Neo-ORMO, czyli aktyw robotniczy w akcji
Łukasz Warzecha 23.02.2020

Aktyw robotniczy, który bardzo chciał władzy ludowej pomagać, i to czynnie, mógł wstąpić do ORMO. Skrót, który zapewne większości młodszych czytelników nic nie mówi, oznaczał Ochotnicze Rezerwy Milicji Obywatelskiej. ORMO powstały już w 1946 roku i szybko zostały wykorzystane do walki z podziemiem niepodległościowym, chociaż najbardziej są kojarzone z filmu, pokazującego zajścia przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego w 1968 roku, kiedy to bohaterski aktyw w zimowych szynelach, z opaskami na rękawach i wyposażony w słusznych rozmiarów pały rzucił się na protestujących studentów.

 

Po Marcu ’68 dokonano zmian w strukturze organizacyjnej ORMO, centralizując tę instytucję, dotąd rozproszoną. Poza momentami wielkich społecznych napięć, gdy przywódcy resortu bezpieczeństwa chętnie po ORMO-wców sięgali, spełniali się oni pokazując obywatelom, kto ma władzę. Rolę specjalną odgrywała najbardziej elitarna grupa ORMO-wców – Społeczni Inspektorzy Ruchu Drogowego. Żeby zostać takim inspektorem, trzeba było mieć własne auto, co już było trudnym do spełnienia warunkiem w realiach Peerelu. Za to gdy już się do tej kasty wybranych należało, miało się milicyjny lizak, odznakę inspektora, bloczek mandatowy oraz baloniki do sprawdzania trzeźwości. Jedna z koleżanek mojej mamy z pracy była takim właśnie społecznym inspektorem. Kilka razy zdarzało się, że odwoziła nas do domu swoją ładą. Do dziś pamiętam, że jako może 7-latek zastanawiałem się, jak to jest, że artystka baletu ma za przednią szybą w samochodzie lizak taki sam, jaki mieli milicjanci. Ale nigdy o to nie zapytałem.

Dlaczego wspominam ORMO? Bo historia lubi się powtarzać. ORMO już nie ma, ale są aktywiści, którzy doskonale wcielają się w rolę neo-ORMO. Kojarzą państwo instytucję szeryfa drogowego? To kierowca, który uważa, że jego misją jest pouczać innych, jak powinni jeździć. Pół biedy, jeśli pokrzykuje zza kierownicy. Gorzej, jeśli na przykład zajeżdża innym drogę i gwałtownie hamuje. To często kończy się stłuczką. Inną popularną działalnością szeryfów drogowych jest – a przynajmniej było do momentu wprowadzenia przepisu o jeździe na suwak – blokowanie lewego pasa przed jego odległym zakończeniem, tak żeby wszyscy musieli się tłoczyć na prawym.

Ale to jeszcze nie jest neo-ORMO w pełnym wymiarze, bo drogowi szeryfi nie przemierzają jednak dróg w poszukiwaniu okazji do interwencji. Oni działają tylko, gdy jakiś problem spotkają na swojej drodze. Lepiej zjawisko neo-ORMO ilustruje grupka aktywistów, którzy w Warszawie zajęli się tępieniem kierowców, wjeżdżających na chodnik, szukających tam miejsca parkingowego lub jadących wzdłuż niego. Kręcą o tym filmy i umieszczają na YouTube. Nazwy nie podaję, bo nie chcę robić reklamy towarzystwu, które na swoim perwersyjnym hobby być może będzie chciało zarabiać.

Najpierw kilka słów o samym zachowaniu kierowców. Co do zasady, jest to zwykle złamanie przepisów. Ale, jak wiadomo, prawdziwe życie nie jest czarno-białe. Okoliczności, miejsca, sytuacje bywają różne. Czasami przyczyną jest lenistwo i poczucie bezkarności, czasem natomiast człowiek naprawdę jest w kropce, a jego postępowanie nie stwarza żadnego zagrożenia. Gdyby było inaczej i gdyby każda sytuacja naruszenia tego – i innych – przepisów była identyczna, nie byliby potrzebni policjanci ze swobodą decyzji i możliwością pouczenia zamiast mandatu, wystarczyłyby algorytmy i automaty, wlepiające mandaty. Inaczej przecież ma się sprawa, gdy ktoś przejeżdża po chodniku pięć metrów, żeby zaparkować przy posesji w miejscu, gdzie nikomu nie blokuje przejścia, a inaczej, gdy agresywny cwaniak omija chodnikiem korek (i takie sytuacje widziałem kilkakrotnie na własne oczy), wykonując slalom między pieszymi. Żeby było jasne: ja po chodnikach nie jeżdżę, a parkuję tylko na wyznaczonych miejscach. Drogowego cwaniactwa nie popieram, ale jeszcze bardziej nie popieram aktywu robotniczego, który pragnie wyręczać władzę ludową w wypełnianiu obowiązków.

Co charakteryzuje wspomnianą grupę neo-ORMO-wców? Oni nie podejmują interwencji przy okazji, jak zrobiłby człowiek, który dostrzega niebezpieczną sytuację, ale z walki z jakimś, choćby i patologicznym zjawiskiem nie uczynił sensu swojego życia. Oni się zaczajają tam, gdzie – jak wiedzą – będą mieć materiał na kolejny odcinek swojego filmiku. Następnie zastawiają drogę samochodom, poruszającym się po chodniku, nagrywają swoją konfrontację z kierowcami, wymuszają na nich na ogół wycofanie się – co zresztą często stwarza zagrożenie większe niż gdyby pozwolili im jechać dalej. To zachowanie celowo złośliwe i prowokacyjne. Co ważne – identyczne niezależnie od tego, jakie są okoliczności. Czy chodnik jest uczęszczany czy pusty, czy bezpieczniej jest samochód przepuścić czy nie. To ludzie z rewolucyjnym poczuciem misji. Ich nie obchodzą detale.

Obserwując od jakiegoś czasu ich kanał i przejrzawszy ich profil na FB, nie mam wątpliwości: to kolejna grupa antysamochodowych obsesjonatów. Ich celem tak naprawdę nie jest zapewnienie bezpieczeństwa, a walka z kierowcami w ogóle.

Można by powiedzieć: wspaniale, aktywiści walczą z problemem – niech walczą. Otóż – nie, oni z żadnym problemem nie walczą, a tym bardziej żadnego nie starają się rozwiązać, co jest wspólną cechą neo-ORMO-wców. Jak funkcjonują takie grupy co do zasady i skąd się biorą? Czym się różnią od pozytywnych i godnych poparcia obywatelskich inicjatyw?

Przede wszystkim podglebiem dla ich rozkwitu jest sklerotyczne przeregulowanie rzeczywistości, a w rezultacie – utrudnienie lub nawet uniemożliwienie obywatelom przestrzegania prawa. Wyjaśnijmy to na przykładzie parkowania w Warszawie: od ponad dekady w stolicy trwa likwidowanie na potęgę miejsc parkingowych, a jednocześnie nie zbudowano ani jednego z obiecywanych jeszcze przez Hannę Gronkiewicz-Waltz dużych publicznych parkingów. W centrum miasta są rejony, gdzie przy najlepszych chęciach czasami nie znajdzie się legalnego miejsca do parkowania nawet na istniejących płatnych parkingach. To sytuacja, w której kierowcy znacząco utrudnia się lub uniemożliwia znalezienie legalnego miejsca do parkowania. Stawia się przed nim wymóg niemożliwy do spełnienia. Może to dotyczyć różnych dziedzin życia – i wtedy wkracza neo-ORMO.

Aktywiści tego typu działają tam, gdzie jest mocna ideologiczna podstawa. Innym przykładem są zorganizowane komanda wrogów myśliwych, starające się blokować polowania, aczkolwiek w tym akurat wypadku to aktywiści łamią prawo.

Neo-ORMO-wcy, jako się rzekło, nie starają się w żaden sposób rozwiązywać problemu. Oni mają mentalność strażników rewolucji, to współcześni sankiuloci: ich nie obchodzą przyczyny danego stanu rzeczy, oni będą się domagali przestrzegania najbardziej nawet nieżyciowych przepisów, bo te przepisy są zgodne z ich ideologicznie motywowaną misją. Wyobraźmy sobie na przykład komando ideologicznych przeciwników smogu, które przemierza Kraków i samo wypatruje podejrzanych dymów z kominów, żeby donieść straży miejskiej, kto prawdopodobnie łamie przepis o zakazie palenia stałym paliwem. Tak nie zachowuje się nikt normalny. Może ewentualnie donieść na swojego sąsiada – i tyle. Neo-ORMO natomiast samo szuka okazji do awantury.

Wspomniana grupa nie jest zatem zainteresowana rozwiązaniem problemu braku miejsc do parkowania – co zresztą otwarcie deklaruje na swoim profilu. W ogóle nie jest zainteresowana przyczynami problemu, z którym podobno walczy. Jej członkowie nie pokazują twarzy, nie przedstawiają się – widocznie mają z tym jakiś problem, choć podobno wykonują chwalebną pracę. Nie próbują wnosić do budżetu obywatelskiego projektów, które ucywilizowałyby sytuację parkingową w mieście, nie prezentują żadnych pozytywnych rozwiązań. Ich jedynym celem jest nakręcanie hejtu na kierowców. Im ostrzej, tym lepiej. I to im się udaje, jeśli poczytać komentarze pod ich filmami i na profilu na FB – są świetni w budowaniu złych emocji.

Neo-ORMO składa się na ogół z funkcjonariuszy, których sytuacja życiowa nie zmusza do codziennych, kłopotliwych wyborów. To ułatwia zero-jedynkowe widzenie rzeczywistości. Ktoś, kto nie ma codziennych obowiązków, rodzinnych zobowiązań, zwyczajnych problemów może sobie pozwolić na luksus radykalizmu w tych właśnie codziennych okolicznościach. To zresztą cecha wielu aktywistów ruchów miejskich, żądających urządzenia przestrzeni zgodnie z ich oderwanymi od realiów wyobrażeniami.

Nowi ORMO-owcy, nie mam złudzeń, będą się mnożyć w miarę jak polskie państwo będzie obrastało rakiem absurdalnych, nieżyciowych przepisów, często tworzonych bez analizy skutków, za to według ideologicznego schematu. Na profilu wspomnianej grupy ktoś napisał, że zamierza stworzyć brygadę interwencyjną, która będzie polowała na babcie sprzedające na ulicy pietruszkę bez stosownego zezwolenia i wywracała im stoliki. Słusznie. Czym to się różni od zadania, którego podjął się już aktyw robotniczy w nowym wydaniu? Niczym.