Ministerstwo pierwszej potrzeby
Andrzej Krajewski 23.07.2020

Wnioski płynące z zakończonego właśnie szczytu przywódców krajów Unii Europejskiej na dłuższa metę są takie, że to już ostatni dzwonek na przywrócenie do życia polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Rządzący muszą wreszcie docenić dyplomację, jako jedno z kluczowych narzędzi w polityce i usprawnić jej funkcjonowanie.

 

Na krótką metę, z perspektywy krajowego podwórka, wyniki szczytu oraz reakcje na nie przypominają stary dowcip o dyplomatycznym rabinie. Oto przychodzi do niego dwóch skłóconych Żydów (obiekt awantury jest tu najmniej istotny). Pierwszy wykłada swoje argumenty. Rabin uważnie słucha, po czym oświadcza krótko:

– Mosze masz całkowitą rację.

Na co drugi Żyd z wielkim zaangażowaniem prezentuje swoje stanowisko. Po krótkim namyśle Rabin oznajmia.

– Mordechaj masz absolutnie rację.

Obaj skonsternowani uczestnicy sporo pytają wówczas, przekrzykując się:

– Jak to Rabbi, on ma rację i ja mam rację? Przecież to niemożliwe!

Rabin namyśla się tym razem trochę dłużej, a następnie oznajmia z uśmiechem:

– Wiecie co? Faktycznie macie rację!

W podzielonej na pół Polsce to co cieszy obóz rządzący zwykle doprowadza do czarnej rozpaczy obóz liberalny i vice versa. Tym razem wyniki unijnego szczytu sprawiły, iż obie strony są wielce zadowolone. Jak na dziś jedynym problemem jest tylko ostentacyjne zadowolenie tych drugich.

Opozycja oraz sympatyzujące z nią media przyjęły z zachwytem zapisane w porozumieniu ustalenie, że wypłata środków z budżetu UE oraz funduszu pomocowego będzie uzależniona od przestrzegania „unijnych wartości” oraz „praworządności”. Z perspektywy rozszerzania kompetencji instytucji unijnych i umacniania ich władzy nad rządami krajowymi jest to teoretycznie spory krok naprzód.

Ustalono nawet zręby procedury podejmowania decyzji, odwołując do unijnych traktatów. Zgodnie z zapisami decyzje budżetowe oraz inicjatywy prawodawcze znajdują się w kompetencjach Rady UE.

Często myli się ją z Radą Europejską, którą tworzą szefowie rządów. Natomiast Rada UE to kolegialne ciało, w którym zasiadają ministrowie z krajów członkowskich. Żeby było bardzie skomplikowanie, w Radzie UE są tzw. Rady Branżowe. Na przykład w takowej Radzie ds. Rolnictwa i Rybołówstwa zasiadają ministrowie rolnictwa państw Unii. Jest też Rada Ogólna tworzona przez ministrów spraw zagranicznych, której przewodniczy minister z kraju sprawującego aktualnie prezydencję w Unii Europejskiej. W tym półroczu są to Niemcy.

W razie wątpliwości, co do „przestrzegania praworządności” przez jakiś kraj członkowski Komisja Europejska złoży wniosek o wstrzymanie wypłat należnych funduszy do Rady UE. Ta zdecyduje czy go poprzeć i wcielić w życie, czy tez odrzucić. Na mocy traktatu lizbońskiego czyni to tzw. większością kwalifikowaną.

Zapis traktatu brzmi następująco: „większość kwalifikowaną stanowi co najmniej 55 proc. członków Rady reprezentujących uczestniczące Państwa Członkowskie, których łączna liczba ludności stanowi co najmniej 65 proc. ludności tych Państw. Mniejszość blokująca obejmuje co najmniej minimalną liczbę członków Rady reprezentujących ponad 35 proc. ludności uczestniczących Państw Członkowskich, plus jeden członek, w przeciwnym razie uznaje się, że większość kwalifikowana została osiągnięta”.

Tłumacząc po ludzku to, co dla obozu władzy w Polsce jest obecnie najważniejsze – żeby zablokować decyzję Rady potrzeba minimum 4 państw, posiadających w sumie ponad 163 miliony mieszkańców. To oznacza, że Polskę i Węgry (zaledwie ok. 46 mln mieszkańców) musiałyby wesprzeć albo dwa najludniejsze kraje Europy zachodniej albo cała koalicja mniejszych krajów. Jednym słowem opozycja ma powody do radości.

Jednakże na tym samym szczycie uzgodniono, że szczegółowe funkcjonowanie mechanizmu „fundusze za praworządność” zostanie dopracowane przez Parlament Europejski oraz unijnych ministrów w Radzie UE. Po czym zatwierdzi to Rada UE większością kwalifikowaną. Tu znów opozycja może wydawać okrzyki radości.

No chyba, że nie uda się przeprowadzić całej procedury w ciągu najbliższych 7 lat. Na taki bowiem okres przyjęto nowy budżet. To oznaczałoby powody do radości dla PiS-u. Poza tym pozostała jeszcze jedna furtka. Mianowicie wedle wspólnego oświadczenia premierów Morawieckiego i Orbana na koniec całokształt mechanizmu „fundusze za praworządność” zostanie wniesiony pod obrady Rady Europejskiej, gdzie decyzje muszą być podejmowane jednomyślnie.

Kolejny powód do radości dla rządzących w Polsce (i nie tylko ich) to ok. 560 mld złotych dotacji z budżetu UE oraz Funduszu Odbudowy, mających zasilić naszą gospodarkę w ciągu najbliższych lat. Czym rząd będzie się chwalić. Za to opozycja za każdym razem ma prawo wypomnieć, iż obiecywano 3 proc. więcej, a ponadto z racji oporów polskich władz, co do określenia jasnych celów klimatycznych, dotacje w Funduszu Sprawiedliwej Transformacji zostały obcięte z 37,5 mld euro do 17,5 mld. Na co rządzący odpowiedzą, że rok temu mowa była o jedynie 7,5 miliarda euro z tego funduszu dla Polski.

Czyli zupełnie jak w dowcipie o dyplomatycznym rabinie wszyscy będą mieli rację.

Jednak czasami warto spojrzeć na te radosne polsko-polskie igraszki z nieco innej perspektywy. Wówczas dopiero widać, jak dramatycznie potrzeba dziś III RP dobrze działającego Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Polityka zagraniczna była wielką słabością Polaków właściwie od końca XVI w., gdy okrzepła unia z Litwą. Przez następne 450 lat Rzeczpospolita bardzo rzadko potrafiła sobie znajdować lojalnych sojuszników, natomiast z wrogami nigdy nie było problemu, bo zjawiali sie nieustannie i bardzo rzadko pojedynczo. Co gorsza od czasów rozpoczęcia wojen ze Szwecją o wybrzeża Bałtyku Rzeczpospolita zwykle znajdowała się w okrążeniu. Stan ten się nie zmieniał, a jedynie starych nieprzyjaciół, co jakiś czas zastępowali nowi. Poza Szwedami toczono równoczesne wojny z Turcją, Tatarami, Siedmiogrodem, Moskwą, a bywało, że i z Habsburgami. Potem pierścień okrążenia wokół Rzeczpospolitej zamknęły: Prusy, Rosja i Austria. Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. sytuacja prezentowała się równie fatalnie. Spośród bezpośrednich sąsiadów II RP przyjazne kontakty udawało się utrzymywać jedynie z Rumunią i Łotwą.

Czas płynął, zaś niedomagania polskiej dyplomacji były wciąż te same. Przez kolejne stulecia polska polityka zagraniczna żyła wiarą w cuda i fantasmagorie. Gdy w 1647 r. na Ukrainie wrzało, a Moskwa i Szwedzi przemyśliwali, jak się dobrać Polakom do skóry, król Władysław IV wraz z kanclerzem Jerzy Ossolińskim planowali podbój Krymu. Niecałe dziesięć lat później Rzeczpospolita musiała bić się równocześnie na kilku frontach z: Kozakami, Tatarami, Szwedami, Rosją, Prusami i władcą Siedmiogrodu na dokładkę. Cudem uniknięto rozbioru. Potem król August II Mocny uwikłał Polskę w sojusz z Rosją, planując wraz z carem Piotrem I odebranie Szwecji jej zdobyczy na południowych brzegach Bałtyku. Skończyło się trwającą prawie dwie dekady wojną, po której spustoszona Rzeczpospolita został podporządkowana woli Kremla. W efekcie wyniesiony na polski tron z woli carycy Katarzyny II król Stanisław August szans na wyrwanie się spod jej protektoratu, upatrywał w sojuszu z Londynem. Kiedy sąsiedzi planowali pierwszy rozbiór w wysłanym w 1772 r. liście Poniatowski prosił króla Jerzego III: „Zechciejcie, królu potężny, w imię mądrości i autorytetu, który Was odznacza pomiędzy królami i książętami, wystąpić jako życzliwy protektor naszej sprawy (…) i przekonać dwór we Wiedniu, w Petersburgu i Berlinie, że należy iść po drodze Sprawiedliwości i porzucać wrogie projekty w stosunku do Polski”. Jerzy III odpisał uprzejmie: „Już od dawna z najwyższą boleścią widziałem zło, które otaczało W.K.Mość i które pogrążyło Polskę. Obawiam się, że te nieszczęścia doszły do punktu, w którym mogłyby być naprawione tylko ręką Wszechpotężnego i nie widzę innej możliwości, która mogłaby im zaradzić”. Londyn nie zamierzał psuć sobie kontaktów z Berlinem, Wiedniem i Petersburgiem, wspieranie Polski pozostawiając Bogu. Ten wyraźnie miał ważniejsze sprawy na głowie zwłaszcza, że krajowi prowadzącemu tak nawiną politykę zagraniczną naprawdę trudno pomóc.

Na szczyty naiwności elity władzy w Rzeczpospolitej wspięły się w 1788 r., gdy Prusy ogłosiły się obrońcą… Polski. Stało się to po zebraniu w Warszawie Sejmu, nazwanego potem Wielkim. Już w pierwszym tygodniu obrad poseł pruski Ludwik Buchholtz zaoferował sojusz militarny. To dodało takiej pewności siebie posłom, iż ci zażądali od Petersburga by rosyjskie wojska, stacjonujące od kilkudziesięciu lat nad Wisłą, wróciły do domu. Co też nastąpiło, bo uwikłana w wojnę z Turcją Katarzyna II nie chciała ryzykować walk na dwóch frontach. Tymczasem Berlin pragnął osłabienia Rosji oraz Austrii. Król Fryderyk Wilhelm II pod koniec marca 1790 r. zawarła z Polską sojusz militarny. Wedle tajnych ustaleń wkrótce miało dojść do wojny z Austrią, dzięki której Polska odzyskałaby utraconą po rozbiorze Galicję. W zamian godzono się odstąpić Prusom Gdańsk oraz Toruń. Skończyło się tak, że gdy tylko Rosja zawarła z Turcją pokój, Prusy wystawiły Polaków do wiatru. Spokojnie czekając, aż wojska Katarzyny II wkroczą do Warszawy. Wówczas Fryderyk Wilhelm II zaproponował drugi rozbiór.

Podobnym do Stanisława Augusta realizmem w polityce zagranicznej wykazywał się Józef Beck, marząc o zbudowaniu wspólnie z Rumunią, Węgrami i Jugosławią Międzymorza oraz zaszachowaniu przy pomocy Wielkiej Brytanii i Francji Hitlera. Jak się to skończyło nie trzeba przypominać.

Tymczasem wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach coraz bardziej o przyszłości Polski zacznie decydować to, co się dzieje wokół niej. Pierwszym, acz nie najważniejszym elementem będzie „przeciąganie liny” w ramach Rady UE. Pod termin „fundusze za praworządność” da się podciągnąć dosłownie wszystko. Jeśli bankrutujące kraje południa Europy sądzą, że ich to nie dotyczy, to żyją w głębokiej nieświadomości. Zapominając o losie Grecji podczas poprzedniego kryzysu. Wprawdzie Berlin, by ratować swój eksport, musi teraz szeroko otworzyć portfel i zapewnić redystrybucję dochodów za pośrednictwem Funduszu Odbudowy, jednak trudno sobie wyobrazić, by nie doszło do próby ścisłej kontroli wydatków. Na szycie budżetowym rolę „złego policjanta” wziął na siebie premier Holandii Mark Rutte. Za sprawą jego twardej postawy, przy demonstracyjnej spolegliwości kanclerz Merkel, w tekst porozumienia wpisano mechanizm „ochrony interesów finansowych UE”. Jeśli jakiś kraj (czytaj z południa Europy) stanie się dla Komisji Europejskiej podejrzany, wówczas ta może wnieść do Rady UE wniosek o wstrzymanie wypłat. Decyzja zapadnie oczywiście kwalifikowaną większością głosów. Taka sytuacja wręcz skazuje Polskę na szukanie punktów stycznych z ludnymi krajami południa, czyli Włochami i Hiszpanią, bo sama Grupa Wyszehradzka to za mało. Zwłaszcza jeśli Warszawa chciałaby wpłynąć na to, jakie będzie nowe oblicze Unii Europejskiej, zaczynające się właśnie kształtować.

Do tego jeszcze Polska jest wręcz skazana, by „grać na wielu fortepianach”, ponieważ coraz goręcej robi się za wschodnią granicą. Reżym Łukaszenki słabnie, lecz Białoruś wcale nie musi przekształcić się w demokratyczne państwo. Już bardziej prawdopodobna jest jej anektowanie przez Rosję. Wciąż trwają zbrojne starcia na wschodzie Ukrainy. Im bardziej Zachód pogrąża się w kryzysie, tym realniejsza staje się groźba, że prezydent Putin podejmie decyzję wyrąbania Rosji lądowego dostępu do Krymu siłą. Na to wszystko nakłada się narastający konflikt kluczowego sojusznika Polski, jakim są Stany Zjednoczone z Chinami.

W tym galimatiasie nowych czasów sprawnie funkcjonujące MSZ staje się wręcz kwestią być lub nie być. Tymczasem w Warszawie już od dawna minister Jacek Czaputowicz, to tylko figurant, któremu oficjalnie odebrano wpływ na politykę zagraniczną w ramach UE, a nieoficjalnie na cokolwiek. W efekcie swoją koncepcję w kwestiach celów i strategii ma pałac prezydencki, swoją rząd, zaś ostatnio swoją ujawniła Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, kontestując decyzje premiera Morawickiego. Na ten narastający bałagan (delikatnie nazywając) nakłada się, to że zdanie ostateczne zawsze może sobie przyznać Jarosław Kaczyński. W takim stanie rzeczy wszystko zdaje się mówić, iż licząca pół tysiąca lat tradycja katastrofalnej polityki zagranicznej będzie kontynuowana.