Moje drzewo moja sprawa
Robert Gwiazdowski 23.02.2017

Wczoraj w papierowej „Rzepie” był mój felieton o wycinaniu drzew. Tutaj w poszerzonej nieco wersji uwzględniającej dyskusję jaka się przetoczyła na Twitterze po moim wpisie, że jak socjalistyczny rząd PiS pozwolił mi wyciąć moje własne drzewo z mojej własnej działki, to za skandal uznała to „liberalna” ponoć opozycja.

Czegóż to się nie dowiedziałem. Że mówienie „moje drzewo” to jak mówienie „moje dziecko” albo „mój pies” – czy też można z nimi zrobić co się chce? Albo, że drzewo może i moje, ale tlen to już wspólny, więc producent tlenu (czyli drzewo) też wspólny.

 Pan Jarosław Kaczyński – z naciskiem na Pan – najpierw powiedział samorządowcom, że PiS potrzebuje uczciwych fachowców, a chwilę później, że przepisy o wycince drzew będą zmienione, bo stał za zmianami „jakiś lobbing”. To drugie oświadczenie potwierdza prawdziwość pierwszego – PiS potrzebuje fachowców. Nie jestem tylko pewien, czy ono szczere było i czy kwintesencją „fachowości” nie jest aby umiejętność zmiany zdania wraz z panem Jarosławem Kaczyńskim.

Ja się jednak na „fachowca” nie nadaję, jeszcze z jednego powodu – jestem lobbystą. Ciągle lobbuję w swoim własnym, egoistycznym interesie, co zdaje się wyklucza „uczciwość”. Uczciwi nigdy nie lobbują we własnym interesie, bo nad swój przedkładają mój. No może nie do końca mój, bo wtedy ja bym już nie musiał lobbować w moim. Oni lobbują w interesie społecznym. Czyli niby po troszę też w moim. Ale tylko po troszę. Różnica między interesem moim i społecznym jest taka jak między sprawiedliwością a sprawiedliwością społeczną lub demokracją a demokracją socjalistyczną – czyli  jak między krzesłem, a krzesłem elektrycznym.

Ja, jako właściciel  działki, na której rośnie ponad sto drzew, w tym kilka ponad stuletnich dębów,  lobbuję za moim własnym prawem do ich wycięcia gdy będę miał taką potrzebę. Podkreślam – potrzebę. Bo przecież z przyjemności posługiwania się pilarką nie będą ich wycinał. Ale mogę sobie wyobrazić, że moje dzieci będą chciały pobudować się obok. I wtedy będę potrzebował użyć pilarki. Do tego momentu drzewa mogłyby rosnąć sobie w spokoju. Zwłaszcza, że moje dzieci mogą, nie daj Panie Boże, zostać ekologami i będą wolały mieszkać w wybetonowanym i cuchnącym spalinami mieście i robić sąsiadom awantury z powodu wycinania przez nich ich własnych drzew. Ale mając nadzieję, że taka wychowawcza porażka mnie nie spotka, zastanawiałem się czy nie ogołocić z drzew części działki już teraz na wszelki wypadek, dopóki jeszcze mogę. A mogę bo niektóre jeszcze nie urosły na tyle żebym nie mógł. Zanim jednak dzieci dorosną to i one wyrosną. Jak PiS zmienił ustawę i bym mógł, kiedy bym chciał, to bym nie musiał teraz. Ale jak Pan Jarosław Kaczyński zmienił zdanie to się musze pospieszyć. Przy okazji może jeszcze parę większych mogę dziabnąć – tak na wszelki wypadek.  Później będę musiał modlić się o burzę, która je połamie, albo o jakąś chorobę, która spowoduje, że same uschną albo, że wytnie je jakiś nieznany sprawca w nocy w celu przywłaszczenia drewna. Stratę drewna wówczas przeboleję. (Tu uwaga: drzewo rośnie, drewno jest ze ściętego drzewa). Oczywiście to żart, bo przecież jak ze stu wytnę dziesięć, nikt nie zauważy, a sąsiedzi nie doniosą, bo też nie zauważą, nawet jak usłyszą pilarkę, bo sami czasami wycinają, gdy wyciąć muszą.

Wprowadzanie jakichkolwiek ograniczeń – jak już mają być – niech będzie prerogatywą samorządów, bo rzeczywiście można dostrzec różnicę między działką na wsi, na której ma stanąć dom jednorodzinny, a działką w mieście, na której ma stanąć apartamentowiec. Nie rząd w Warszawie powinien o tym decydować lobbowany przez tych, którzy drzew żadnych sami nie mają, a mieszkają w blokach stojących w miejscach, gdzie kiedyś przecież rosły drzewa!

Póki co „liberalna” opozycja wywalczyła, że ja, zły, egoistycznie podchodzący do życia „neoliberał”, będę musiał zabiegać o zgodę na wycięcie mojego drzewa z mojej własnej działki, u „dobrych” urzędników, którzy mają mi jej udzielać kierując się troską o dobro wspólne. Tych samych, którzy wycinają „nasze” wspólne ponoć, drzewa z „naszej”, wspólnej ponoć  Puszczy Białowieskiej bez mojej zgody. A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że jak już Pan Jarosław Kaczyński się do swoich krytyków przyłączył i kazał znowu uczynić władcą mojego drzewa urzędnika, to wcale nie zebrał pochwał od swoich krytyków. Więc może jednak nie warto było?