NATO – jak to się udało?
Jerzy Marek Nowakowski 13.03.2019

Mamy sezon na opowieści o tym kto nas wprowadził do NATO. Przyglądam się różnym – to modne słowo – narracjom i dochodzę do wniosku, że albo mnie powaliła gigantyczna skleroza, albo wszystkie te opowieści mają z historią tyle wspólnego ile disco polo z operą. W zależności od tego, którą kanał telewizyjny włączymy, dowiadujemy się, że do NATO wprowadził nas a to premier Olszewski, a to Aleksander Kwaśniewski, a to Bronisław Geremek. A generalnie to wraże siły wewnątrz Polski chciały przeszkadzać, ale nasz bohater zwycięsko poprowadził nasze hufce do Paktu Atlantyckiego.

 

Tak się składa, że w drugim czy trzecim szeregu, miałem okazję uczestniczyć w niemal całym procesie wchodzenia Polski do Sojuszu. Oczywiście moje wrażenia są absolutnie subiektywne, ale sądzę, że oficjalna i półoficjalna opowieść o polskiej drodze do NATO jest mocno zakłamana.

Pierwszy mit, to mit o powszechnej zgodzie i dążeniu do członkostwa. Wystarczy zajrzeć do ówczesnych gazet czy zapisów przemówień, by zauważyć, że entuzjazm NATO-wski był mocno ograniczony. W początku lat dziewięćdziesiątych SLD dowodziło, że powinniśmy swoje bezpieczeństwo opierać o OBWE. Byli zwolennicy tworzenia jakiegoś mgławicowego sojuszu państw Międzymorza (nie mylić z Trójmorzem), byli neoendecy zapatrzeni w Rosję. Tak, tak, przecież Rosja się demokratyzowała na potęgę… A przede wszystkim samo NATO nie miało najmniejszej ochoty by rozszerzać się na Wschód. Zarówno dlatego, że nie miało ochoty drażnić Rosji, bo skądinąd słusznie uważano, że rosyjski eksperyment demokratyczny jest bardzo wątły i – tu niesłusznie – obawiano się, iż rozszerzenie NATO może przechylić szalę zmian w Moskwie na korzyść mitycznych twardogłowych. A poza tym nie darzono nas, dyplomatycznie mówiąc, nadmiernym zaufaniem.

Istotnie publicznie o otworzenie nam drzwi sojuszu mówił Jan Olszewski. Tyle, że w Kwaterze Główniej NATO uważano to za nieodpowiedzialne awanturnictwo. Bodaj Manfred Woerner ówczesny Sekretarz Generalny Paktu mówił mi z oburzeniem, iż Jan Parys (minister obrony w rządzie Olszewskiego) chciał się z nim zakładać, że Polska jednak wejdzie do NATO. Ambicji natowskich Polski, Czech czy Węgier nie traktowano poważnie. I jeśli poważnie można robić rachunek zasług, to cały region otworzenie perspektywy rozszerzenia NATO zawdzięcza Lechowi Wałęsie.

Nie chcę tutaj mówić o sprawie wyprowadzenia wojsk rosyjskich z Polski, która wciąż jest przedmiotem mitów i politycznej walki. Ale mogę z głębokim przekonaniem powiedzieć, że gdyby nie niebywały spryt negocjacyjny Wałęsy podczas jego pierwszej wizyty w Moskwie, to Armia Czerwona nie wyniosłaby się sprawnie i bezboleśnie z Polski. Siedziałem przy długim stole na Kremlu, kiedy Wałęsa, łamiąc protokół, zwrócił się do ówczesnego ministra obrony Rosji z pytaniem czy ma coś przeciwko wycofaniu się z Polski. Oniemiały Paweł Graczow pokręcił głową i powiedział, że oczywiście nie ma. Na co Wałęsa zwraca się do siedzącego naprzeciwko Jelcyna i mówi, że nawet jego generałowie się zgadzają więc sprawa jest załatwiona. A potem widziałem nieskrywaną wściekłość Graczowa i generała Dubynina, którego zapytałem niewinnie – gdy czekaliśmy na ceremonię podpisania umowy – że nie ma chyba wątpliwości, że to dobry traktat. Gdyby spojrzenie mogło zabić to już bym nie żył. „Mam same wątpliwości” wysyczał generał. A prezydenci w świetle kamer podpisali puste kartki, bo dyplomaci ciągle nie uzgodnili tekstu umowy. Prawdziwy traktat o wyjściu wojsk podpisano w kremlowskim korytarzu kuchennym tuż przed przyjęciem kończącym wizytę Wałęsy.

Do publikacji nie nadają się kulisy wieczornych rozmów, podczas których Wałęsa przekonał Jelcyna w Warszawie by ogłosił, że Rosja nie ma nic przeciwko rozszerzeniu NATO. Wbrew legendom o upiciu rosyjskiego prezydenta Jelcyn podjął racjonalną decyzje, przekonany przez Wałęsę. Pod naciskiem Jewgienija Primakowa (potężnego szefa wywiadu) już kilka tygodni później Moskwa zaczęła rozsyłać listy, że jednak rozszerzenie NATO jej się nie podoba, ale w tym krótkim czasie po deklaracji warszawskiej Jelcyna ruszyła machina przygotowań, która w końcu doprowadziła nas do członkostwa.

Najważniejszym dokonaniem Lecha Wałęsy było jednak przewrócenie amerykańskiej koncepcji odepchnięcia nas od NATO. Na szczyt w Pradze prezydent Clinton przywiózł koncepcję Partnerstwa dla Pokoju. Brzmiało dobrze. Ale w zamyśle amerykańskich dyplomatów Partnerstwo nie miało być ścieżką dojścia do NATO tylko właśnie pomysłem na to by namolni petenci ze Wschodu się odczepili, i do NATO się nie pchali. Przywódcy Czech i Węgier uznali, że nic się nie da zrobić. A Wałęsa urządził regularną awanturę, zagroził wręcz zerwaniem szczytu, i wymusił na Clintonie zmianę zapisów PfP na takie, które dawały realną perspektywę członkostwa. Gdyby nie autorytet Wałęsy i jego upór to mielibyśmy taki status jak dzisiaj członkowie Partnerstwa Wschodniego wobec Unii Europejskiej.

Na dobre negocjacje o członkostwie ruszyły za czasów rządu Jerzego Buzka. Pamiętamy profesora Geremka podpisującego w Independence traktat członkowski. Malo kto pamięta o gigantycznej pracy włożonej w przygotowanie do członkostwa włożonej przez samego Premiera. Entuzjazmu do szybkiego wchodzenia do NATO w wielu segmentach administracji a zwłaszcza wojska nie było.  Bo też przygotowani byliśmy, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Spośród 130 kryteriów sformułowanych przez Kwaterę Główną, nasza armia spełniała mniej niż jedną czwartą. Po angielsku mówiło czterech generałów i garstka oficerów. Kadra wojskowa nie była przeciwna wejściu do Sojuszu, ale chciała, bojąc się, że nie sprosta wymogom, wejście do NATO opóźnić. Premier wspierany przez ówczesnego szefa Kancelarii Wiesława Walendziaka i odpowiedzialnego za sprawy wojskowe w Kancelarii ministra Zbigniewa Derdziuka musiał nieustannie naciskać by sztabowcy nie stosowali metody żółwia, tylko robili wszystko by jak najwięcej wymogów NATO wypełnić. Pamiętam, jak późnym wieczorem, kiedy zapadły decyzje, siedzieliśmy we trójkę w gabinecie Derdziuka, przy stoliku pasjansowym Piłsudskiego i Wiesław Walendziak z westchnieniem ulgi powiedział, że dopiero teraz możemy być pewni, ze nie ma powrotu do czasów komunizmu.

Mało kto ma świadomość, że czas był w całym tym procesie czynnikiem decydującym. Kilka tygodni po rozszerzeniu Paktu NATO pierwszy raz w swojej historii przystąpiło do wojny od marca do czerwca 1999 roku prowadząc bombardowania Serbii. Gdyby procedura rozszerzeniowa opóźniła się dosłownie o kilka tygodni to być może NATO by się nie rozszerzyło. A później był 11 września 2001 r. i początek wojny z terroryzmem. I ostry spór pomiędzy USA a Francją i Niemcami o wojnę w Iraku. Ale skoro pierwsze rozszerzenie okazało się sukcesem, bo pomimo, że nie byliśmy w istocie przygotowani do członkostwa, to okazaliśmy się wartościowym sojusznikiem i błyskawicznie nadrabialiśmy zaległości, to Sojusz podjął wysiłek kolejnych rozszerzeń.

Ze szczytu w Waszyngtonie, w kwietniu 1999 roku pamiętam scenę, kiedy siedzący przy pięciokątnym stole, premier Buzek, dziękując za przyjęcie nas do NATO stwierdził, że teraz czas na przyjęcie Litwy. Zobaczyć minę premiera Blaira, gdy to usłyszał – bezcenne. A jednak po zaledwie pięciu latach Litwa (także Łotwa i Estonia) jako pierwsze dawne republiki sowieckie znalazły się w NATO. Polski sukces stał się motorem napędowym rozrostu NATO. Podczas szczytu waszyngtońskiego na sali było 19 państw. 20 lat później po formalnym przyjęciu Macedonii Północnej Sojusz będzie liczył 30 członków. Żeby obraz nie wyglądał zbyt różowo to dodajmy, że było 19 państw ale 20 krzeseł, bowiem polska delegacja jako jedyna miała dwóch przewodniczących: prezydenta Kwaśniewskiego i premiera Buzka. Tyle, że ówczesna wojna o krzesło, w dużej mierze dzięki talentowi mediacyjnemu prof. Geremka miała cywilizowane formy.

Na liście zasług powinno się wymienić po polskiej stronie sporo nazwisk. W opinii publicznej utarło się, że do NATO wprowadzał nas Aleksander Kwaśniewski, zgodnie z narracją TVP był to Jan Olszewski, a „Gazeta Wyborcza” nie pozostawia wątpliwości, że to Bronisław Geremek. Na mojej liście zasług – nie ujmując ich całej wymienionej trójce – najwyżej plasują się jednak Lech Wałęsa i Jerzy Buzek. Potem profesor Geremek, ambasador Jerzy Koźmiński i wspierający go Jan Nowak-Jeziorański (bez nich nie byłoby 83 głosów za Polską w Senacie USA) oraz duet Walendziak i Derdziuk, którzy dopilnowali tego, by nie zamknęło się okno czasowe, w którym mogliśmy wykorzystać niebywałą koniunkturę historyczną. Do tej listy trzeba jeszcze dopisać naszych amerykańskich przyjaciół: Chrisa Donelly’ego, Daniela Frieda, Rona Asmusa czy Rossa Johnsona. Większość tych nazwisk jest co najmniej zapomniana, albo wręcz nieznana opinii publicznej.

Z perspektywy 20 lat coraz wyraźniej widać, że nasze członkostwo w NATO było wykorzystaniem krótkiej chwili historycznej koniunktury. A z kolei to, że znaleźliśmy się w NATO, zmieniło wszystko. Dla inwestorów i biznesu był to jasny sygnał, że w Polsce można bezpiecznie inwestować i robić interesy. Warto by ktoś z doktorantów zajmujących się ekonomią zrobił analizę, jak zmieniło się otoczenie biznesowe Polski po naszym wejściu do NATO. Wejście do Paktu rozwiązało nam ręce w polityce zagranicznej. Moskwa musiała porzucić marzenie o „odzyskaniu” Polski. A Unia Europejska dopiero po 1999 roku na serio zaczęła myśleć o tym, by przyjąć nas nie jako lokatora przedpokoju, tylko pełnoprawnego członka.

Dorosło już pokolenie wychowane w Polsce NATOwskiej. Ale lekcja z wydarzeń sprzed dwóch dekad nie powinna być zapomniana. Gdyby nie zgodny wysiłek społeczeństwa i klasy politycznej moglibyśmy być równie dobrze w tym miejscu, w którym jest dzisiaj Ukraina.