Mięso i sprawiedliwość
Andrzej Krajewski 07.02.2020

Nadciągające zmagania Unii Europejskiej z apetytem jej mieszkańców na mięso zwiastują frapującą batalię, bo wbrew wyobrażeniom miłośników inżynierii społecznej, walka z ludzką mięsożernością, to nie jest lekki kawałek chleba.

 

Gdyby całą widzę o świecie czerpać z wpisów na Twitterze europosłanki Sylwii Spurek, to wszystko byłoby takie proste i bezproblemowe. Kiedy w połowie tego tygodnia w Parlamencie Europejskim odbyła się debata nad pomysłem wprowadzenia podatku od mięsa, jego gorąca zwolenniczka ogłosiła: „Trzeba wprowadzić nowe regulacje podatkowe, jak najszybciej, bo od nich zależy ratowanie planety i zdrowie ludzi. Oczywiście branża mięsna dostanie czas na przygotowanie do zmiany. Ale to kwestia kilku, nie kilkunastu lat”. W tej wizji nowego, wspaniałego świata, z powodu gwałtownej podwyżki ceny wszystkiego, co zawiera mięso, za kilka lat gro mieszkańców Starego Kontynentu miałoby dobrowolnie zostać weganami.

Dzięki temu można by spokojnie wybić ogromne stada bydła, wydzielającego metan (martwa krowa jak wiadomo nie pierdzi), potem zająć się świniami, a na koniec zlikwidować cały przemysł mięsny. O losie jego pracowników, którzy przecież także emitują metan i dwutlenek węgla warto następnie podebatować. Kto wie, czy pomysł, by w ramach walki z kryzysem klimatycznym potraktować ich jak krowy, nie wyda się za kilka lat całkiem kuszący.

Po tak bezbolesnym przestawieniu na weganizm Europejczycy żyliby zdrowo, długo i szczęśliwie. No chyba, że z powodu zmiany diety zaobserwowano by u nich nadmierną emisję metanu. Wówczas Parlament Europejski znów stanąłby przed nielichym wyzwaniem. Jednak wcześniej głównym problemem pozostanie ludzka skłonność do mięsożerstwa, którą tak mocno podsyciła demokracja i technologiczny postęp.

Dziś już zupełnie zapomniano, że do XIX w mięso było na całym świecie daniem luksusowym. To, w jakiej ilości oraz jak często pojawiało się na stole świadczyło o statusie społecznym konsumenta. Na codzienne jego spożycie mogli sobie pozwalać królowie, arystokraci, bogatsza szlachta, potem do tego grona dołączyła burżuazja. Biedota, pozbawiona przywilejów i wpływu na elitę, musiała zadowalać się w ciągu tygodnia dietą roślinną. Potrawy mięsne jadała w dni świąteczne. W podzielonym na hermetyczne klasy społeczeństwie ten stan rzeczy uznawano za rzecz naturalną. Jednocześnie, skazani na wegetariańską dietę ubodzy, nie przestawali marzyć o zjedzeniu choćby kawałka czegoś odzwierzęcego. Znamienne, że naczelną dewizą w polityce wewnętrznej króla Francji Henryk IV, jednoczącego kraj po stuleciu wojen religijnych, stało się powiedzenie: „chcę, by każdy na niedzielę miał kurę w garnku”. Tą deklaracją, a nie wyrozumiałością i tolerancją religijną, król podbiły serca Francuzów.

Mięso było w tamtych czasach tak pożądanym dobrem, że powstrzymywanie się od jego konsumpcji stało w Kościele katolickim symbolem wyrzeczenia przyjemności. Dlatego w piątki oraz w okresie wielkiego postu wymagano tego świadectwa wiary od wszystkich wiernych. Tam, gdzie chrześcijaństwo nie było jeszcze zakorzenione, akurat ten jego aspekt wzbudzał zaciekły opór, łamany przez władców brutalnymi represjami. „Jeśli stwierdzono, iż ktoś jadł po siedemdziesiątnicy (okres przed wielkim postem – przyp. aut.) mięso, karano go surowo przez wyłamanie zębów. Prawo Boże bowiem, świeżo w tym kraju wprowadzone, większej nabierało mocy przez taki przymus, niż przez post ustanowiony przez biskupów” – opisywał w kronice biskup Merseburga Thietmar to, jak uczył Polaków wyrzekania się mięsa ich władca Bolesława Chrobry.

Zwolennicy radykalnej walki z kryzysem klimatycznym powinni zatem podsunąć europosłance Spurek kilka starych, pełnych świetnych pomysłów kronik, bowiem wychowawcze metody króla Bolesława okazywały się bardzo skuteczne. Mieszkańcy Polski z czasem nabrali takiego przekonania do wyrzeczeń, że odmawiali sobie mięsa nie tylko w piątki oraz w okresie wielkiego postu, ale także w popielcową środę. „Kiedy w XVI-tym wieku Erazm Ciołek, biskup płocki, przywiózł z Rzymu papieskie pozwolenie, ażeby wolno było we środę mięso jadać, nie znalazł się wtedy nikt w całym Królestwie Polskiem, któryby chciał z pozwolenia tego korzystać” – podkreślał Wacław Aleksander Maciejowski w księdze „Polska i Ruś aż do pierwszej połowy XVII wieku”.

Deficyt mięsa skończył się w Europie wraz z rewolucją przemysłową, która przyniosła także narodziny niezwykle wydajnego rolnictwa. Pod koniec XIX w. mięso z masowych hodowli było już na tyle tanie, że mogły na ten zakup pozwalać sobie nawet mniej zamożne rodziny. W tym samym czasie statystycy uznali wskaźnik jego spożycia, za jeden z wyznaczników bogactwa danego narodu. W roku 1938 statystyczny mieszkaniec Wielkiej Brytanii konsumował 66 kg mięsa rocznie. Statystyczny Polak niecałe 22 kg, choć bardzo je lubił, o czym najlepiej świadczą niezliczone przepisy kuchni polskie na potrawy mięsne oraz wspaniały rozwój sztuki masarskiej. To co wówczas powstawało było po prostu pyszne.

Jednak mieszkańców w Europie stale przybywało, czemu towarzyszył sukcesywny wzrost zamożności. Proces ten przyśpieszył po II wojnie światowej. Gdy jeszcze dodać sukcesywną utratę wpływów przez Kościół katolicki, przy jednoczesnej demokratyzacji obyczajów, otrzymujemy przepis na powszechne, codzienne jedzenie mięsa. Dziś statystyczny obywatel w Niemczech, Francji, czy Wielkiej Brytanii zjada ok. 90 kg czystego mięsiwa rocznie. Nadal biedniejszy Polak ok. 78 kg.

Wprawdzie z racji ubogacenia wyrobów mięsnych przeróżnymi środkami konserwującymi i „polepszającymi” ich smak sparszywiał, jednak stały się one fundamentem codziennej diety. W tym momencie Parlament Europejski oraz władze niektórych państw (rząd Holandii przygotowuje już projekt podatku mięsnego), szykują się do odwrócenia wyjątkowo mocnego trendu. Wbrew prostolinijnym nadziejom Sylwii Spurek nie jest to takie proste. Po pierwsze większość mieszkańców Unii Europejskiej jest nadal zbyt zamożnych. Nawet znaczący podatek nie musi przynieść spadku konsumpcji. Najlepiej pokazuje to doświadczenie z stałymi podwyżkami akcyzy na papierosy oraz wyroby alkoholowe. Człowiek uzależniony od mięsa odmówi sobie czegoś innego, po czym zeżre hamburgera na złość rządzącym oraz altruistom ratującym planetę. Podobnie rzecz się ma z wywieraniem presji przez kampanie społeczne, wzbudzanie wstydu, czy promowanie zdrowego stylu życia. Takie akcje bywają skuteczne przez kilka lat, po czym efekty zaczynają słabnąć, a ludzie stają coraz bardziej przekorni. Wówczas nieuchronnie przychodzi pora na prawne nakazy i zakazy, surowo egzekwowane przez aparat państwa.

Tu wielki wkład mogłaby wnieść Polska z racji swej spuścizny po PRL-u. Jako że w realnym socjalizmie mięsa zawsze brakowało i stanowiło towar strategiczny, rządzący musieli nieustanie zmagać się z nadmiernym apetytem obywateli. Chcąc go ograniczać stosowano przeróżne, nieraz bardzo ciekawe wybiegi. Gdy na początku 1959 r. Władysław Gomułka postanowił zastopować mięsożerstwo Polaków, zaczął od wprowadzenia „bezmięsnych poniedziałków”. Tego dnia sprzedaż mięsa, a także potraw je zawierających została surowo zabroniona. Podobnie jak konsumpcja białka odzwierzęcego w miejscach publicznych.

„Teraz katolicy poszczą w piątki, a marksiści w poniedziałki” – zapisał sarkastycznie w dzienniku pod koniec lipca 1959 r. redaktor naczelny „Polityki” Mieczysław F. Rakowski. Jako że zakaz nie okazał się skuteczny, bo średnie spożycie nie zaczęło spadać, w październiku zaostrzono przepisy i państwowy aparat represji skupił na walce z ubojem świń oraz tropieniu ludzi sprzedających to, co z uboju uzyskiwano. Po roku ciężkiej pracy milicji udało się wsadzić do więzień ponad 21 tys. tzw. „spekulantów mięsnych”, a mimo to Polacy mieli nadal pretensje do rządzących. Problem polegał na tym, że obywatele nie chcieli zostać jaroszami (choć usilnie ich do tego nakłaniano), a co gorsza emanowali niezadowoleniem, kiedy władza ludowa nie potrafiła zaspokoić ich mięsnych potrzeb. Gomułka musiał więc prowadzić walkę na dwóch frontach. Z jednej strony znaleźć jakiś sposób na dobrowolny spadek konsumpcji, z drugiej zwiększyć dostawy na rynek. Nie udawało się ani to, ani to. Beznadzieje zmagania z realiami socjalistycznej gospodarki prowadził przez całe lata 60. Wreszcie zdobył się na odwagę i w grudniu 1970 r. władza zaserwowała obywatelom z zaskoczenia podwyżki cen ich codziennego marzenia. Zamiast spadku konsumpcji wybuchł bunt robotników.

Pomimo tej wpadki doświadczenia wyniesione z PRL mogą się przydać przyszłym przywódcom anty-mięsnej krucjaty, także z jeszcze jednego powodu. Jeśli białko pochodzenia zwierzęcego stanie się drogim i trudnodostępnym luksusem, wówczas zupełnie jak w średniowieczu oraz nieco późniejszych epokach, będzie przywilejem dostępnym osobom najbogatszym i najbardziej wpływowym. Całej reszcie mieszkańców UE pozostanie jedynie im zazdrościć mięsnych orgii, jakie niechybnie zaczną urządzać. Taki stan rzeczy, gdy nadal funkcjonuje demokracja i wolność słowa grozi daleko idącymi konsekwencjami. Zwłaszcza, jeśli za jakiś czas zaczną wygrać wybory populiści nienawidzący przymusowego weganizmu. Nawet likwidacja demokracji niekoniecznie zażegna zagrożenie, bo sfrustrowani obywatele wykazują tendencję do odrzucania starych elit i szukania sobie nowych przywódców. Ale i na to jest rada, banalnie prosta i dokładnie przetestowana w PRL. Należy po prostu wprowadzić reglamentację sprzedaży mięsa w oparciu o system kartkowy. Jeśli wszyscy otrzymają prawo do określonego przydziału, bez względu na swą pozycję, poczucie sprawiedliwości społecznej zostanie ocalone. Gdyby zaś i to nie zadziałało w rezerwie zawsze pozostają stare, sprawdzone metody przetestowane przez Bolesława Chrobrego.