Najem na uwięzi, czyli Ockham w odwrocie
Jerzy Wysocki 05.10.2020

Najem krótkoterminowy dla turystów i pracowników delegowanych stał się hitem w wielkich miastach. Najemca płaci mniej niż za pokój w hotelu, zyskuje większą powierzchnię, kuchnię i – co dla niektórych ważne – poczucie intymności. Osoba wynajmująca w takim trybie swoje mieszkanie uzyskuje miesięczny dochód dużo większy niż przy tradycyjnym najmie długoterminowym, gdzie przyjęły się umowy roczne. A więc klasyczne win-win.

 

Oczywiście w tej sytuacji rynkowej tracą hotelarze i to być może ich lobby skierowało sprawę do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE). Ten zaś orzekł, że państwa członkowskie mogą najem na doby ograniczyć zezwoleniami, np. poprzez wprowadzenie licencji. Takie ograniczenia już teraz istnieją. Władze Paryża ukarały dwójkę właścicieli kilku kawalerek łączną karą 40 tysięcy euro. Przekroczyli bowiem dozwolony maksymalny okres najmu w mieście, czyli 120 dni w roku. Ograniczenia dotyczące np. liczby dni w miesiącu wprowadził też Londyn, Berlin, Amsterdam i Barcelona.

Co prawda rządzący w Polsce gdzieś mają wyroki TSUE w kwestiach o wiele poważniejszych, jednak znając zamiłowanie Zjednoczonej Prawicy do regulowania wszystkiego, co się da, orzeczenie TSUE zapewne popchnie decydentów w tę stronę. Ministerstwo Rozwoju już wcześniej informowało o planach powołania centralnego rejestru obiektów noclegowych. Po co? No właśnie by kontrolować, regulować, karać, czyli psuć rynek.

Z okazji wyroku TSUE pojawiło się sporo publikacji z wypowiedziami tzw. ekspertów, tudzież analityków rynku nieruchomości, czyli ludzi z nadmiaru wolnego od pracy czasu wygłaszających banały albo nietrafne prognozy. Najczęściej są oni zwolennikami ograniczeń, ewidencji i licencji. Być może mają w tym jakiś nieznany jeszcze finansowy interes. Argumentów za to nie mają, a raczej mają chybione. Zbyt duża ilość mieszkań na doby powoduje wzrost cen najmu długoterminowego. Prawda, ale co z tego? Poza tym to impuls dla budownictwa mieszkaniowego, a więc do rozwoju. W turystycznych centrach miast jest coraz mniej mieszkańców, mieszkania są dla turystów. Prawda, ale co w tym dziwnego?

Na użytek tego tekstu, poszukajmy lepszych argumentów za ograniczeniami. Jedno jest pewne, wszelkich regulacji, o ile miałyby być, winny dokonywać władze lokalne, a nie centralne. I to na najniższym poziomie, czyli dzielnicy. To wybrani przez mieszkańców przedstawiciele mają wiedzieć, co jest i dla kogo jest korzystne. Jeśli nie wiedzą, pożegnają się z posadami radnych.

Jakąś rolę widzę też dla wspólnot mieszkaniowych. Kolega ma mieszkanie w ścisłym centrum Warszawy. Skarży się, że co noc w mieszkaniu obok głośna impreza. Czym później, tym głośniej. To klasyczne mieszkanie do wynajmu na doby. Nie wiele mu mogłem pomóc, sam 3 lata walczyłem z balangownią pod przykrywką firmy szkoleniowej. W tym miejscu z pomocą przyszła mi wspólnota. Na zebraniu mieszkańców przeszła uchwała, że jeśli lokal nie jest użytkowany zgodnie z przeznaczeniem, właściciel płaci trzykrotność czynszu administracyjnego.

A więc przypomnę coraz bardziej zapomnianą zasadę zwaną brzytwą Ockhama, która głosi, że nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę. Jak ktoś nie załapał (to uwaga do rządowych regulatorów), to powiem prościej: chodzi zasadę pomocniczości. Tak więc, każdy szczebel władzy powinien realizować tylko te zadania, które nie mogą być skutecznie zrealizowane przez szczebel niższy.