Państwo i Prawo
Natarcie Służącej Ludziom Unii Europejskiego Stylu Życia na Miarę Ery Cyfrowej i Silniejszej Pozycji w Świecie
Dariusz Matuszak 15.01.2021

To był widok jak z mokrego snu eurokratów. Tysiące ciężarówek na parkingach, autostradzie i drogach wokół Dover czekających na przeprawę przez Kanał Angielski, czy też La Manche jak zwą go Francuzi i reszta Europejczyków. Zablokowany tunel, niekursujące pociągi Eurostar, korki ciągnące się kilometrami. Tysiące kierowców kręcących się bezładnie, chcących wydostać się z Wysp i zdążyć na święta do domów w całej Europie. Wśród nich, gdzieniegdzie jakieś służby sanitarne próbujące przeprowadzać testy i posterunki niemieckiego potentata na rynku przenośnych szaletów Toi Toia. W całej Europie płacz i złość. Czy aby rodziny będą razem na święta? Czy trzeba będzie koczować na parkingu w Dover przy gazowej kuchence? Wszystko przez to, że Francja zamknęła granice, bo w Wielkiej Brytanii wykryto nową mutację koronawirusa. Wcześniej na wyprzódki poszczególne państwa zaczęły odwoływać loty z Wysp i zamykać się przed tym, którzy z nich przyjeżdżają.

 

Chaos po brytyjskiej stronie granicy śnił się niegdyś eurokratom, przeciwnikom Brexitu, tym na Wyspach jak i w Brukseli. O tym marzyli rozsnuwając apokaliptyczne wizje w ramach Projektu Fear. Chaos, anarchia, niepewność, powodzie, dymy pożarów i smród ze smażalni fish and chips ogarną Wyspy pierwszego dnia po opuszczeniu brukselskiej wspólnoty. No i się zrealizowało. Co prawda na kilka dni wcześniej i to tuż przed wynegocjowaniem umowy pomiędzy Wielką Brytanią a Unią Europejska, ale wizje proroków zasadniczo się spełniły. Tyle że nie z powodu Brexitu, a z powodu działania państwa, które akurat leży po drugiej stronie kanału, i które teraz ma ambicje konkurowania z Niemcami w układaniu europejskiego porządku. Decyzja jednej administracji, jednego rządu wywołała gigantyczny chaos nie tylko na granicy Wielkiej Brytanii i Francji, ale wśród przewoźników w całej Europie. I gdzie wtedy była Unia? A tam, gdzie zawsze, gdy coś się dzieje, gdy gdzieś się dymi, potrzeba szybkich skoordynowanych działań. Była nigdzie. Tak było na początku pandemii, gdy Unia nie potrafiła skoordynować działań państw, które szybko, w chaosie zamykały swe granice, tak jest i teraz po 10 miesiącach koronawirusa i doświadczeniach zbieranych przez ten czas. Niczego się nie nauczono. W ramach wspólnoty każdy działa sam. A dlaczego? Bo rządy państw mają poczucie obowiązku wobec własnych obywateli i doskonale też wiedzą, że na żadną Unię, wspólnotowość, solidarność w cięższych czasach liczyć nie można. Zanim się Unia zbierze, zanim w łeb podrapie, to w Wąchocku kury zdążą się ocielić, a jałówki okocić. Przez 10 pandemicznych miesięcy Unia nie wypracowała żadnych procedur pozwalających na przeprowadzenie skoordynowanej akcji, na wypadek ewentualnego wybuchu jakiegoś wielkiego ogniska wirusa. Za takie przecież uznano całą Wielką Brytanię z jej nowym koronawirusem. Polacy wysłali wojsko i lekarzy dla pomocy kierowcom z całej Europy. Inni słali życzenia i wyrazy zatroskania i wsparcia.

Szybko okazało się, że „brytyjski” koronawirus jest w całej Europie. Wykryto go także w Szwecji, Niemczech, Włoszech, a w Portugalii zdiagnozowano nawet pierwszy przypadek na świecie, że jedna obywatelka ma dwie mutacje koronawirusa. Może ten odkryty „nowy” jest groźniejszy, a może nie. Zdaje się, że szybciej zaraża. Słuchamy się grzecznie naukowców, a ci mówią, że wirusy cały czas mutują. To zaś oznacza, że wkrótce pojawi się trzecia, czwarta etc. „wersja”. Czy za każdym nowym koronawirusowym objawieniem gdzieś będzie wybuchał taki chaos jak na granicy Wielkiej Brytanii i Francji? Otóż prawdopodobnie nie.  Ale nie dlatego, że Bruksela przygotuje jakieś spójne, skoordynowane działania na taki wypadek. Nikt po prostu nie będzie na tyle głupi, by się przyznawać, że ma nowego koronawirusa. Oj Ty głupi rządzie brytyjski. I po coś to ogłaszał. Lepiej by Ci było jak ci Polacy cwaniacy schować się cicho i nie przyznawać się. Jak sądzisz, że masz covida, to lepiej testu nie rób, bo cię namierzą. Siedź w domu, i nie chwal się, bo naślą na ciebie różne sanepidy, policje tajne, widne i dwupłciowe. Granice ci poblokują. I takie wnioski wyciągną unijne państwa z lekcji brytyjskiej. Bruksela zaś nie wyciągnie wniosków żadnych.  

Wydawało się, że przynajmniej w sprawie szczepionek Unia ma szansę odnieść jakiś sukces. Pod koniec ubiegłorocznej zimy okazało się, że jedną z ostatnich na świecie instytucji, która zorientowała się, że możemy mieć pandemię, była unijna agencja Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób. I znów poszczególne państwa działały na własną rękę podkupując sobie maseczki, środki dezynfekujące, sanitarne, kombinezony, a potem respiratory. Transporty sprzętu rekwirowano na koniskach i granicach. Niemcy podprowadzali go Włochom, Włosi Austriakom, Austriacy Czechom, Czesi Francuzom, a ci wszystkim. Licytowano się i przepłacano, byle tylko zapewnić jakieś środki ochronne własnym obywatelom. Z dnia na dzień granice państw przegradzały szlabany. Latem przyszło uspokojenie i niektóre kraje jak Stany Zjednoczone, czy Wielka Brytania zaczęły pracować nad tym, by swym obywatelom zapewnić szczepionkę, jeśli ta powstanie. Unia buńczucznie zapowiadała, że też to zrobi. 

To wydawało się tak logiczne – jedna organizacja, z ogromną siłą zakupową występuje w imieniu swych 27 członków i prowadzi negocjacje. Dogaduje się wewnątrz jak przyszłą zdobycz sprawiedliwie podzielić i kontraktuje dla wszystkich. Nikt nie przelicytowuje, nikt nikomu niczego nie rekwiruje, nie przetrzymuje na granicach, wszystko może iść sprawnie. Jesteśmy jednością jak pięść i zaciśnięte w niej palce. 

Ale okazuje się, że i to spartolili. Wielka Brytania rozpoczęła szczepienia 3 tygodnie wcześniej niż państwa Unii, a Stany Zjednoczone 2 tygodnie. Trudno, najwyżej Europejczycy będą zapadać na zarazę trzy tygodnie dłużej niż mieszkańcy Wysp. Może nie wszyscy, ale jakoś to przeżyjemy. Tymczasem okazuje się, że Bruksela kupiła za mało szczepionek i nie od tych producentów co trzeba. Pierwszy sprawę zwęszył niemiecki tygodnik „Der Spiegel”, a za nim media w Belgii. Czy wylała się zupa, czy ściek przekonamy się wkrótce? Niemiecki tygodnik poinformował, że Unia mogła kupić znacznie więcej szczepionek Pfizera i niemieckiej firmy BioNTech, ale nie zrobiła tego, bo kontrakt blokowali Francuzi. Ci bowiem lobbują za szczepionką swojej firmy Sanofi. Podobnie miało być z Moderną. Problem polega na tym, że szczepionki Pfizera i Moderny już są, a Sanofi nie ma i jeszcze przez kilka miesięcy nie będzie. Ale za to Unia ma z tą firmą kontrakt na setki milionów dawek. Oczywiście teraz nie można już na szybko dokupić Pfizera ani Moderny. Moce produkcji są ograniczone i nie jedyna Unia jest na świecie. „Spiegel” nazywa działania Unii „katastrofą”. Niemieccy eksperci twierdzą, że do jesieni 2021 nie uda się osiągnąć wymaganego poziomu wyszczepienia 2/3 populacji i skończyć się to może kolejnym wielkim lockdownem. To oznacza, że jak u nich się nie da, to i u nas się nie da. Szczęśliwie pojawiają się szczepionki AstroZeneca. 

Na dodatek na jaw wychodzi, że kanclerz Merkel przeforsowała to, że żadne państwo członkowskie nie będzie kupować szczepionek na własną rękę. Chciała mieć wszystko pod kontrolą, bo Niemcy właśnie obejmowały prezydencję. No i chciała sukcesu dla swej byłej podwładnej w rządzie – Ursuli von der Leyen. Najważniejsze było to, żeby zgodzili się na to Francuzi. Ci to zrobili w zamian za kontrakt z Sanofi. Teraz gdy w Europie już wiadomo, że jest za mało szczepionek, trwa awantura, czy poszczególne państwa mogą je załatwiać na własną rękę. Unia mówi nie, ale Niemcy i tak je kupują. 

Niemieckie media opisują chaos szczepionkowy, jaki zapanował w ich własnym kraju, a poziom bałaganu i niekompetencji porównują z tym jaki był w czasie kryzysu z niekontrolowanym napływem imigrantów w 2015 roku. Tak proszę Państw, w Europie dziś już nikt nie twierdzi, że bezmyślne otwarcie granic i zaproszenie imigrantów było jakimś mądrym i dobrym gestem solidarności. Jeszcze tylko w Polsce, która nie zaznała dobrodziejstw owego ubogacenia multikulti zdarzają się jakieś głosy infantylnego zachwytu. 

Niespotykana jak na niemieckie ugrzecznione standardy krytyka spada też na samą Unię.  

„Niepowodzenie UE w zakupach to jedno. Inną kwestią jest postawa Francuzów przy zakupie szczepionki. Następną rzeczą jest oszczędzanie na dawkach szczepionek – podczas gdy setki miliardów są wyrzucane na pomoc państwową. Jest to łańcuch zażenowania i niekompetencji, jaki prezentuje Europa na arenie międzynarodowej” – napisał naczelny „Die Welt”. 

Ja nie mam pretensji do Francuzów. W końcu dbają o siebie. Ja mam pretensje do Unii, tego niedorobionego dziecięcia, któremu wiecznie wiatr w oczy wieje. Może to i pech, że akurat zakontraktowany przez Brytyjczyków Pfizer udało się wyprodukować wcześniej niż Sanofi, a w momencie podpisywania umowy nikt nie mógł wiedzieć kto będzie pierwszy. Ja mam swojego polskiego pecha i nie potrzeba mi jeszcze tego brukselskiego. Tych wiecznie niepełnosprawnych i niepełnosprytnych eurokracików, którzy do szkoły i ze szkoły mieli pod górkę, i u których wszystkie talenta skupiły się w jeden – ten do robienia kariery w polityce i na urzędach. Z tymi ich bezradnymi nóżkami i kredkami do malowania na chodniku, gdy gdzieś coś terrorystycznie wybuchnie. Jak co zrobią to nawet brukselskim gołębiom srać się odechciewa a siusiający chłopiec Manneken Pis się zatyka. Jak długo można się łudzić i oszukiwać. Każdy, kto przeżył więcej niż 30 lat, spojrzy kilka razy na tę przywódczynię Unii Ursulę von der Leyen, na ten jej uśmiech niegasnący, sylwetkę i rąsie wykonujące wystudiowane gesty sympatię, empatię, otwartość znamionujące, to wie, że ma do czynienia z kimś bezbrzeżnie nieporadnym, oniemiałym, z oczkami wytrzeszczonymi, gdy przed jakimś problemem staje. Miła pani świetliczanka, której pierwszą decyzją jako minister obrony Niemiec było zakładania przedszkoli i żłobków dla Bundeswehry i wprowadzanie jakiegoś tam genderowego programu równości.  

Ledwie skończyły się święta, a już odezwała się wicekomisarz Vera Jourova. Ta to ma chociaż zażywność kelnerki z piwiarni Świńskie Tany w czeskiej Kutnej Horze. W całej Europie obywatele pozbawiani są swych fundamentalnych praw (to czy akurat słusznie w stanie wyższej konieczności, czy nie, to zupełnie inna sprawa), sypią się wolności, na których ustanowiona została Unia – jak choćby swoboda przemieszczania się wewnątrz wspólnoty, Hiszpanie sporządzają listy obywateli, którzy odmawiają szczepień – będzie długa, bo wedle ostatnich badań obejmie 30 procent populacji. Zaś czeska socjalistka będzie tropić Węgrów i Polaków w sprawie owej praworządności, która w całej Europie legła w gruzach z powodu okoliczności nadzwyczajnych i klęsk niesłychanych. Na całym kontynencie całkiem serio rozważa się segregację obywateli, dzielenie ich na kategorie, a Jourova Komisarz Wartość i Przejrzystość (tak brzmi jej oficjalny tytuł) będzie sprawdzać, czy w Polsce można powołać Izbę Dyscyplinarną w Sądzie Najwyższym. To są te priorytety. 

Nie wiem, czy Państwo wiedzą, ale zgodnie z nomenklaturą mamy w Unii m.in. takich oto wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej: Wiceprzewodniczący Margariis Schinas Promowanie Naszego Europejskiego Stylu Życia, Wiceprzewodniczący Wysoki Przedstawiciel Josep Borell Fontelles Silniejsza Pozycja Europy w Świecie, Wiceprzewodniczący Wykonawczy Waldis Dombrowskis Gospodarka Służąca Ludziom, Wiceprzewodnicząca Wykonawcza Margarethe Vestager Europa Na Miarę Epoki Cyfrowej, Wiceprzewodniczący Frans Timmermans Europejski Zielony Ład. (Jak będzie stanowisko wiceprzewodniczącego wykonawczego Sto Lat, Sto Lat Niech Mu Gwiazdka Pomyślności Nigdy Nie Zagaśnie Jeszcze Po Kropelce, to wtedy zastanowię się czy nie zrobić kariery w Brukseli). To oni nami rządzą i to od nich zależy, w którą stronę zmierzamy. Nawet jeśli w tych sieciach i łańcuchach miotamy się w lewo, czy w prawo, to i tak cały ładunek o nazwie Europa płynie w lewo, a u sterów tego okrętu stoi rzewna, wiecznie uśmiechnięta von der Leyen i jakiś Fontelles ksywka Silniejsza Pozycja Europy w Świecie. Oczywiście chodzi i nie chodzi akurat o przewodniczącą Ursulę Von der Leyen, czy jakiegokolwiek niskiego, czy wysokiego przedstawiciela od wszelkiej pomyślności. Chodzi o to, że każda z tych osób to problem strukturalny, a przynajmniej jego ucieleśnianie. Jaki normalny człowiek pozwoliłby, by nadano mu tytuł Wiceprzewodniczący Wykonawczy Gospodarka Służąca Ludziom. Jaki jest tryb kontroli i ewentualnego korygowania fatalnych decyzji tych osób? Jaką siłą w tej cudownej brukselskiej demokracji można by pociągnąć do odpowiedzialności np. kogoś, kto zawalił negocjacje w sprawie szczepionek? Jak można podjąć próbę odwołania, Jej Wysokości Bezradności Przewodniczącej von der Leyen. Pal diabli Ursulę chodzi o kogokolwiek – np. tę Vestager od Europy Na Miarę Ery Cyfrowej. Nie ma takiego sposobu i nie ma żadnej odpowiedzialności, kontroli, korekty. A ja nie mam już żadnych złudzeń. To wszystko zakończy się jednym wielkim Uexitem, czyli wyjściem Unii z samej siebie – jej rozpadem. Po tym, co mogliśmy oglądać choćby w ciągu ostatniego miesiąca, nawet nie chcę myśleć o tym, co się wydarzy, jak działać zacznie Europejski Fundusz Odbudowy Next Generation i pierdyliardy euro puszczane z drukarek wpadną w rączki Timmermansa ksywa Europejski Zielony Ład i Schinasa aka Promowanie Naszego Europejskiego Stylu Życia. Nawet jeśli Unia nie upadnie w sensie instytucjonalnym, bo w dobie Wielkiego Resetu i końca wolności, jaką znamy, elity na to nie pozwolą, to gospodarczy, kulturowy zmierzch Europy jest coraz bliżej.