Myliłem się!
Łukasz Warzecha 01.04.2019

Myliłem się i nie jest przypadkiem, że wyznaję swoją winę właśnie dzisiaj i właśnie tutaj, na blogu Warsaw Enterprise Institute, czyli na stronie instytucji, która opowiada się po stronie bezdusznego wyzysku. Tak – bo tym właśnie jest liberalizm.

 

Doznałem w tej sprawie nagłego olśnienia, gdy robiłem dziś zakupy w jednym z dyskontów. Mijał mnie w alejce pracownik sklepu, ciągnący ciężki wózek widłowy, a przecież wczoraj ten biedny człowiek być może też musiał pracować, bo jeszcze nie wszystkie niedziele ma wolne. To było jak cios z nieba. Grzecznie zszedłem z drogi, podszedłem do kasy z zakupami, podałem kasjerce rękę po czym zaproponowałem, że w geście solidarności z ludźmi pracy przejmę jej obowiązki na pół godziny. Trochę się ociągała, chyba miała obawę, czy nie wezmę czegoś z kasy, ale w końcu mnie wpuściła. Podliczyłem własne zakupy, a potem, wsłuchany w monotonne pikanie skanera, przesuwałem nad czytnikiem zakupy kolejnych klientów, myśląc o wszystkich tych ludziach, którzy zrozumieli, gdzie leży ekonomiczna prawda: Marks, Engels, Lenin, Keynes, Piketty, Woś, Zandberg, Morawiecki… Co tu dużo mówić – było mi wstyd za moje dotychczasowe poglądy i całą publicystyczną działalność.

Zastanawiam się teraz, gdy już zszedłem z kasy, jak mógłbym nadrobić stracony czas i odpokutować. Przede wszystkim wydaje mi się, że powinienem pokazać, iż nie uciekam od ciężkiej pracy, a nie zajmuję się tylko jakimś tam pykaniem w klawiaturkę. Poszukam może roboty w kopalni, może trochę jeszcze porobię na kasie, w ostateczności zrobię prawo jazdy na autobus. Bardzo liczę na to, że w tej ciężkiej zawodowej podróży będą mi towarzyszyć, cobym nie czuł się samotny, sojusznicy dla moich nowo nabytych poglądów: Rafał Woś i Adrian Zandberg. Przynajmniej oni. Będę się czuł mniej nieswojo.

Druga sprawa to podatki. One są zdecydowanie za niskie. Zresztą w ogóle myślę, że koszmarną niesprawiedliwością jest ogromna rozpiętość dochodów i że tutaj rząd miałby jeszcze dużo do powiedzenia. Skoro, jak mówił pan premier jeszcze jako wicepremier, pięć tysięcy to już bogactwo, to może dałoby się jakoś tak ukształtować skalę podatkową, żeby nikt dużo więcej nie zarabiał? A z kolei jeśli ktoś zarabia mniej, to żeby mu dopłacić. Na pewno się da.

A przedsiębiorcy, których pewnie będą bronić jacyś tam Kaźmierczak z Wróblewskim i Gwiazdowskim na dokładkę? Furda z nimi – jak ktoś sobie nie poradzi, to widocznie nie zasługuje, żeby być przedsiębiorcą w prawdziwie równym i sprawiedliwym społeczeństwie. W każdym razie ja sam tak się opodatkuję, żeby nigdy nie mieć więcej niż dwa tysiące – w ramach pokuty. Resztę dobrowolnie będę wpłacał fiskusowi. I tu także liczę, że wspomogą mnie Woś z Zandbergiem, żebym nie szedł tą wąską i ciemną ścieżką samotnie.

Następnym krokiem musi być rozszerzenie zakazu pracy w niedziele na kolejne branże. I tu chciałbym też przy okazji przeprosić gorąco pana Piotra Dudę za wszystkie moje złośliwości pod jego adresem, sugerowanie, że od dawna ani jednego dnia nie przepracował uczciwie i podobne bzdury. Gdy pomyślę o harówce, jaką przewodniczący „Solidarności” ma na co dzień, wzruszenie ściska mi gardło. Podpisywanie dokumentów, stawanie obok pana prezydenta na trybunie, chodzenie na oficjalne rauty i uroczystości, a więc nieregularne i niekoniecznie zdrowe jedzenie, o twardych negocjacjach z rządem PiS nie mówiąc, które na pewno bardzo szarpią nerwy. Trzeba być prawdziwym tytanem i przyjacielem ludzi pracy, żeby tak potrafić. Ileż to wymaga samozaparcia! I jakie szczęście ma „Solidarność”, że ma takiego przewodniczącego! Chylę czoła i w najbliższym czasie zamierzam napisać na cześć pana przewodniczącego obszerny dytyramb szesnastozgłoskowcem. Chciałbym także – oczywiście o ile pan Duda się zgodzi – zapisać się do związku jako szeregowy działacz i jakoś pomóc. Jakiś strajk zorganizować czy coś.

Gdy zaś idzie o pracę w niedzielę, bądźmy pragmatyczni: w jakimś zakresie muszą pracować szpitale czy policja, choć tylko w niezbędnym. Wszak nawet z atakiem wyrostka robaczkowego można w wielu przypadkach poczekać do poniedziałku, a jeśli się komuś włamią do domu, to i tak jest już po sprawie i nie ma żadnego powodu, żeby się panowie policjanci fatygowali w niedzielę. O stacjach benzynowych nie mówię – są samoobsługowe dystrybutory, a poza tym podróż można sobie zaplanować tak, żeby nie tankować w weekend.

Dziś, w trakcie zakupów w dyskoncie, naszła mnie też myśl, jak inaczej mogłoby to wszystko wyglądać, gdyby istniał państwowy koncern, zrzeszający wszystkie dyskonty. Poza nim mogłyby dalej funkcjonować mniejsze prywatne sklepiki polskich przedsiębiorców, ale narodowy koncern ustalałby ceny na tyle wysokie, żeby ludzie zawsze kupowali w tych mniejszych. Genialne, prawda? Co prawda koncern nie mógłby wtedy być dochodowy, ale w końcu nie można wszystkiego przeliczać na pieniądze. Zwłaszcza ludzkiej godności. To plus zakaz pracy w niedzielę (prócz, oczywiście, sklepów, gdzie właściciel staje za ladą) i mamy wielkie odrodzenie drobnych polskich placówek handlowych – prawda?

Jest zresztą wiele dziedzin, w których należałoby zastąpić prywatne państwowym. Pisałem o tym wielokrotnie w tonie prześmiewczym – na przykład o narodowej korporacji taksówkowej – a przecież teraz widzę, że to wspaniałe pomysły, których dotąd nie doceniałem.

Tak, proszę państwa, liberalizm leży i kwiczy – jak powiedział niedawno na jednym ze spotkań w Świetlicy Wolności Rafał Woś. Może nie użył takich słów, ale sens był mniej więcej taki. Woś powiedział wówczas, że współczuje zebranym na spotkaniu liberałom, bo ich idee są w odwrocie.

Rafale! – zwracam się do mojego kolegi i od teraz towarzysza w walce o sprawiedliwość społeczną. Pojąłem, że masz rację. Wyrzekam się Hayeka, von Misesa, Friedmana i Bastiata, składam publiczną samokrytykę i liczę, że przyjmiecie mnie – wy, walczący o dobro ludzkości – do swojego grona. Może być ze mnie dużo pożytku, bo przecież neofici są najgorliwsi!

 

P.S. Moich P.T. Czytelników pragnę powiadomić, iż opuszczam swoją redakcję, czyli tygodnik „Do Rzeczy”, i zaczynam pracę w „Tygodniku Solidarność”.