Niczego się nie nauczyli, nic nie zrozumieli
Dariusz Matuszak 19.12.2019

Znowu to zrobili. Znowu wsadzili drut w kontakt i są zdziwieni, że ich pokopało. Politycy, eksperci, członkowie think tanków z minami smutnych mopsów zaludnili studia telewizyjne i próbują wyjaśniać dlaczego po raz tysięczny nie mieli racji i dlaczego Partia Konserwatywna odniosła tak wielkie zwycięstwo w brytyjskich wyborach. Można do znudzenia powtarzać opinię Talleyranda o Bourbonach, którzy po klęsce Napoleona ponownie zasiedli na tronie Francji: niczego się nie nauczyli, nic nie zrozumieli. Podobnie owi eksperci próbujący objaśniać świat i wieść ciemny lud ku postępowi.

 

Jeszcze na kilka dni przed wyborami wmawiano, że niewielka sondażowa przewaga Konserwatystów nad Lejburzystami maleje. Tydzień temu znawcy zastygli w stuporze: Partia Pracy uzyskała najgorszy wynik od 84 lat, a Torysi mają w Parlamencie przewagę taką jak za czasów Margaret Thatcher. Partia Pracy straciła mandaty nawet w okręgach, w których zawsze wygrywała – na północy Anglii, czy w Walii, tam gdzie kiedyś biło przemysłowe serce Zjednoczonego Królestwa. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że najważniejszym tematem wyborów był Brexit. To z powodu paraliżu w Izbie Gmin, gdy deputowani ani nie byli w stanie przyjąć kontraktu rozwodowego wynegocjowanego z Unią przez rząd Johnsona, ani nie chcieli zgodzić się na Brexit bez umowy, rozpisano przedterminowe wybory. Teraz Boris Johnson ma taką przewagę, że wyjście z Unii 31 stycznia jest praktycznie przesądzone.

Ale nie, wciąż słyszymy, że jednak nie, że być może będzie drugie referendum, że opinia publiczna została wprowadzona w błąd, że to Corbyn, szef Partii Pracy, człowiek o charyzmie i mentalności emerytowanego działacza młodzieżówki zawinił, więc gdyby był inny lider to ho ho dopiero by wygrali i żadnego Brexitu by nie było.

Jedyna składna analiza przyczyn klęski lewicy na jaką natrafiłem pochodzi od Paula Embery, strażaka i związkowca, który zawsze głosował na Partię Pracy. Żaden z ekspertów, dziennikarzy nie potrafił powiedzieć nic nowego. W kółko te same komunały o tym jak to Brexit dzieli Brytyjczyków i jakie nieszczęścia spadną na Albion, gdy do niego dojdzie. W samym stwierdzeniu, że Brexit dzieli zawarte są fałsz i manipulacja. Bo według tych ekspertów jedność powinna polegać tylko na tym, że wszyscy staną się adoratorami Unii. A może powinno być odwrotnie: wy postępowi eurokraci zgódźcie się wreszcie na Brexit i stanie się jedność. To nie Brexit dzieli Brytyjczyków, tylko członkostwo w Unii.

Opinia owego strażaka Embery jest o tyle cenna, że już niedługo będzie odnosić się do niemal każdego kraju unijnego, czy Stanów Zjednoczonych i nie tylko do tradycyjnych partii lewicy, ale do wszystkich ugrupowań mainstreamu. Oto obszerne fragmenty.

„Wynik nie był niespodzianką dla nikogo kto był uważny i nie był zaślepiony ideologią i fanatyzmem” – pisze Embery. „Niektórzy z nas od dawna ostrzegali, że partia coraz bardziej oddala się od wyborców z klasy pracujących, z małych postindustrialnych miasteczek Wielkiej Brytanii. Ale waliliśmy głową w mur. Liberałowie (inaczej niż w Polsce określenie to dotyczy liberałów w sferze kulturowej, obyczajowej, czy społecznej, a nie zwolenników wolnego rynku), którzy teraz dominują w partii nie słuchali nas. Myśleli, że wystarczy ciągłe wbijanie do głowy opowieści o nierównościach ekonomicznych, by Partia Pracy wygrała. Srodze się przeliczyli. Nie zrozumieli, że wyborcy z klasy pracującej chcą czegoś więcej niż bezpieczeństwa ekonomicznego, chcą bezpieczeństwa kulturowego. Chcą by politycy szanowali ich styl życia, ich poczucie przynależności i świadomość własnego miejsca, By zajmowali się kwestiami takimi jak praca, rodzina, społeczność, a nie jakimiś mglistymi pojęciami jak „różnorodność”, „równość” i „inkluzywność”. Lejburzyści przez wyznawanie dogmatów o mniejszościach, wychwalanie polityki otwartych granic, nadawali na zupełnie innych falach niż brytyjska prowincja, bez której zwyczajnie nie mogą zdobyć władzy. Na koniec Lejburzyści przegrali wojnę kulturową, nawet nie zdając sobie sprawy z tego, że ją toczą. Jeszcze zanim przyszedł Corbyn partia zaczęła forsować program miejskiej, liberalnej klasy średniej, a nie dawnej klasy pracującej z serca kraju.

Brexit dawał szansę, by partia znów połączyła się ze swą tradycyjną bazą i pokazała wyborcom z klasy pracującej, że rozumie ich priorytety i stoi po ich stronie. Ale oblała egzamin woląc schlebiać swym członkom, zamiast odwołać do tych, których głosy potrzebowała. Jej decyzja, by wspierać drugie referendum okazała się wyborczym samobójstwem. Milionom rozczarowanych z głębi kraju nie dało się wysłać czytelniejszego sygnału, że partia nie reprezentuje ich i nie szanuje ich demokratycznych wyborów. …

Co teraz? Partia Pracy musi jakoś przywołać swego tradycyjnego ducha, który przemawiał do patriotycznych uczuć, poczucia wspólnoty i dać im schronienie. Musi odnaleźć równowagę, która połączy żądania sprawiedliwości ekonomicznej i kulturowej stabilizacji. Musi poruszyć niebo i ziemię, by dotrzeć do wyborców w brytyjskich postindustrialnych i przybrzeżnych miastach, którzy osłupiali patrzyli jak ich wspólnoty poddane były drastycznym zmianom ekonomicznym i kulturowym i czuli jak lejburzyści są obojętni na ich ciężki los. Musi na nowo pobudzić politykę jednoczenia się wokół wspólnych wartości i wspólnych więzów kulturowych.

By to osiągnąć Partia Pracy musi przestać traktować członków tradycyjnej klasy pracującej protekcjonalnie tak, jakby byli jakimiś zawstydzającymi, podstarzałymi krewnymi. Musi nauczyć się szanować na przykład tych, którzy byli za Brexitem, sprzeciwiają się masowej imigracji, chcą zobaczyć twardy i efektywny wymiar sprawiedliwości, czują dumę z bycia Brytyjczykami, wspierają umacnianie rodziny jako podstawy społeczeństwa. Wolą, by system opieki oparty był o zasadę wzajemności – coś za coś, zamiast być powszechnym przywilejem, czy uprawnieniem i wierzą w państwo narodowe. Którzy nie mają obsesji na tle multikulturalizmu, praw osób zmiennopłciowych…. A teraz wielu partyjnych działaczy patrzy na tych wyborców jak by byli przedstawicielami jakiegoś innego gatunku. Ceną były miliony straconych głosów.

Istnieje niebezpieczeństwo, że niektórzy uznają katastrofalną porażkę wyborczą za jakiś mandat, by wrócić do Blairyzmu (od nazwiska byłego premiera i lidera Partii Pracy Tony Blaira). To elity Blaira (”Blairelite”) przyjęły globalizm i liberalny kosmopolityzm z ich destrukcyjnymi konsekwencjami dla społeczności klasy pracującej… Bardzo niewielu w naszym kraju chce powrotu do tej polityki. Partia stoi dziś na rozstajach. Ci, których strategia przywiodła do sromotnej, największej od lat 30-ych klęski, mogą nadal zanurzyć się w swych urojonych wierzeniach, że klasa pracująca wesprze ich, jeśli tylko zdołają wstrząsnąć jej „niewłaściwą” świadomością. Ale mogą też podjąć szczerą, twardą debatę na temat tego, dlaczego wszystko poszło tak katastrofalnie źle i jak to naprawić. Jesteśmy świadkami początku fundamentalnych zmian w brytyjskiej polityce. Stare plemienne podziały kruszą się. Odpowiedź Partii Pracy zdecyduje o tym, czy pozostanie ona poważną siłą polityczną, czy zamiast tego pozostanie partią permanentnego protestu.

Czy to ostatnie zdanie przywodzi Państwu na myśl jakieś skojarzenia. Mnie tak. Różnica jest tylko taka, że PO nigdy nie deklarowała się jako partia lewicowa, ale jako ugrupowanie wolnego rynku, wspierające przedsiębiorczość, a u swych początków broniące tradycyjnych wartości. Czy dziś coś z tego zostało i czy już wystarczy tylko zamienić ów globalizm Blaira, na europejskość, by zobaczyć Platformę, jako partię permanentnego protestu?

Tuż po ogłoszeniu wyników exit poll na ulice Londynu wyszli demonstranci, którzy nie uznają wyników wyborów. Tak samo jak nie uznali referendum. Klasa polityczna i mediowa zaś znów podważa sens demokracji. Świetny wynik Szkockiej Partii Narodowej ma osłodzić klęskę lejburzystów i wielkie zwycięstwo zwolenników Brexitu. Znów mówi się o referendum w Szkocji i odłączeniu się od Wielkiej Brytanii. Ponieważ Szkoci chcą w Unii pozostać, to ich referendum jest jak najbardziej słuszne i zgodne z „unijnymi normami”. To zaś dotyczące Brexitu jest już głęboko niesłuszne i populistyczne. Eurokratom nie przeszkadza nawet nacjonalizm szkockiej partii. Bo on jest nasz, „unijny”.

Brytyjskie wybory były wielkim ćwiczeniem demokracji. Rozstrzygało się bowiem nie tylko to, kto będzie rządził, czy dojdzie do Brexitu, ale też to, czy lud ma coś jeszcze do powiedzenia w sprawach fundamentalnych dla swojego kraju, Jeden z najwybitniejszych brytyjskich publicystów Pierce Morgan, który przez lata pracował także w CNN, zawsze był zwolennikiem pozostania w Unii. Jednak zawsze też uznawał, że skoro lud tak zdecydował, to Brexit musi nastąpić. Jakże to inne od tej obstrukcji, którą prowadził rząd Theresy May, Partia Pracy, deputowani w Izbie Gmin i brukselscy urzędnicy. Morgan w dniu głosowania opublikował swe zdjęcie sprzed lokalu wyborczego, gdy stoi w sportowych butach, dokładnie takich jakie często nosi Johnson. On, zwolennik pozostania w Unii zagłosował na tych, którzy chcą z niej wyjść, bo uznaje, że najwyższą wartością w całym demokratycznym procesie jest uszanowanie woli ludzi, nawet jeśli się z nią nie zgadzamy.

W analizie, którą przedstawił Embery najważniejsze są dla mnie zdania o potrzebie „kulturowego bezpieczeństwa” i poszanowania demokracji. Owo bezpieczeństwo kulturowe jest dziś na Zachodzie całkowicie lekceważone. Kilka dni temu sędzia Sądu Najwyższego USA Neil Gorsuch w trakcie wywiadu dla Fox News ośmielił się złożyć tradycyjne życzenia świąteczne: Merry Christmas. za co został zelżony nie tylko przez jakichś tam internautów, ale tez przez lewicowych/demokratycznych działaczy i media. To właśnie przejaw wojny kulturowej, o której Embery pisze. Mniejsza już o to, że ci którzy tak nawołują do tolerancji nie mają jej za grosz. Chodzi też o to kim stali się niegdysiejsi czempioni walki o sprawiedliwość społeczną. Tak jak Partia Pracy, tak i pozostałe lewicowe ugrupowania już dawno porzuciły swą wrażliwość na domniemane niesprawiedliwości ekonomiczne i troskę o ludzi pracy. Poszczególne kraje mają swą specyfikę, ale nie zmieni to faktu, że partie lewicowe stały się ugrupowaniami inżynierii społecznej. Niegdyś placem społecznej przebudowy była gospodarka, dziś jest kultura. Wystarczy rzucić okiem na polskie partie lewicy i to kogo dziś reprezentują. SLD tradycyjnie w części dawny aparat komunistyczny, ale razem z Razem, Wiosną, czy czymś tam od Nowackiej są to ugrupowania klasy urzędniczej, świata akademickiego i mediów, wolnych zawodów oraz pracowników korporacji. Czy opowieści o prawach mniejszości seksualnych, otwarciu granic, uchodźcach mają trafiać do pracowników budowlanych, kierowców ciężarówek, magazynierów, sprzątaczy, kasjerek, operatorów wózków widłowych i dźwigów, prowadzących stragany na bazarach – tych wszystkich których nawet dziś moglibyśmy nazwać klasa pracowniczą. Czy to oni mają zachwycać się tym, że ratusz warszawski odwołuje tradycyjny bożonarodzeniowy opłatek, ale za to uruchamia „tramwaj różnorodności”?

Partie oświecenia i postępu zapłacą prędzej, czy później cenę, tak jak brytyjscy lejburzyści. Nawet pogarszający się w Europie Zachodniej poziom życia, pogłębiające się rozwarstwienie nie dadzą im paliwa, bo zwyczajnie wyczerpują się już rezerwy. Nie da się więcej w Unii rozszerzać systemów opieki społecznej, hojnie podsypywać grosza kolejnym potrzebującym, czy zwykłym wyłudzaczom. Przychodzi zapłacić rachunki, tak jak we Francji, w której od roku trwają nieustające protesty społeczne. Co musi się jeszcze nad Sekwaną wydarzyć, by uznać, że wszystko tam się sypie?

Brytyjskie i europejskie elity wpadły też we własną pułapkę. Przez ponad 3 lata bombardowano Wyspiarzy przepowiadaniami o plagach jakie na nich spadną, gdy tylko dojdzie do Brexitu. Cukrzycy będą umierać, w sklepach nie będzie jedzenia, kolejki w Dover na przeprawę na kontynent będą stały po kilka dni. Już niedługo się przekonamy jak 5 gospodarka świata sobie samodzielnie radzi. Euroentuzjastom nie pozostaje nic innego jak tylko modlić się, by Wielką Brytanię dotknęła Apokalipsa. Rozpętana histeria musi gdzieś znaleźć ujście. Najgorszy scenariusz to taki, w którym Wielka Brytania sobie dobrze radzi. Mogłoby się bowiem okazać, że istnieje życie poza Unią. Jakiż demoralizujący wpływ mogłoby to wywrzeć na inne kraje. Jeszcze mogłyby sobie pomyśleć, że same mogą wyjść, albo zmienić Unię.