NFZ w Krainie Czarów
Łukasz Warzecha 17.03.2019

Jak może budować własny samochód elektryczny albo planować gigantyczne inwestycje infrastrukturalne państwo, które ma bałagan w swoich podstawowych papierach, a najprostsze procedury komplikuje jak C.K. biurokrata u schyłku cesarstwa (nie wiem, czy nie obraziłem tu C.K. biurokratów)? To, rzecz jasna, pytanie retoryczne.

 

Opiszę państwu dzisiaj własną historię. Z góry przepraszam tych wszystkich P.T. Czytelników, dla których będzie to historia banalna, bo z powodu swojej profesji, prowadzenia interesu czy jakichkolwiek innych zmagają się niemal codziennie ze znacznie bardziej skomplikowanymi problemami. Zakładam jednak, że dla niektórych może to być pouczający przykład, a poza tym jestem pewien, że uprawnione jest tutaj rozumowanie indukcyjne („od szczegółu do ogółu”).

Historia dotyczy pozornie najprostszej procedury, jaką jest dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne. To rozwiązanie dla osób, które nie pracują na etacie, ale też nie prowadzą działalności gospodarczej. Mogą wówczas zawrzeć umowę o dobrowolnym ubezpieczeniu zdrowotnym z odpowiednim oddziałem NFZ i cieszyć się państwową służbą zdrowia, samemu przelewając co miesiąc składkę w wysokości, która uzależniona jest od stosownych danych GUS, dotyczących wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw za poprzedni kwartał.

Niby proste, ale absurdalność pojawia się na samym początku, bo choć umowa jest z NFZ, to jako ktoś w rodzaju pośrednika musi w niej brać udział ZUS. W końcu to on jest od ubezpieczeń. To już komplikuje sprawę, bo rzecz trzeba załatwiać w dwóch instytucjach. Od lat nic się w tej kwestii nie zmieniło. To samo dotyczy rozwiązywania umowy: wygląda na to, że pomiędzy tymi dwoma molochami przepływ informacji jest, by tak rzec, ograniczony, ponieważ NFZ zaleca, żeby w odrębnym trybie powiadomić ZUS, nawet jeżeli rozwiąże się umowę w funduszu. „Wie pan” – usłyszałem – „oni będą pana pewnie dręczyć pismami o zaległe składki. Owszem, po jakimś czasie się zorientują, że ta umowa już nie obowiązuje, ale to może potrwać nawet kilkanaście miesięcy”.

Gdy zawierałem umowę o dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne kilkanaście lat temu, ZUS wymagał od płatników comiesięcznych deklaracji – kolejna kompletnie absurdalna procedura. Deklaracje nie zawierały bowiem żadnych nowych informacji ani też żadnych, których ZUS sam nie mógłby uzyskać: dane osobowe, wysokość opłaconej składki – tyle. Ale co miesiąc trzeba było wypełniać specjalny druk i wysyłać go pocztą lub zawozić do ZUS. Potem pojawiła się platforma Płatnik, która ułatwiła sprawę: formularze można było już wypełniać i wysyłać przez internet. Ale żeby korzystać z Płatnika, trzeba było założyć profil zaufany, którego szczęśliwym posiadaczem stałem się już po niezbędnych dwóch wizytach w odpowiednich placówkach. Dziś profil zaufany można szczęśliwie założyć na przykład poprzez swój bank, ale wtedy, jakąś dekadę temu, nie było to takie proste.

Czy ZUS nadal wymaga comiesięcznych absurdalnych formularzy – nie wiem. Na wszelki wypadek wysyłałem je do samego końca trwania mojej umowy.

Pod koniec ubiegłego roku zdecydowałem się przejść z ubezpieczenia dobrowolnego na ubezpieczenie przez członka rodziny. Początkowo naiwnie sądziłem, że wystarczy stosowna deklaracja, złożona przez owego członka rodziny , żeby moja umowa z NFZ wygasła i gładko przeszła w ubezpieczenie przez członka. Przecież NFZ w swoim systemie informatycznym ma wszelkie potrzebne dane. Jeżeli zaś miałby jakieś wątpliwości, może się z płatnikiem skontaktować. A w moim przypadku ma w dodatku płatnika, dysponującego profilem zaufanym, a więc własnym kontem na ePUAP, który przecież służy także do komunikacji między obywatelem a urzędami. Jednak na żadnym etapie sprawy nie padło pytanie o mój profil zaufany, a kiedy sam wspomniałem, że do przesyłania informacji mógłbym użyć skrzynki na ePUAP, reakcja była wstrzemięźliwa. Usłyszałem, że lepszym rozwiązaniem jest zwykły mejl. To wiele mówi o jakości i dostępności informatycznych rozwiązań, działających w polskiej administracji. Dobrze chociaż, że działają mejle.

Gdy idzie o rozwiązanie umowy – okazał się, że nic tu się nie dzieje z automatu. Nie można przecież załatwiać spraw w najprostszy możliwy sposób. NFZ poinformował mnie, że powinienem skierować do nich podanie o rozwiązanie umowy. Jako się rzekło, mogłem to szczęśliwie zrobić mejlem. Odpowiednie pismo sporządziłem i wysłałem jego skan na wskazany adres. Zapadła cisza na wiele tygodni.

Nie wziąłem pod uwagę, że to nie jest koniec historii, a swoje trzy grosze, jako aktor epizodyczny, dołoży i Poczta Polska. O ile bowiem ja mogę przesłać swoje pismo do urzędu zwykłym mejlem, to już urząd nie może mi odpowiedzieć w ten sam sposób. Musi to zrobić na papierze, w dodatku listem poleconym ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru.

Tymczasem Poczta Polska w rejonie podwarszawskim działa tak, że nazwanie jej burdelem jest obraźliwe dla dobrze zorganizowanych i sprawnie działających lupanarów. W szczególności celuje w tym poczta, która obsługuje moją miejscowość. Do tego stopnia, że kilka miesięcy temu stała się nawet bohaterem – negatywnym – reportażu, gdy okazało się, że listy potrafią na niej przeleżeć nawet dwa miesiące. Po fali zainteresowania niezwykłymi dokonaniami tej placówki pocztowej nastąpiła chwilowa poprawa, ale teraz wszystko zdaje się wracać do normy.

Kilka dni temu odebrałem bowiem list polecony ze zwrotnym potwierdzeniem odbioru (już po 30 minutach czekania w kolejce), nadany 4 lutego w Warszawie, u mnie awizowany zaledwie po miesiącu, 5 marca. Dla porządku zaznaczam, że siedzibę nadawcy listu, Mazowiecki Oddział NFZ, dzieli od mojego domu 16 km. Od chwili nadania do awizowania minęło 29 dni, czyli tak, jakby każdego dnia list przebywał około 550 metrów. Przypominam, że od Poczty Polskiej zależy w naszym kraju mnóstwo urzędowych procedur.

Na dwóch kartkach wydruku Mazowiecki Oddział NFZ udzielał mi następujących wyjaśnień:

[…] Zgodnie z art. 68 ust. 1 ustawy z dnia 27 sierpnia 2004 r. o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych osoba objęta obowiązkowym ubezpieczeniem zdrowotnym (np. zleceniobiorca) nie może podlegać równolegle dobrowolnemu ubezpieczeniu zdrowotnemu. […] Z danych zawartych w systemie informatycznym Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że w okresie od 5 marca 2010 r. do 6 maja 2010 r. oraz w dniu 22 maja 2018 r. był Pan zgłoszony do ubezpieczenia zdrowotnego z tytułu zatrudnienia na umowę zlecenia.

Dalej NFZ wywodzi, że aby móc rozwiązać ze mną umowę o dobrowolne ubezpieczenie zdrowotne, najpierw musi ode mnie otrzymać oświadczenie (mogę je przesłać mejlem!), że w związku z opisanym konfliktem ubezpieczeń wyrażam chęć kontynuowania umowy dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego oraz nie będę występował o zwrot składek, które wpłaciłem za wspomniane miesiące.

Proszę postarać się pojąć całą sytuacji. NFZ nie tylko pisze, że żeby móc ze mną rozwiązać umowę, musi najpierw dostać ode mnie pismo, że nie rozwiązałem jej w przeszłości i że w przeszłości chciałem ją kontynuować (bo przecież fakt opłacania przeze mnie składek przez kolejne dziewięć lat nie wystarczy), ale też informuje mnie, że właściwie to bez takiej deklaracji… no właśnie: co? Moja umowa przestała obowiązywać w marcu 2010 roku? Chyba tak, bo NFZ pisze:

W przypadku dostarczenia ww. oświadczenia zawarta przez pana umowa dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego zostanie rozwiązania z dniem 6 listopada 2018 r. w związku ze zgłoszeniem do ubezpieczenia zdrowotnego jako członek rodziny […], a nie z datą wcześniejszą – 4 marca 2010 r., tj. dzień przed zgłoszeniem do obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego z tytułu podjęcia zatrudnienia na umowę zlecenia od dnia 5 marca 2010 r.

Żeby było śmieszniej, po owym 5 marca 2010 roku wielokrotnie otrzymywałem z NFZ kartę EKUZ, kupowałem refundowane lekarstwa i bywałem u lekarza, nie tylko prywatnie. Mój prosty umysł nie potrafi ogarnąć tej urzędniczej konstrukcji, ale widocznie NFZ umie cofać się w czasie i, mało tego, zmieniać przeszłość.

Niezgłębioną zagadką pozostaje dla mnie, dlaczego informacja o zaistnieniu sprzeczności między umową zlecenia (nie zawsze mam wpływ lub nie zawsze zauważam, że zleceniodawca zgłasza mnie do ubezpieczenia, wywołując tym biurokratyczne zwarcie w obwodach) a obowiązującą umową dobrowolnego ubezpieczenia zdrowotnego nie została mi nigdy w żaden sposób przekazana – również wówczas, gdy urzędnicy NFZ grzebali w komputerze, żeby wystawić mi EKUZ. Nie rozumiem, dlaczego NFZ nie jest w stanie zawiadomić płatnika w jakikolwiek sposób, że coś się nie zgadza. Może NFZ myśli, że powinien zrobić to ZUS, a ZUS – że NFZ. Nie rozumiem, po co udostępnia się ludziom ePUAP, skoro jest on w takich sytuacjach bezużyteczny.

Rozumiem natomiast doskonale jedno: po latach mozolnych reform, informatyzacji, po setkach, a może nawet tysiącach deklaracji kolejnych rządów o upraszczaniu procedur, wychodzeniu naprzeciw potrzebom obywateli, likwidowaniu absurdów – nadal tkwimy po uszy w świecie nonsensu jak żywcem przeniesionym z powieści Lewisa Carrolla o przygodach Alicji w Krainie Czarów i po drugiej stronie lustra. A ta historia mówi przecież o najprostszej, najbanalniejszej sprawie: jednej usłudze dla obywatela, gdzie nie ma żadnej komplikacji, opłacana jest jedna prosta składka, wszystko powinno być widać czarno na białym, obywatel jest dostępny, nie ukrywa się, nie kombinuje, mało tego – jest wyposażony w specjalny kanał komunikacji w postaci profilu zaufanego i konta na ePUAP.

Proszę teraz pomyśleć: jeśli w tak prostej sprawie polskie państwo działa w taki sposób, to jak działa w przypadku przedsiębiorców, którzy podobnych atrakcji doświadczają w dawce kilkudziesięciokrotnie wyższej? A jak ma działać w sprawie przedsięwzięć takich jak CPK, gdzie tego typu kombinacji jest kilkaset tysięcy razy więcej?

Stosowne pismo do NFZ oczywiście wysłałem. Może na tym się skończy.