Państwo i Prawo
Nauka z „Człowieka, który był Czwartkiem”
Łukasz Warzecha 27.10.2020

Gabriel Syme był poetą. Jego przygoda zaczęła się pewnego popołudnia, w epoce króla Edwarda VII, w Saffron Park na przedmieściach Londynu, podczas spotkania anarchizujących intelektualistów. A były to czasy, gdy anarchiści stanowili prawdziwe zagrożenie, bo ich orężem bywały rewolwer i bomba. Niedługo później Syme został zrekrutowany w szeregi Scotland Yardu z zadaniem przeniknięcia do tajnej anarchistycznej struktury. 

 

To zarys fabuły „Człowieka, który był Czwartkiem” Gilberta Keitha Chestertona. Teraz uwaga gdyby ktoś chciał przeczytać tę powieść wybitnego angielskiego katolickiego myśliciela i publicysty – będzie spoiler. Ostatecznie bowiem, gdy Syme dociera do siedmioosobowej grupy ścisłego kierownictwa anarchistycznej bojówki (każdy jej członek nosi pseudonim od dnia tygodnia) i zaczyna ją rozgryzać, okazuje się, że wszyscy jej członkowie to policyjni tajniacy. Przypomina to sytuacje z ówczesnej Rosji, w której Ochrana była tak znakomita w infiltrowaniu wrogich caratowi środowisk, że w końcu sama zaczęła je zakładać – i oczywiście kontrolować. 

„Człowiek, który był Czwartkiem” przyszedł mi do głowy, gdy czytałem, jak to pan minister Niedzielski oznajmił, że w sprawie podejmowanych działań myśli zaledwie kilka dni naprzód. Oraz zapowiedział, że w razie, gdyby liczba zakażeń nie przestała rosnąć, będzie namawiał pana premiera do całkowitego lockdownu. Nie powinno mnie już chyba zaskakiwać, że minister zdrowia obecnego rządu, ten czy inny, nie jest w stanie wybiec myślą poza kilkudniową perspektywę – choć nadal trochę mnie zaskakuje, że można się tym chwalić. Jednak zapowiedź totalnego lockdownu, co do skutków którego nie można mieć chyba po wiośnie wątpliwości, wciąż brzmi nieco nieprawdopodobnie. Tu jednak, gdy popatrzeć na liczne dokonania obecnej władzy, przychodzi na myśl stary dowcip rysunkowy Andrzeja Mleczki. Oto przed piramidą w Egipcie stoi dwóch jegomościów, a jeden mówi do drugiego z widocznym na twarzy lekceważeniem: „Eee, my ze szwagrem to nie takie rzeczy żeśmy po pijaku robili”. Z tym że rząd najprawdopodobniej robi to wszystko na trzeźwo. Ale tak do końca nie wiadomo. 

Co to ma wspólnego z powieścią Chestertona? Otóż może mieć całkiem dużo. Pamiętajmy, że w Polsce wykonuje się od początku epidemii niewiele testów, a w tej chwili – już od wielu tygodni – obejmują one prawie wyłącznie osoby z objawami. COVID zaś, jak wiadomo, przechodzi się bardzo często bezobjawowo. To wszystko powinno nas prowadzić do wniosku, że sytuacja zaczyna wyglądać jak w przypadku anarchistycznej struktury: powoli zaczyna się okazywać, że to, co uważamy za ognisko, zjawisko o ograniczonym zasięgu, zaczyna być głównym nurtem rzeczywistości. Syme myślał, że jest jedynym tajnym policjantem w gronie spiskowców, aż okazało się, że są tam sami tajniacy. 

Niezauważone przeszły wnioski z badań naukowców z Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania Matematycznego UW, którzy na podstawie danych o hospitalizacjach i zgonach uznali, że liczba faktycznie zakażonych jest w Polsce wielokrotnie – do 12 razy – większa od oficjalnie podawanej, zaś do momentu, gdy opublikowali swoje wnioski, zakażenie SARS-COV2 mogło przejść już 1,6 mln osób. Ich zdaniem do połowy marca przyszłego roku odsetek Polaków, którzy koronawirusa przechorowali, wynosiłby już 54 proc., czyli więcej byłoby zakażonych od początku epidemii niż nie zakażonych. W tej sytuacji oczywiste staje się pytanie, jaki sens ma próba powstrzymywania i ograniczenia zasięgu choroby, a w szczególności podtrzymywania absurdalnej fikcji odrębnego obiegu w służbie zdrowia dla osób z koronawirusem. Jest przecież bardzo możliwe, że gdyby do lekarzy zgłaszali się z dolegliwościami również ci wszyscy, którzy się dzisiaj nie zgłaszają, bo system skupiony na COVID ich odrzuca lub boją się, że trafią na kwarantannę, okazałoby się, że większość chorych – w ogromnej części skarżących się na inne choroby i nie chorujących na COVID, a jedynie zakażonych wirusem (zakażenie nie oznacza automatycznie choroby) – to ci z wirusem. Czyli utrzymywanie odizolowanego systemu ochrony zdrowia dla osób SARS-COV2+ to stawianie spraw na głowie. 

Bardzo kosztowne dla gospodarki, coraz bardziej paniczne i nonsensowne działania rządu zaczynają przypominać sytuację, w której kapitan statku rzuca wszystkie siły do plombowania przecieku o średnicy dwóch centymetrów, podczas gdy w sąsiednim segmencie kadłuba zieje niemożliwa do uszczelnienia czterometrowa dziura, przez którą na potęgę wlewa się woda. Marynarze usiłujący powstrzymać mały przeciek stoją w niej już po kolana, ale udają, że nic nie widzą. 

W swoim najnowszym stanowisku w sprawie ewentualnego lockdownu Warsaw Enterprise Institute bardzo słusznie zaleca przyjęcie modelu szwedzkiego z modyfikacjami. To właśnie ten model powinien być dla nas punktem wyjścia i bazą do ulepszeń oraz poprawek. 

Tymczasem mamy coś zgoła przeciwnego. Poseł Marcin Horała tłumaczy, że siłownie trzeba było zamknąć, bo są tam niskie sufity (co sprawiło, że pan poseł zyskał sobie już przezwisko „Sufit”), a prof. Horban oznajmia, że należało zamknąć restauracje, bo były ogniska zakażeń na weselach. Rządzący wykonują nieskoordynowane ruchy bez oparcia w twardych danych, nie wyznaczają żadnych progów, od których biznesy miałyby być odblokowywane, nie informują, w jakich miejscach do zakażeń dochodzi (jako wzór jest tu często przedstawiany rząd Irlandii, który takie informacje z rozbiciem na detale prezentuje obywatelom regularnie co tydzień). Restauracje, które od miesięcy działały w warunkach ścisłego reżimu sanitarnego, rozstawiały stoliki, zainwestowały w przegrody pomiędzy nimi i środki dezynfekcji, zostały zamknięte, podczas gdy na ulicach przewalają się niekontrolowane masy demonstrantów mimo całkowicie fikcyjnego ograniczenia zgromadzeń do pięciu osób. Jak pokazali analizujący rozporządzenia Rady Ministrów prawnicy, nie można prowadzić działalności polegającej na masażu stóp, ale można robić masaż głowy. Wszystko to nie ma sensu. 

Można oczywiście stać w środku nurtu rwącej rzeki, chwytając się wystających skał czy pni, upierając się, że utrzyma się na nogach. Finał takiej sytuacji jest na ogół tragiczny: niekontrolowany upadek, uderzenie głową o podwodne kamienie i utopienie. Zamiast tego można dać się ponieść wodzie i konsekwentnie sterować ku brzegowi, żeby w końcu wydostać się z topieli. Żeby jednak zadziałać w ten sposób, trzeba mieć chłodną głowę. Rząd tymczasem wpadł w panikę i zaczyna już wciągać wodę ustami. Tylko czemu koniecznie chce wszystkich nas pociągnąć z sobą na dno?