Miliony dla tysięcy
Dariusz Matuszak 05.04.2020

Jeśli na czymś polegać ma solidarność to właśnie na tym, by miliony poświęcały się, by uratować tysiące. Jak u Dumasa: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

 

Na razie nie dokonujemy jeszcze niczego heroicznego, tylko siedzimy w domu. I niech tak będzie. Jeśli dzięki temu ratujemy starszych i słabszych, to to jest dobre. Tak, należy się poświęcić.

Trzeba poświęcić swe wakacyjne plany, myśli o nowym samochodzie, remoncie domu, tych wszystkich zbytkach i zabawach, którym z taka ochotą się oddawaliśmy, by ratować tych, którzy są słabsi i nie narażać tych, którzy poświęcają się dla nas. Zaboli nas to bardzo. Będą bankructwa, zwolnienia, bezrobocie, bieda, dramaty osobiste i rodzinne. Przegrane szanse, porzucone nadzieje. Cena będzie bardzo wysoka. A jednak trzeba się poświęcić i siedzieć.

Nie będę pisał o aspektach moralnych. O tym, że miarą człowieczeństwa jest też pomaganie słabszym i tym w potrzebie. To oczywiste, choć nie wszędzie. I tak przykładanie miary do kalkulowania moralności nie ma sensu. Ważenie: na jednej szali zamknięcie w domu, a na drugiej śmierć iluś osób, jest absurdalne. Rozważania na ten temat nieuchronnie prowadzą do dalszych absurdalnych pytań typu: ile osób i na jak długo można zamknąć, by jedną uratować.

Sayeret Matkal, czy Shayetet 13 – izraelskie jednostki specjalne działają wedle zasady – w uproszczeniu: albo wracają wszyscy, albo nikt. Dlatego nie pozostawią nawet zabitych w akcji. To może wydawać się nawet nieracjonalne i niemoralne – narażanie życia jednego żołnierza dla odzyskanie zwłok drugiego. Ale to buduje niezwykle silne więzy, lojalność, zdolność do poświęceń, poczucie odpowiedzialności i wyjątkowości. Tworzy trwałą wspólnotę. Jest też oczywiście przyziemny, praktyczny aspekt, o którym się nie mówi – propaganda. W skrócie chodzi o to, by żadna arabska telewizja jak choćby Al Dżazira, nie pokazywała wleczonych po majdanie ciał izraelskich żołnierzy.

To oczywiście przykład ekstremalny, pewnie nawet zalatujący przesadnym patosem i z pozoru nie mający nic wspólnego z sytuacją w jakiej się znaleźliśmy. Co niby akcje specjalsów mają wspólnego z siedzeniem w domu. Otóż robimy to, nie tylko dla własnego bezpieczeństwa, ale też z poczucia solidarności ze wszystkimi, którzy teraz mogą być w potrzebie. Nie zostawiamy za sobą słabszych i „przegranych”, choćby miało to nas do ruiny doprowadzić. Izraelskie społeczeństwo oczekuje od swych żołnierzy gotowości do wyjątkowych poświęceń. Podobnie my teraz – od wszystkich tych, którzy są na pierwszej linii frontu – pracowników służby zdrowia, często wojskowych, czy służb porządkowych, a nawet tych, którzy siedzą w sklepach przy kasie za 2 tysiące złotych miesięcznie, czy w kabinie tramwaju. Na drzwiach sklepu z alkoholami widziałem taka wywieszkę: Nie przychodź 10 razy dziennie po setkę!!!!! Kup litra i siedź w domu!!!

Więc siedźmy w domu i budujmy więzy rodzinne, ale też społeczne. Tkankę, która nas scala. Pozwala przechodzić trudne czasy, ale też lepiej te, które nastaną miejmy nadzieję już szybko. Dziś jesteśmy porozrywani, z pazurami na siebie wyostrzonymi, z kłami świecącym gotowi rozszarpać każdego kto nie jest nasz.

Trudno o lepsze słowa niż te kardynała Augusta Hlonda z 1932 roku, które zacytował Cezary Kaźmierczak w artykule dla „Gazety Prawnej”: „Klęską dzisiejszego życia publicznego jest nienawiść, która dzieli obywateli Państwa na nieprzejednane obozy, postępuje z przeciwnikami politycznymi jak z ludźmi złej woli, poniewiera ich bez względu na godność człowieczą i narodową, zniesławia i ubija moralnie. Zamiast prawdy panoszy się kłamstwo, demagogia, oszczerstwo, nieszczery i niski sposób prowadzenia dyskusji i polemiki. Żądza władzy i prywata prowadzą bezwzględną walkę o rządy i stanowiska, a pozorują ją troską o Państwo, które zwykle odłamy polityczne utożsamiają z sobą. Chorobliwe podniecenie i namiętność polityczna zasłaniają spokojny sąd o ludziach i sprawach, mieszają politykę do wszystkiego, wszystko osądzają ze stanowiska partyjnego, wyolbrzymiają znaczenie wypadków publicznych, wnoszą niepokój w całe życie”.

Jeśli coś pozytywnego może wyniknąć z tych wyrzeczeń, z prawdopodobnej ruiny gospodarczej, która nas czeka, to właśnie odbudowanie na nowo wspólnoty. Całkowicie odrzucam ową szwedzką strategię walki z koronawirusem. Budowanie „stadnej odporności” może i jest racjonalne, ale oznacza właśnie porzucenie starszych i słabszych. Może i będą mieli ową stadną odporność, ale nie będą mieli stadnej solidarności. Wzmacniają tylko najbardziej przyziemne egoistyczne postawy. Tego obrazka się nie wymaże: umierający starcy i młódź siedząca w knajpach Sztokholmu, która ma wszystkich gdzieś: matkę, ojca, babcię, etc. Ci, którzy budowali ten system opieki medycznej i społecznej, którego wielu zazdrości, pójdą do piachu. Zostaną ci, którzy piją w knajpach. Któregoś dnia wybiorą się do lekarza, a on przypomni sobie co robił w czasach zarazy, a czym zajmowali się oni. Jeśli ta strategia „otwartej Szwecji” nie przyniesie w skali całego kraju jakichś nadzwyczajnych korzyści, to może okazać się dewastująca na przyszłość.

Oczywiście nie możemy siedzieć w domach w nieskończoność. Musimy kiedyś otworzyć świat. Musi przyjść moment, w którym nijak nie da się uzasadnić zamknięcia, i w którym samo lekarstwo okaże się bardziej zabójcze niż zaraza. Wtedy ruszymy do odbudowywania tego co nam zaraza zniszczyła. I niestety wtedy też okaże się, że gorsze od samej epidemii koronawirusa są wszystkie choroby współistniejące naszego życia gospodarczego. Regulacje, kontrole, podatki, ZUS, sprawozdania, biurokratyczne procedury. Jeśli dziś ktoś kto stracił właśnie pracę, siedzi w domu i szyje maseczki, by rozdawać je innym, to ze swego domowego warsztatu nie uczyni maseczkowego interesu. Nawet jeśli i po zarazie znajdzie na nie popyt (znajdzie na pewno) to nie będzie ich szył i sprzedawał bo dopadną go choroby współistniejące. One go wykończą – zabiorą mu oddech i siły. Ci, którzy stracili dorobek swego życia, swe firmy, nie odtworzą ich znowu, bo każdy rok naszej wolności oznaczał każdy rok ciaśniejszych pęt w gospodarce. To co udało się stworzyć 15 lat temu, dzisiaj będzie już niemożliwe do zbudowania. Nie będzie koronawirusa, ale będzie urzędniczy artretyzm i skleroza, cyklofrenia i schizofrenia paranoidalna, niedowład starczy i zapalenie worka z żółcią. Na to nadal będzie chorować nasze Państwo i roznosić to na swych obywateli.

Jest coś niesłychanie groteskowego i schizofrenicznego w konstrukcji naszego Kochanego Państwa. Wszyscy wiedzą i na całym świecie to robią. By pobudzić do życia, dać impuls do obudowania się, wyzdrowienia, trzeba wszystko poluzować. Zrezygnować z ograniczeń i haraczy. Ta pandemia to właśnie okazja, by to zrobić. Ale wiele wskazuje, że może być dokładnie odwrotnie. Że na dobre rozsieje się socjalistyczna zaraza budowania urzędniczej władzy kosztem obywateli. Będziemy słyszeć, że tylko silne państwo może poradzić w czasach takich klęsk. A tym silnym państwem ma być monstrualny grubas, który swym ciężarem zgniata wszystko, a nie gibki, sprawny i chudy atleta żyjący w reżimie diet i ciągłego treningu. I wtedy całą tą naszą nabytą stadną solidarność trafi szlag.