Bez nazistowskich kompleksów i poczucia wdzięczności względem Ameryki, stają się głównym partnerem Rosji na Zachodzie. Czerpią zresztą z tego nie lada profity. To pewnie nie jest jeszcze linia demarkacyjna i nowy sojusz w miejsce NATO, ale nowa oś polityczna. Berlin-Moskwa. Polska, knajackimi pogaduszkami Sikorskiego, których rząd nie dementował, nagle staje się częścią niemieckiej wizji Europy. Odległej od Ameryki, podzielonej na tą niemiecką i rosyjską Europę. Przy czym głęboko wierzymy, że Niemcy nas nie zostawią. Przecież my to nie Krym, nie Ukraina. Prawda?