Nasze codzienne fantasmagorie
Tomasz Wróblewski 15.02.2016

Może być i tak, że banki podniosą się z ostatniej zapaści i unikniemy kolejnej hekatomby finansowej. Wiele dobrych rzeczy może się przydarzyć. Flotylla NATO może pokonać armię pontonów z uchodźcami na Morzu Egejskim i kolejny milion czy dwa nie zasiedli Europy.

Może się zdarzyć, że uchodźcy, którzy już się przedarli i dwa miesiące temu gwałcili Niemki i Szwedki, wezmą sobie do serca nauki z kulturoznawstwa, przestaną poniżać kobiety i afiszować się ze swoją religią, chyba że przejdą na LGBT. Może też być i tak, że te zadziorne arabskie chłopaki ukończą zawodówki i wypełnią trzymilionową próżnię na niemieckim rynku pracy. Nowi ślusarze, mechanicy i specjaliści od obróbki skrawaniem wzmocnią niemiecki rynek wewnętrzny. Ten z kolei wchłonie moce produkcyjne Włoch, Hiszpanii, Grecji i całej Europy Środkowej, a rozpędzony obrót handlowy zastąpi unijne maszyny drukarskie wypuszczające miesiąc w miesiąc 60 mld euro bez pokrycia w realnej gospodarce.

Wszystko może się jeszcze zdarzyć. Odzyskana konkurencyjność Starego Kontynentu spowoduje, że Wielka Brytania zaniecha referendum, a nowe, przyjazne i twórcze oblicze multikulti oczaruje wyborców, którzy odwrócą się od francuskich nacjonalistów i pogonią hiszpańskich neokomunistów. Komisja Europejska przejrzy na oczy. Pozbędzie się lobbystów i korupcjogennych wpływów globalnych korporacji. Powrócą rządy integracji zrównoważonej narodowym interesem i twardych postaw względem politycznych intruzów od Rosji po Chiny.

Wszystko może się zdarzyć. Tak jak los może kiedyś nam zapewni wygraną na loterii. W co równie trudno uwierzyć, jak w to, że to los tak konsekwentnie od blisko dziesięciu lat wszystkie unijne plany wywraca na opak. Wspólna waluta zamiast integrować okazała się przyczyną kolejnych kryzysów. Postępująca integracja praw i omnipotencja dyrektyw zamiast nas zbliżyć do siebie odkopała stare podziały i animozje narodowe. Regulacje rynkowe zamiast wzmocnić potencjał gospodarczy Europy zabiły w nas konkurencyjność i zniszczyły innowacyjność. Próby odgórnego narzucania standardów poprawności kulturowej ze wszystkimi swoimi emanacjami genderyzmu i antyreligijności wpędziły Europę w kryzys tożsamości, rodziny i demografii. Politycznie poprawny język i fałszywa troska o uczucia słabszych doprowadziły nas do absurdów urągających wartościom, którym Europa niegdyś hołdowała.

Kuratorzy w Danii i Holandii, państwach na co dzień głoszących poszanowanie wiary i przekonań, radzą nauczycielom unikać na lekcjach tematyki Holocaustu, żeby nie drażnić muzułmańskich dzieci. Politycy, którzy tak pięknie mówią o moralnych fundamentach Europy, siadają do stołu z afrykańskimi gangsterami i oferują im pieniądze za trzymanie siłą uchodźców. Merkel jedzie do Stambułu i targuje się, ile za głowę Syryjczyka czy Afgańczyka pozostającego w obozie tureckim. Ci sami politycy, którzy gotowi są nakładać sankcje na Polskę za jej demokratyczne niedostatki, apelują o wygaszanie sankcji nałożonych na Rosję. A dziś ślą marynarkę wojenną na Morze Śródziemne, żeby co? Strzelać do szalup ratowniczych. A co jeżeli niemieccy czy włoscy marynarze odmówią użycia siły?

Skrajna prawica w Holandii czy Szwecji, systematycznie poprawiająca swoje notowania, to nie przypadek. Tak jak francuscy nacjonaliści liczący na 40 proc. głosów w kolejnych wyborach albo brytyjscy konserwatyści przerażeni pogrążaniem się europejskiej gospodarki i opowiadający się za Brexitem. Przypadkiem nie była też przemiana polityczna w Polsce. Naiwnością jest raczej wiara, że Europa, jak tylko otrząśnie się z kolejnego kryzysu, to dalej będzie brnąć w fantasmagorie inżynierii społecznej i ostatecznie przeobrazi się w lud wolny od emocji narodowych, a cały swój patriotyzm przeleje na klasę mianowanych urzędników. Oczywiście wszystko może się zdarzyć, ale czy ktoś poważnie w to jeszcze wierzy?

Felieton ukazał się w najnowszym wydaniu tygodnika “Wprost”

Fot. Graham Holliday/ na lic. Creative Commons/ flickr.com