Nauczył nas Pyrrus jak zwyciężać mamy
Jerzy Marek Nowakowski 04.07.2019

Kiedy Polska, Czechy i Węgry wchodziły 20 lat temu do NATO nie spełnialiśmy większości kryteriów będących warunkiem członkostwa w sojuszu. Ale nasza akcesja okazała się sukcesem. Okazaliśmy się obliczalnym i lojalnym partnerem. Na fali tego sukcesu zarówno NATO jak Unia Europejska błyskawicznie się rozszerzyły. Teraz w coraz większej ilości stolic Zachodu dziennikarze, ale i politycy, a co najgorsze zwykli obywatele zaczynają powtarzać – to był błąd. Psychologiczny podział na Europejczyków „prawdziwych” i „pomniejszych” zaczyna odżywać. A podobnie jak socjalistyczne mrzonki wbijane nam do głów przez dziesięciolecia okazały się zadziwiająco trwałe, tak podział Europy jest mocno wbity w głowy jej obywateli. Bardzo niewiele trzeba by odżył. I znowu tzw. statystyczny Francuz będzie sądził, że Warszawa leży gdzieś w okolicy Moskwy.

 

„Aleśmy mu pokazali”, cieszą się w różnych mediach politycy z zaplecza polskiego rządu, wskazując na zwycięstwo premiera Morawieckiego w postaci zablokowania kandydatury Fransa Timmermansa na przewodniczącego Komisji Europejskiej. Holenderski polityk od dobrych paru lat walczący z rządem Prawa i Sprawiedliwości, wspierający inicjatywy w polskiej opozycji w dziedzinie praworządności był w Warszawie najpierw obrażany przez duet Szydło-Waszczykowski a potem w miarę możliwości ignorowany. Jego wybór dla Budapesztu i Warszawy był prestiżowo trudny do przełknięcia. Mamy więc sukces. W odróżnieniu od niesławnego lania 27 do 1 tym razem rządowi polskiemu udało się zmontować koalicję państw naszego regionu, która skutecznie zablokowała decyzję Rady Europejskiej.

Pytanie tylko jaka jest cena tego zwycięstwa. Kiedy po bitwie pod Ausculum do króla Epiru Pyrrusa przyszli oficerowie gratulując mu zwycięstwa miał on odpowiedzieć: „Jeszcze jedno takie zwycięstwo i będziemy zgubieni”. Mateusz Morawiecki tak nie powiedział, ale cena za prestiżowy sukces może być wysoka. Po pierwsze w rozdaniu czołowych stanowisk unijnych Polska nie dostała nic. A pamiętajmy, że w poprzednich kadencjach mieliśmy najpierw Jerzego Buzka jako przewodniczącego Parlamentu a potem Donalda Tuska na czele Rady Europejskiej. Co więcej nie wydaje się, by awantura o Timmermansa posłużyła naszemu regionowi. Po ostatnim weekendzie, gdy nie zdołano podjąć decyzji w sprawie szefa KE wściekły prezydent Macron rzucił m.in., że zablokowanie kandydatury holenderskiego socjalisty oznacza definitywny koniec procesu rozszerzania Unii.

Przyznajmy uczciwie, dogadana na marginesie szczytu G20 w Osace propozycja kompromisu z Timmermansem elegancka nie była. Oznaczała w istocie dyktat duetu Merkel – Macron nie uzgodniony z innymi liderami (poza premierami Hiszpanii i Holandii). Na dodatek zrywała z zasadą, że to najsilniejsza rodzina polityczna wyznacza szefa Komisji. Kiedy Angela Merkel spotkała się z premierami wywodzącymi się z Europejskiej Partii Ludowej ze zdziwieniem dowiedziała się, że nikt entuzjastycznie nie popiera jej kandydata.

Wola kompromisu była jednak na tyle duża, że nikt również nie chciał się nadmiernie wychylać. No ale znaleźli się naiwni z Grupy Wyszehradzkiej, nie mający wprawdzie szczególnego interesu w obalaniu kandydatury Holendra, za to mający do niego pretensje o to, że zarzucał im a to korupcję (czeski premier Babisz), a to naruszanie norm demokratycznych (Polacy i Węgrzy). No i Wyszehrad ogłosił, że nie zgodzi się na Timmermansa. Inni po cichu zatarli ręce, że Środkowoeuropejczycy w imię swoich uczuć i idiosynkrazji wybierają za nich gorące kartofle z ogniska.

Angela Merkel była wściekła, bo z punktu widzenia Niemiec najważniejszym stanowiskiem nie było wcale szefostwo Komisji tylko kierownictwo Banku Centralnego i w przewidywanej układance miało ono przypaść Jensowi Weidemannowi (szef Bundesbanku). A urażony koalicjant z CSU i kandydat chadeków na szefa Komisji Manfred Weber miał dostać na otarcie łez połowę kadencji marszałka Parlamentu Europejskiego. Nie tylko miała bunt na własnym chadeckim pokładzie, to jeszcze upadek kandydatury socjalisty (wymyślonego ponoć przez Martina Schultza) może jej skomplikować wewnątrzkoalicyjne relacje w Berlinie.

Kolejna tura negocjacji przyniosła w końcu wyczekiwany kompromis. Przewodnictwo Komisji otrzymała Urszula von der Leyen. Dobra minister do spraw kobiet i bardzo źle oceniana jako niemiecki minister obrony. Od 10 lat zasiadająca w rządzie Merkel. Chadecy dostali swoje stanowisko, ale w zamian Niemcy musieli zrezygnować z Banku, który dostała dotychczasowa szefowa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Christine Lagarde z Francji. Jak się zdaje jedynymi, którzy mogą się cieszyć z takiego rozwoju sytuacji, są feministki. Dwa najważniejsze stanowiska w Unii przypadły kobietom. I tyle. Pozycja polityczna obu Pań nie jest najmocniejsza. Ani jedna ani druga nie były szefowymi rządów i w porównaniu do mocnej politycznie pozycji poprzedników będą najzwyczajniej słabsze.

Prawdziwym zwycięzcą pierwszej rundy rozgrywki europejskiej okazał się Emanuel Macron. Von der Leyen to zdeklarowana federalistka europejska bliska wizji Europy Macrona. Lagarde jest także bliska poglądami prezydentowi Francji. Merkel też wyszła z całej awantury z twarzą, no bo jednak formalnie najważniejsze stanowisko w Unii przypadło jej bliskiej współpracowniczce. Podobnie Włosi i Hiszpanie, którzy otrzymali w pakiecie stanowiska przeznaczone dla socjalistów.

Przegranymi okazali się pozorni zwycięzcy. Po raz pierwszy od czasu rozszerzenia Europa Środkowa nie dostała absolutnie niczego. A dopełnieniem obrazu rozgrywki stała się niespodziewana porażka prof. Krasnodębskiego, który nie został wybrany na stanowisko wicemarszałka Parlamentu Europejskiego mimo, że jako kandydat silnej frakcji powinien to stanowisko otrzymać.

Porażka Krasnodębskiego jest sygnałem tego, co może być efektem pyrrusowego zwycięstwa premiera Morawieckiego. Zablokowanie decyzji w kwestii Timmermansa wzmocniło solidarność „starej” Unii wobec nowych państw członkowskich. Polska otrzymała wyraźny sygnał – nie chcemy was w gronie państw rozgrywających. W całym świecie wraca model polityki międzynarodowej opartej na „koncercie mocarstw”. Polska od dekady była traktowana w Unii jako „lokalne mocarstwo aplikujące”, czy inaczej jako kandydat do roli członka unijnej grupy trzymającej władzę. Po ogłoszeniu Brexitu wydawało się oczywiste, że Polska dołączy do grupy państw decydujących o głównych liniach polityki unijnej. Tymczasem po negocjacjach dotyczących obsady najwyższych stanowisk w Unii jesteśmy od tego statusu dalej niż kiedykolwiek.

Wszystkie kluczowe fotele zostały obsadzone przez “wielkich” (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania), z jednym wyjątkiem uczynionym dla premiera Belgii. Wszystkie stanowiska obsadziły kraje „starej” Unii nawet bez ukłonu pod adresem Bułgarii, która miała otrzymać fotel marszałka parlamentu. Wszystkie stanowiska zajmują – co ważne – reprezentanci strefy Euro. Wypada obserwować obsadę stanowisk komisarzy i szefów komisji PE. Obawiam się jednak, że zadziała tutaj podobny mechanizm.

To co się stało w Brukseli oznacza, że rodząca się od lat Europa dwóch prędkości stała się faktem, że projekt dalszego rozszerzania Unii, życiowo ważny dla Polski zostaje odłożony do lamusa, że pogrzebany – zdać by się mogło – podział na Zachód i Wschód Europy znowu odżywa. Antyeuropejczycy będą mieli kolejne mocne argument, że w Brukseli się z nami nie liczą.

Zrobiliśmy na razie dużą przysługę Włochom, którzy zagrawszy kartą wyszehradzką dostali nie tylko stanowiska, ale przede wszystkim oficjalną deklarację, że nie będzie wobec nich wprowadzona procedura nadmiernego deficytu. Nam zostaje świętowanie, że najbardziej propolski kandydat na szefa komisji został pokonany. A że najpewniej będzie nadal wiceprzewodniczącym KE, to nadal będzie nim można straszyć godnościowo nadętych zwolenników rządu.

Polityka emocjonalna i spersonalizowana zazwyczaj kończy się źle. W tym wypadku cena zwycięstwa może być wyższa niż nam się wydaje. To, że Angela Merkel stwierdziła, iż nie można wybierać szefa komisji wbrew opinii ważnych państw ( w domyśle – Polski) świadczy o tym, iż w Brukseli uznano za wysoce prawdopodobne zwycięstwo wyborcze PiS w jesiennych wyborach w Polsce. A że rząd Morawieckiego kolejny raz udowodnił, że nie zamierza przyjmować unijnego modelu prowadzenia negocjacji i jest gotów nadużywać prawa veta z niezbyt racjonalnych powodów, to Bruksela najprawdopodobniej przygotuje pakiet działań, które zepchną Polskę i Węgry, ale w perspektywie każdego ze wschodnich członków Unii do kąta. Co z kolei będzie wodą na młyn czy to „polexitowców” czy sił antyeuropejskich w całym regionie. Za chwilę się okaże, że prawdziwi przyjaciele to Rosja Putina, czy Turcja Erdogana. No i oczywiście Donald Trump z radością rozmontowujący solidarność Zachodu.