Nadmorska pułapka dwumiesięcznej tandety
Łukasz Warzecha 14.08.2019

Ilekroć spędzam czas nad polskim morzem, tylekroć uderza mnie, jak interesującym zjawiskiem ekonomicznym jest nadmorska gospodarka turystyczna. Poza paroma punktami, na całym polskim wybrzeżu wygląda to tak samo: przemysł turystyczny nastawiony na maksymalny zysk przez zaledwie dwa miesiące w roku i kompletny marazm przez pozostałych dziesięć – ze wszystkimi tego konsekwencjami.

 

To specyfika wybrzeża. Turystyka w górach funkcjonuje – w różnych oczywiście wymiarach – przez cały rok. Latem są klasyczni wczasowicze, zimą – spędzający ferie i amatorzy górskich sportów, jesienią – studenci i lubiący chodzić po szlakach w spokoju, wiosną tak samo. Obłożenie nie jest, rzecz jasna, identyczne we wszystkich tych okresach, ale czy się jedzie w Tatry czy w Beskidy, o każdej porze roku ma się do dyspozycji działającą infrastrukturę turystyczną. Wyciągi, kolejki górskie, schroniska, restauracje działają i latem, i zimą. Również nad jeziorami sezon trwa dłużej niż dwa wakacyjne miesiące. O specyficznych miejscach jak Kazimierz nad Wisłą nie ma co pisać.

Wybrzeże natomiast od lat odmawia rozszerzenia oferty poza lipiec i sierpień. Bywałem nad morzem w maju i czerwcu, bywałem we wrześniu i październiku. Wygląda to wręcz komicznie: ostatniego dnia sierpnia przyjeżdżają ciężarówki, które zwijają tymczasowe bankomaty. Zamyka się 90 procent restauracji, trudno nawet znaleźć miejsce, gdzie dałoby się wypić kawę. Znikają sklepiki spożywcze, zamykają się i te atrakcje, które mają bardziej permanentną infrastrukturę.

To nie wynika w żaden sposób z warunków pogodowych. Nad morzem bywa paskudnie latem, a bardzo pięknie wiosną czy jesienią. Ba, jest tam pięknie również zimą, a widoku skutego lodem przy brzegu Bałtyku nie da się z niczym porównać. Tyle że mało osób go zaznało, bo niełatwo nawet o kwaterę. Więc o co chodzi?

Nie znam studium, które zgłębiałoby to zjawisko, a chętnie bym takie przeczytał. Z rozmów z przedsiębiorcami, prowadzącymi interesy nad morzem, wynika, że mamy tu do czynienia ze swego rodzaju błędnym kołem: ruch turystyczny zamiera po sierpniu, więc nie opłaca się utrzymywać interesów, a zamiera, bo interesy się zwijają. To błędne koło mogłaby przełamać chyba jedynie samorządowa myśl strategiczna, której śladu nie widać.

Wyobraźmy sobie jednak, że grupa nadmorskich gmin – bo pojedyncza gmina to byłoby zapewne za mało – zaczyna intensywną akcję promocyjną pod hasłem „Nad morzem jest pięknie przez cały rok”. Musiałoby to oczywiście oznaczać konkretne zachęty i ułatwienia dla przedsiębiorców, którzy zechcieliby ruch turystyczny obsługiwać przez dwanaście miesięcy, w ramach tych możliwości, jakie posiada samorząd. Co by to dało?

Mogę tylko przypuszczać, ale z zamiany choćby części biznesów sezonowych na całoroczne region odniósłby kilka korzyści.

Po pierwsze – to praca dla miejscowych. W tej chwili pracownicy sezonowi są właściwie wyłącznie spoza miejscowości, gdzie działają biznesy. Jest w tej liczbie wielu Ukraińców.

Po drugie – równomierny napływ podatków miejscowych.

Po trzecie – gwarancja, że turystyczny potencjał miejscowości zostanie poszerzony, rozbudowany i będzie miał trwalszy charakter.

Po czwarte – na co wielokrotnie zwracałem uwagę, ale co wydaje się całkowicie obojętne nadmorskim samorządowcom – to choćby częściowa zmiana charakteru atrakcji, jakimi przyciągają turystów. Dziś, choć wszystko rozgrywa się oczywiście w ramach gry rynkowej popytu i podaży, mamy do czynienia ze swego rodzaju patologią: masowy zalew najgorszego gatunku tandety przy absurdalnie wywindowanych cenach, bo to, co normalny biznes ugrywa w czasie roku, tu trzeba ugrać w ciągu dwóch miesięcy.

Od niskiej jakości usług i towarów nie jest wolne żadne turystyczne miejsce. Ale nawet w tak standeciałym ośrodku turystycznym jak Zakopane widać wyraźnie przewagę, jaką daje całoroczny biznes nad dwumiesięcznym – marki takie jak Teatr im. Witkacego, Krupówki, Muzeum Władysława Hasiora nie kojarzą się z wakacyjną tandetą, ale z ofertą na cały rok. Polskie wybrzeże, poza może Trójmiastem – przeciwnie, kojarzy się niemal wyłącznie z wakacyjnym tandeciarstwem.

Traci na tym zresztą cały region w sensie kulturowym. Polskie wybrzeże ma przebogatą i fascynującą historię, polsko-niemiecko-prusko-kaszubsko-hanzeatycką. Ale to dziedzictwo ginie kompletnie, przygniecione stojącymi przez dwa miesiące kramami z chińszczyzną, barami z kebabem, wypożyczalniami gokartów na pedały i, ostatnio, elektrycznych skuterków, stołami do cymbergaja i stu innymi emanacjami megatandety.

Nie sugeruję tu oczywiście żadnych zakazów. Dziwię się jedynie samorządowcom, że nie starają się – lub przynajmniej tego nie widać – zaradzić temu, że ich gminy mają dla turystów ofertę ograniczoną do dwóch miesięcy, a kojarzą się już niemal wyłącznie z trwającym od czasów pamiętnego wpisu Agaty Młynarskiej sporem między tymi, którym nie podoba się styl spędzania urlopu przez „zwykłych Polaków” oraz tymi, którzy bronią prawa prostego ludu do bycia prostym ludem.

Być może nie dostrzegam tu jakichś ważnych i decydujących uwarunkowań. Może nie rozumiem mechanizmu, którym nadmorskie gminy więzi od lat w pułapce kosmicznej tandety. To prawdopodobne. Wiem jedno: to wołające o pomstę do nieba marnowanie potencjału.