Mój język miłości: kocham mowę nienawiści
Dariusz Matuszak 12.08.2019

„Hate speech” to kolejna tandeta zaimportowana do Polski z postępowego i coraz bardziej tolerancyjnego Zachodu. Jeszcze kilka lat temu pojęcie mowy nienawiści pojawiało się w publicystyce jako zapożyczenie z literatury, a dziś tak weszło w krwiobieg i słowotok, że nie mamy już nawet zwykłych obelg, czy kalumnii. Człowiek sobie już w spokoju nie może powyzywać, żeby mu nie powiedzieli, że Hitler też tak zaczynał, a jak się skończyło to wiadomo.

 

Mowa nienawiści to bardzo podręczne i wygodne narzędzie do zaprowadzania powszechnej, a za chwile już także instytucjonalnej cenzury. Niedawno, po homilii arcybiskupa Jędraszewskiego pani poseł Barbara Dolniak z Nowoczesnej, czy jak się tam teraz ten erzac Nowoczesnej nazywa, zaproponowała cenzurowanie kazań. Pomysł nie jest nowy. Swego czasu chciało to robić SLD, ale nie przy okazji mowy nienawiści, tego bowiem pojęcia jeszcze wtedy do Polski z Zachodu nie sprowadzono, ale w związku z nawoływaniem z ambon do głosowania na tego, czy tamtego. Nie wiadomo, czy księża mieliby specjalnemu urzędowi z Mysiej przedkładać treść kazań, czy też w kościołach miano zainstalować nagrywarki i potem dopiero odsłuchiwać, ale ów światły projekt wówczas nie został zrealizowany. Co innego dziś, szanse są spore i z każdym dniem rosną, jak organizm miłościwe nam niegdyś panującego Korybuta Wiśniowieckiego, który zmarł z przeżarcia.

Nie sądzę by poseł Dolniak i liczni entuzjaści jej idei mieli na myśli jakieś szczególnie wyrafinowane rozwiązania. Raczej chodzi o zwykłe zaszczucie, darcie się pod siedzibą arcybiskupa, ewentualnie ciąganie go po sądach. Ja bym tę całą mowę nienawiści po kościołach zlikwidował znacznie skuteczniej. Zaprosiłbym do współpracy firmy internetowe, albo wywiad, albo jedno i drugie na wszelki wypadek, żeby Putin szyków nie pomieszał. Już w latach 70. zachodnie służby dysponowały globalna siecią wywiadu elektronicznego. Trudno odsłuchać wszystkich i wszystko, więc jedną z zalet Echelona było to, że np. reagował na określone zwroty i wtedy zaczynało się rejestrowanie, a dalej odsłuchiwanie komunikatu przez białkowy interfejs. Można by więc wprowadzić do wszystkich mikrofonów i urządzeń nagłaśniających jakiś tam elektroniczne cudeńko, które reagowałoby na pewne zwroty, czy wyraz i cyk – odłączało aparaturę jak tylko jakieś nieodpowiednie słowa padną. Ewentualnie mogłoby w kościele wywalać korki, albo kopałoby księdza prądem.

Firmy internetowe już to mają. Określone słowa i zwroty są z sieci automatycznie eliminowane. Swego czasu pisałem jak firma prowadząca sklep i serwis rowerowy w swej ofercie zastąpiła słowo pedał zwrotem „Różowy Kanadyjczyk”. Wszystko załatwiają algorytmy, albo też siedzi sobie po drugiej stronie drutu jakaś dziunia, czy junior manager i decydują co jest mową nienawiści, a co nie. Przyznają Państwo, że skoro problem rozwiązany jest w sieci, to nie może być tak, żeby wolno było sobie ot tak publicznie gadać to, czego nie można zamieścić w internecie. Już teraz z serwisów znikają nie tylko pojedyncze nagrania, czy publikacje, ale całe redakcje. W Polsce w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, Francji czy Szwecji dość sporadycznie staje się przed sądem i idzie do więzienia za ową mowę nienawiści, ale mamy już pierwsze jaskółki i wszystko przed nami.

Jedną z wielkich zalet mowy nienawiści jest to, że nie da się jej zdefiniować i można w dowolny sposób interpretować. To bardzo pomaga przy wsadzaniu, pozbawianiu pracy, publicznym zaszczuwaniu i takich tam zabaw tolerancyjnego postępu. Swego czasu przyjaciel opowiadał mi jak to do jednego z naszych rolników, a było to kiedy jeszcze tkwiliśmy w przedunijnych mrokach, przyjechali jacyś tam eurokraci z jakiejś tam inspekcji, delegacji, czy coś. Zakładają białe wdzianka, przypominające szlafmycę czepki, łażą po obejściu, cmokają i klepią chłopa z uznaniem: dobry wieśniak, dobry. Zajrzą do chlewni, to do obory, a na koniec zdejmują te ciuchy kładą na podwórku i mówią mu by je zniszczył, zutylizował, czy co tam się z tym robi. Na co chłop: ale jak to, takie nowiuśkie, prawie nie używane fartuchy, toż to szkoda, jeszcze wnuki je będą nosić. Na co dostojni gości wyjaśnili, że mogą się na nich przenosić z obory zarazki. A chłop: Cooo? Zarazki?.. u mnie w oborze zarazki..ożeż ty pedale je…ny, won mi z obejścia bo psami poszczuję i dawaj za widły. Ledwo sołtys i gospodyni go powstrzymali.

Co robić z takimi anegdotami? Nigdy już ich nie przytaczać, czy też opowiadając przystosowywać język do nowych postępowych okoliczności : ożeż ty poddany ruchom frykcyjnym przedstawicielu kolektywu lgbt.

To wcale nie jest śmieszne, to poważny problem, bo chodzi o cały kod kulturowy. Arcybiskup Jędraszewski mówiąc w rocznice Powstania nawiązywał do wiersza Józefa Szczepańskiego dowódcy batalionu Parasol. Nieszczęśnik, który sprzedawał paździerz IKEI cytował Biblię i za to został wyrzucony z pracy (w ubiegłym roku po raz pierwszy okazało się, że na świecie jest publikacja która ma większe nakłady niż Biblia – właśnie katalogi szwedzkiego giganta). Najpierw mu powiedzieli: kochany nasz pracowniku, masz tu dostępne nasze wewnętrzne forum, na którym możesz dzielić się swymi przemyśleniami, refleksjami, bo jesteśmy firmą otwartą i inkluzywną, a potem wyrzucili za mowę nienawiści.

Tą sprawą zajmowało się pół Polski. Nie raz słyszę, czy czytam komentarze, iż WEI nie jest odpowiednim miejscem do poruszania takich tematów – na szczęście nie od tych, którzy nim rządzą. Otóż twierdzę, że postęp i tolerancja dopadną nas wszędzie i wpłyną na firmy, czy relacje pracodawca pracownik, bo tak jest już na całym świecie. Pana cytującego Biblie dopadnięto przy skręcaniu, czy sprzedawaniu paździerzu. W USA trwa debata na temat koloru produkowanych robotów – te z białą powłoką maja utrwalać rasistowskie stereotypy. Recenzentka serialu Czarnobyl zarzuciła brytyjskim producentom, że w żadnej z ról nie obsadził murzyna i weź tu jej człowieku tłumacza, że akurat w latach 80. nie było ich w Ukraińskiej Socjalistycznej Republice Radzieckiej.

Podążając za kłębami logiki tych, którzy przyznają rację IKEI, należałoby uznać Biblię za mowę nienawiści (Sama historia moralizującej IKEI jest bardzo ciekawa. Jej Ingvar Kamprad przez lata był członkiem partii nazistowskiej w Szwecji. Firma zaś miała w NRD fabryki, w których darmowo pracowali więźniowie polityczni komunistycznego reżimu Honeckera).

Co wedle tych, którzy popierają wyrzucenie z IKEI pracownika, powinno stać się z nim dalej? Może wzorem paździerzowego giganta nikt już nienawistnika nie powinien zatrudnić, (bo niby dlaczego tylko u Szweda miałby nie móc siać nienawiści), a jeśli to zrobi, to należałoby go publicznie napiętnować, iż daje mu schronienie, a więc właściwie to nawet popiera mowę nienawiści?

Co z pozostałymi świadectwami wiary, historii, czy kultury? Czy wolno zacytować i w jakich okolicznościach choćby „Bagnet na broń”, czy też będzie to uznane za nawoływanie do przemocy: ‘Trzeba krwi…Za tę dłoń podniesioną na Polskę – kula w łeb”. Pamiętacie Państwo awantury jakie wybuchły po pojawieniu się na mundurach wojska, czy policji naszywek „Śmierć wrogom ojczyzny”?

Czy Mickiewicz ze swoją nienawiścią do ludzi starszych i „Odą do Młodości” powinien się ostać w naszej kulturze i świadomości, czy też należałoby go wstecz ocenzurować.

„Niechaj kogo wiek zamroczy

Chyląc ku ziemi poradlone czoło

Takie widzi świata koło

Jakie tępymi zakreśla oczy…”

 

Ten fragment jest jeszcze lepszy:

„Patrz na dół – kędy wieczna mgła zaciemia

Obszar gnuśności zalany odmętem;

To ziemia!

Patrz, jak nad jej wody trupie

Wzbił się jakiś płaz w skorupie..”

No proszę Państwa: emeryci jako płazy pływający w trupich wodach? W naszym postępująco postępowym świecie nie powinno być miejsca na taką powodowaną ageizmem (uprzedzenie wobec osób starszych) nienawiść.

To już nie są abstrakcyjne rozważania. One mają już wymiar praktyczny. W Missisipi z jednej z sieci kin wycofano całkowicie „Przeminęło z Wiatrem”, bo utrwala rasowe stereotypy. Jedna z najwybitniejszych powieści amerykańskich powieści XX wieku „Zabić Drozda” znalazła się na indeksie. O Wiliamie Faulknerze można właściwie zapomnieć (no może poza powieścią „Wściekłość i Wrzask”, bo tam są wątki zoofilskie).

Zastosowanie pały zwanej walką z mowa nienawiści ogranicza nie tylko sferę wolności indywidualnych, czy swobody wypowiedzi i niszczy kulturę, ale też wpływa na inne dziedziny życia.

Czy w Polsce będzie mógł jeszcze wykładać Brunon Hołyst jeden z najwybitniejszych na świecie wiktymologów – pionier tej dziedziny nauki w Polsce w badający co, jakie cechy, zachowania, okoliczności mogą sprawić, że ktoś staje się ofiarą przestępstwa. Bo wedle dzisiejszych standardów przestroga: Anżelika jak już się upiłaś, spódniczka kończy ci się wyżej niż nogi, a w zębach trzymasz swoje szpilki, to nie szwendaj się o 2 w nocy w okolicach Kanału Żerańskiego i nie proś napotkanego tam faceta o fajkę, albo żeby ci pomógł znaleźć w torebce zapalniczkę, staje się mową nienawiści w stosunku do kobiet. Tak już jest w Kanadzie.

Kiedy Trump wskazał na rządzone od dziesięcioleci przez Demokratów Baltimore panującej tam pladze (użył słowa „infestation”, które równie dobrze można by w tym kontekście przetłumaczyć jako „zaraza”) nędzy i przestępczości i porównał miasto do tych z Trzeciego Świata zarzucano mu wzniecanie nienawiści rasowej i porównywanie mieszkańców, z których większość jest czarnoskóra, do szczurów czy insektów.

Szwedzkie media cenzurują listy gończe, by nie utrwalać uprzedzeń na tle etnicznym. Jeśli dziś lekarz na Zachodzie powie opasłemu osobnikowi: człowieku nie jedz tyle, zmień tryb życia, bo skończysz jak Korybut Wiśniowiecki, to może być oskarżony o fatshaming. Nawet nie wiadomo jak to przetłumaczyć – zawstydzanie z powodu sadła? We Francji można trafić na dwa lata do więzienia za zniechęcanie do aborcji i mówienie o związanych z nią ryzykach i konsekwencjach dla samego organizmu, bo to też nienawiść do kobiety ze względu na wybór jakiego dokonuje.

W Polsce działamy według zasady Ctrl C – Ctrl V, czyli kopiuj wklej przenosząc wprost wzorce z Zachodu. To co jest tam, będzie tu, a ja opisuję to, jak inni nowinki technologiczne, w modzie, czy dietetyce (teraz avocado są be). I wedle wprowadzonej tam przedszkolnej zasady: proszę pani, a on to się przezywa. Każdy za wszystko może poczuć się obrażony i lecieć do owej przedszkolanki – wyższej instancji w postaci prokuratury, sądu, gazety ze skargą. Nie ma wątpliwości, że w powietrzu czasami latają słowa podłe i złe, ale czy w związku z tym należy zaprowadzać przepisy i kulturę cenzury, kontrolowania wypowiedzi, zaszczuwania, czy poddawania ostracyzmowi za to, że akurat nam się czyjaś mowa nienawiści nie podoba. W Polsce mamy szansę powstrzymać jeszcze szaleństwo walki z hate speech, a póki jeszcze możemy to sobie miotajmy obelgami i kalumniami.