Na kogo głosowali Tokarczuk, Sienkiewicz i Mickiewicz
Dariusz Matuszak 13.10.2019

Kiedy ogłaszano nazwiska laureatów Nagrody Nobla w literaturze, informacją dnia w Polsce stało się to, kogo popiera Olga Tokarczuk i czy „reprezentuję postawę antypolską”, czy też bynajmniej. O samych książkach gadać co nie ma, bo mało kto je czytał i wcale nie są tak ważne jak październikowe wybory. Przyznam się, że sam podchodziłem do dwóch tytułów „Prawiek i inne czasy” oraz „Bieguni” ale porzucałem, bo nie zaiskrzyło. Ot, może nie ten czas, nie ta wrażliwość, może akurat miałem smak na coś innego. Tak, czy owak o jej pisarstwie, niewątpliwie doniosłym, mówił nie będę, bo uprawnień do tego nie zdobyłem.

 

Jeśli jednak ktoś myśli, że w ogóle wypowiadać się nie mogę, to jest w tak zwanym mylnym błędzie, bo w to wielkie święto polskiej literatury wcale nie chodzi o to, by o niej rozmawiać, tylko o to, że Noblistka Olga Dama nie zagłosowała na PiS, więc nagroda jest wspaniała, albo też raczej przeciwnie – laur nic nie znaczy, bo Tokarczuk jest AntyPolką.

Z literackim Noblem, podobnie jak pokojowym, rzeczywiście jest kłopot. Sam fakt, że laureatem tej ostatniej za to, że nic nie zrobił tylko był, został Obama, a teraz rozważało się kandydaturę niezrównoważonego dziewczęcia, sprawia, że przestaje się ją traktować poważnie i uznaje za rodzaj orderu z premią finansową, które wręczana jest idolom politpoprawności. (Właśnie przypomniałem sobie, że ja też dostałem 1/500-milionową część tej nagrody, jako obywatel Unii Europejskiej, która też została uhonorowana. Skubnęli mnie tylko na pieniądzach, bo czeku na moją część miliona dolarów mi nie przysłali).

Nie ma wątpliwości, że większą szansę na nagrodę w literaturze mają pisarze jasno deklarujący lewicowe poglądy. Czasami idzie to w parze z wielką twórczością, jak choćby w przypadku Portugalczyka Jose Saramago, który był zapiekłym komunistą. Czasami jest tak, jak w przypadku Włocha Dario Fo – mieszanki błazna i Coehlo dla egzaltowanych lewaków, czy rozhisteryzowanej, neurotycznej Elfriedy Jelinek, która w spazmach miota się na kozetce u setek krytyków literackich zajmujących się psychoanalizą – kompletna pomyłka. Do Panteonu Pisarzy Światowych, w przeciwieństwie do Saramago nie wejdą, podobnie jak dawno już zapomniany chilijski poeta Pablo Neruda, też komunista.

No weźmy choćby na warsztat taki oto fragment jego sonetu miłosnego

Moja brzydka, jesteś rozczochranym kasztanem
moja piękna, jesteś śliczna jak wiatr
moja brzydka, z twoich ust można zrobić dwoje
moja piękna, twoje pocałunki są jak świeże arbuzy

Może to kwestia tłumaczenia, ale ja bym na romantycznej schadzce ukochanej do uszka nie wyszeptał kawałka o rozczochranym kasztanie, albo międzyżebrowej melancholii.

Na coraz gorszą reputację nagrody literackiej wpływ ma też skandal, w którym od kilku lat tapla się Szwedzka Akademia decydująca o wyborze. W ubiegłym roku po rezygnacji 8 z 18 jej członków, nie była w stanie wskazać laureata. W tym roku więc hurtowo wybrano dwoje – naszą Olgę Tokarczuk i Petera Handke. Nagrodzenie tego ostatniego wzbudziło wściekłość w Albanii, Kosowie i Bośni, bo to apologeta Slobodana Miloszevicia – „rzeźnika Bałkanów”.

Nigdy nie myślałem, że będzie mi się chciało wymiotować z powodu przyznania Nagrody Nobla, ale bezwstydność staje się normalną częścią świata, w którym żyjemy. Po haniebnym wyborze dokonanym przez taki moralny autorytet, jakim jest Akademia Noblowska, wstyd zostaje przypieczętowany jako nowa wartość. Nie możemy stać tak otępiali wobec rasizmu i ludobójstwataki komentarz na Twitterze dał premier Albanii. Handke publicznie wpierał tych, którzy dla mieszkańców znacznej części mieszkańców Bałkanów są ludobójcami.

Znacznie bardziej banalny był skandal, który dotknął samą Akademię. Otóż Jean-Claude Arnault, francuski fotografik, a zwłaszcza mąż sekretarz Akademii, Kateriny Fosterson miał zgwałcić kilka kobiet, za co ściga go szwedzka prokuratura. Przy okazji okazało się, że dorabiał na boku donosząc mediom o obradach Akademii, puszczając przecieki na temat faworytów i tego kto został laureatem.

Ale, ale – nie po to żeśmy się tu zebrali, by dyskutować o francuskim zboczeńcu lowelasie, czy literaturze, tylko o polityce, bo wybory 13 października były znacznie ważniejsze niż jakiś tam Nobel. Widać to we wszystkich polskich stacjach telewizyjnych. Programy o książkach, owszem znajdują swoją jakąś niszę, dla maniaków, ale pasjonujących produkcji jak choćby w stacjach francuskich, czy rosyjskich, gdzie goście w trakcie dyskusji o literaturze, czy sztuce potrafią się niemal pobić próżno szukać. U nas znacznie ważniejsze jest to, co ma do powiedzenia jakiś kompletny przygłup z tej, czy innej partii. Właściwie jedyną grupą medialna, która dba o polską literaturę jest Agora. Gdzie indziej redaktorzy potrafią co najwyżej snuć żenujące ględy o tym dlaczego Polacy tak mało czytają.

Po otrzymani jakiegoś tam Nobla najważniejsze było na kogo Olga Tokarczuk zagłosuje, albo raczej na kogo na pewno głosu nie odda, czyli na PiS. Kto był zaszczycony jej wyborem – pewnie KO, albo SLD i być może nawet jego tęczowy odłam. W PiS zapewne wielu się raduje, że nie żyje dwójka naszych ostatnich wspaniałych laureatów – Wisława Szymborska i Czesław Miłosz. Komentowaliby nagrodę dla Pani Olgi i agitowali za KO. Za kim agitował noblista Lech Wałęsa tego nie wie nawet sam noblista Lech Wałęsa.

Postanowiłem się trochę pobawić i posnuć rozważania na temat tego za kim opowiedzieliby się pozostali najwięksi naszej literatury. Te moje mniemania mogą być uznane za zupełnie bez sensu, no bo skąd niby miałbym wiedzieć jak zagłosowałby np. Rej. Na wszelki wypadek zastrzegam, że nie wiem, a do jego potomka, który był amerykańskim ambasadorem w Polsce, dzwonić mi się nie chce, ale porozważać sobie mogę.

Reymont zagłosowałby na PSL. I to nie tylko dlatego, że napisał „Chłopów”, ale też dlatego, że lubił uderzyć w gaz. Tu mogłoby być widoczne szczególnie głębokie pobratymstwo z ludowcami, a zwłaszcza ich kukizowskim odłamem. W maju 1925 roku zapisał się do PSL Piast a 3 miesiące później wystąpił nawet w obecności premiera Witosa na ich zlocie w Wierzchosławicach. To było za dużo nawet jak na tak zaprawionego w bojach pisarza. Wiele przeżył, nawet katastrofę kolejową, ale wiecu ludowców już nie. Prosto z Wierzchosławic przewieziono go do szpitala w Krakowie. Do zdrowia już nie wrócił i zmarł kilka miesięcy później.

W przypadku Sienkiewicza miałbym poważne wahania. Z jednej strony być może zagłosowałby na swego potomka Bartłomieja, z drugiej nie bardzo go sobie wyobrażam jako zwolennika warcholstwa obecnej opozycji. Bliski mu był rozmach i fantazja wspaniałej sarmackiej Rzeczpospolitej, nawet z jej wadami, które doprowadziły do jej upadku. Siermiężność, paździerzowość PiS mogłyby więc budzić głęboką, estetyczną niechęć. Ale znów i KO z tym swoim wiecznym zrzędzeniem, potępianiem całej naszej historii, wszystkich tradycji, z tym ciągłym odbrązawianiem i biczowaniem się po plecach ludu, mogłaby mu wydać się obmierzła. Sienkiewicz wybrałby Konfederacją.

Za to taki Prus z pewnością oddałby głos na PO. Po burzliwej i brawurowej młodości zupełnie skapcaniał. Nawet z Warszawy prawie nie wyjeżdżał. Głównie do „spa” w Nałęczowie. Park, spacer, ławeczka, kawusia i piękne, ale nudne książki i długie felietony dla mało temperamentnych staruszków. No i ta jego działalność społeczna – towarzystwa, stowarzyszenia, biblioteki i jeżdżenie rowerem. Zdecydowanie PO.

Podobnie Żeromski – nudny specjalista od odbrązawiania naszej historii, pisania o beznadziei i porażkach. Jego poglądy były eklektyczne, ale ze swoja działalnością spółdzielczą, przekonaniem o prometejskim posłannictwie inteligencji nauczającej i organizującej życie społeczne, a także ze swoja pogardą wobec ludu byłby znakomitym nabytkiem dla PO, czy SLD.

Wątpliwości nie mam też w przypadku naszych narodowych wieszczów, którzy jako nacjonalistyczni już niedługo w imię postępu oraz wartości europejskich zostaną potępieni i zapomniani. Krasiński z pewnością zagłosowałby na Konfederację. Jako jeden z nielicznych już 170 lat temu widział zło jakie niesie ze sobą socjalizm. Z odrazą pisał o „czerwonościach wszelkiego gatunku”. Wszelkie rewolucje widział jako krwawe zrywy, które prowadzą tylko do zastąpienia jednych elit kolejnymi, jeszcze gorszymi. Przyznać należy, że miał zdolności profetyczne. Nie był demokratą, bo uważał, że równości i wolności nie da się pogodzić ze szczęściem.

Choć Słowacki lubił się nawalić narkotykami, to jednak KO na jego głos też nie mogłaby liczyć. Ten jego mistycyzm, bełkotliwość, pogarda dla materialistycznej wizji świata pozwalają mi przypuszczać, że wybrałby PIS. Pisał po sobie jako o „robotniku bożym”. Nic dziwnego, że uwielbiał go Piłsudski, ale też „Krwawy Feliks” Dzierżyński.

Na Mickiewicza KO również nie ma co liczyć. Gdyby umarł na suchoty w czasie studiów w Wilnie, albo chociaż na krymskich stepach i znalibyśmy go tylko z okresu młodości, to może i wsparłby Kidawę Błońską i Sienkiewicza Bartłomieja, ale pod koniec życia całkowicie odleciał. Zupełnie jak Słowacki. I jednego i drugiego Towiański przekonałby do PIS. Co prawda Mickiewicz wyrwał się z objęć tego litewskiego szlachcica, ale do równowagi umysłowej już nie wrócił.

Norwid nie zagłosowałby na nikogo. Odwróciłby się z pogardą.