Niczyja inna to jest wina jak tylko trolli i Putina
Dariusz Matuszak 09.01.2019

Spójrzcie na królów naszych poczet

Kapłanów durnej tolerancji.

Twarze jak katalogi zboczeń

Niesionych z Niemiec, Włoch i Francji!

W obłokach rozbujane dusze,

Ciała lubieżne i ułomne,

Fikcyjne pakty i sojusze,

Zmarnotrawione sny koronne –

Nie czyja inna – lecz ich wina:

Sojusz Hitlera i Stalina!

Tak śpiewał Jacek Kaczmarski w pieśni “Tradycja” o nas, tych, którzy za swe własne nieszczęścia zawsze obwiniają innych.

Opowieści o złowieszczej Rosji i Putinie rozbijających Unię Europejską nie da się już słuchać. Zalew bzdur, kłamstw, konfabulacji – propagandowy bełkot na użytek wewnętrznej polityki państw Wspólnoty, czy Stanów Zjednoczonych. Obwinianie Putina o nieszczęścia Europy jest zwyczajnie głupie. To można by jeszcze znieść. Ale jest przede wszystkim szkodliwe.

Nie ma wątpliwości, że Putin jest bezwzględnym autokratą utrzymującym liche pozory demokracji, a Rosja agresywnym, skorumpowanym i zepsutym do cna imperialnym państwem, które za nic ma własnych obywateli i gotowe jest ich poświęcać dla utrzymania swej mocarstwowej pozycji. Jej władca Władimir Władimirowicz jest też bez wątpienia najwybitniejszym KGB-istą w dziejach tej formacji, który robi wszystko, by utrzymać status Rosji jako światowego gracza. Tymczasem europejscy i amerykańscy politycy – Demokraci, robią wszystko, by mu w tym pomóc. Nic tak nie buduje złudzenia potęgi tego państwa, jak nieustanne oskarżanie go – o Brexit, o wybór Trumpa, o zwycięstwo i pozycję Salviniego, o rewoltę żółtych kamizelek we Francji i co tam jeszcze.

Żadna z tych opowieści nie ma racjonalnych podstaw i jest jedynie dowodem na hipokryzję i wielką arogancję polityków. Na temat Rosji nie będę się rozwodził. Na WEI są tacy co lepiej się na niej znają, jak choćby mój blogowy sąsiad Marek Budzisz, ale popatrzmy przez chwilę. Rosja to wielkie złudzenie. Na mapach widzimy granice gigantycznego państwa ciążącego nad Europą i Azją. Rozrysowanie siatki równoleżników i południków na płaskiej mapie powiększa tylko wrażenie jej ogromu. Tymczasem to niemal całe terytorium to las, wieczne błoto i lodowa pustynia z wysepkami cywilizacji. Gospodarczo Rosja ma potencjał stanu Teksas, czy pogrążonej w kryzysie Hiszpanii. Mniejszy niż Włochy, Kanada, Korea Południowa, nie mówiąc już o Wielkiej Brytanii, czy Niemczech.

I oto wedle polityków ten kraj ma zdolność zmieniania biegu historii w państwach od siebie znacznie silniejszych. Nie za pomocą rakiet i dywizji rzucanych na rzeź, a za pomocą propagandy i dłubaniny w internecie trolli wyhodowanych na farmach w Sankt Petersburgu, czy Macedonii, jak twierdzi Clintonowa.

Początek opowieści o wszechwładzy Rosji to oskarżenia pod adresem Trumpa, że współpracował z Rosjanami i Putina, który ingerując w wybory za pomocą swych trolli doprowadził go do prezydentury. Jeszcze miesiąc przed wyborami Obama pewien zwycięstwa Clinton szydził z Trumpa wskazującego na nieprawidłowości w głosowaniu mówiąc, by wziął się do roboty, zamiast beczeć i narzekać, bo amerykański system wyborczy jest nie do zmanipulowania.

Tymczasem tuż po wyborach posypały się oskarżenia o ingerencje Rosjan i współpracę z nimi Trumpa. Przez półtora roku śledztwa prokuratora specjalnego Muellera niczego nie wykazały, a dowody okazują się groteskowe. Zeznający przed senacką komisją szef Googla Sundar Pichai powiedział, że jego firma zidentyfikowała reklamy Rosjan mogące odnosić się do wyborów. Ich wartość to 4700 dolarów.

Coraz więcej natomiast wskazuje na zmontowaną przez Demokratów prowokację mającą skompromitować Trumpa i jego współpracowników. Wszyscy jednak brną w opowieść o manipulacji Rosjan. Mówią o tym bezustannie Clintonowa, Obama, politycy Demokratów i media. Gdy słuchałem tego nie mogłem uwierzyć, że można być tak głupim i tak się podkładać.

Jak się okazuje nawet Republikanie nie są zbyt rozgarnięci, albo też pozbawieni ikry, czy sił, więc dali się wciągnąć w pułapkę zamiast odpowiedzieć potężną kontrą – ciosem piwnicznym na wątrobę. Skoro Rosjanie zmanipulowali, to ktoś do tego dopuścił. Tymczasem Republikanie i Trump zamiast przeczołgać przed komisjami śledczymi Obamę i całą jego administrację, szefów służb, komisarzy wyborów i kogo tam jeszcze i oskarżyć ich o nieudolność, zaniechanie, niekompetencję i całą listę grzechów, które pozwoliły obcemu mocarstwu mieszać się w najważniejszy akt polityczny w Stanach Zjednoczonych, wciąż się nieskładnie tłumaczą.

Opowieść Demokratów skwapliwie podchwycono w w Europie. Najpierw w Wielkiej Brytanii. Miłośnicy Unii musieli przecież jakoś wytłumaczyć, dlaczego ciemny lud podjął tak głupią decyzję jak Brexit. Wina Rosjan i ich trolli. Potem W Unii pojawiły się głosy, że to Putin i jego internetowi propagandziści umożliwili we Włoszech zwycięstwo Ligi i Ruchu Pięciu Gwiazd. Te bajki tak się spodobały, że teraz Macron i jego otoczenie mówi, iż Putin prowokuje Francuzów do rebelii żółtych kamizelek.

Oczywiście Rosja ma swój aparat propagandowy, oczywiście, że dłubie w internecie. I co z tego. Wszyscy to robią i wszyscy uprawiają propagandę (państwowe BBC tak bardzo chce pozostania w Unii, że w jego programach na 1 brexitowca przypada średnio 4 euroentuzjastów). Ale to nie rosyjska telewizja RT inscenizowała bitwy żółtych kamizelek na Polach Elizejskich, czy jak ostatnio na moście Leopold-Sédar-Senghor w Paryżu.

Niezrozumiała jest ta publicznie i bezwstydnie głoszona bezsilność wobec działań Rosji. Mało kto jednak zauważa to ostentacyjne przyznawanie się do własnych słabości i niekompetencji. W jak nędznym stanie muszą być Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Francja etc, że państwo o tak ograniczonych zasobach, mające własne ogromne problemy jest w stanie wpływać decydująco na bieg zdarzeń w nich.

“Wina Rosji” to oczywiście prymitywna wymówka. Lepiej zrzucić na kogoś odpowiedzialność za własne niepowodzenia. Tak, my jesteśmy wspaniali, władamy Europą mądrze i sprawiedliwie, Francja byłaby kwitnąca, tylko ten wstrętny Putin ze swoja farmą trolli w Macedonii wszystko nam zepsuł. Brexit, rewolta żółtych kamizelek, bunt Katalonii, kryzys imigrancki, populizm to nie nasza sprawka, tylko podstępnych Rusków. Nie trzeba więc niczego zmieniać, niczego poprawiać. Wystarczy tylko wprowadzić cenzurę, zakneblować media społecznościowe i już Rusek nie będzie mącił w głowie swymi fake newsami.

Jest też coś niebywale aroganckiego w tych twierdzeniach o odpowiedzialności Rosjan. Mało co lepiej ilustruje w jakiej pogardzie władcy mają obywateli Europy. Uważają ich za durni niezdolnych do tego by sami ocenili rzeczywistość i podejmowali decyzje. Bunt, niezgoda, odrzucanie lewicowego liberalizmu to nie efekt własnych przemyśleń, refleksji nad tym w jakim stanie są społeczeństwa i państwa, tylko bezwolne realizowanie jakiegoś “rosyjskiego scenariusza”. Nie zgadzasz się, to znaczy, że dałeś się omamić, oszukać putinowskiej propagandzie. Sam byś człeku nic nie wymyślił.

Także w Polsce przybiera to karykaturalne kształty, jak choćby przy okazji powołania Andruszkiewicza na wiceministra cyfryzacji, czy spotkania Kaczyńskiego z wicepremierem Włoch Salvinim. Nie wiem czy Andruszkiewicz się nadaje, czy lepszy byłby Czesiek, albo Wiesiek, ale wiem, że rozpętano wokół tej nominacji histerię. Przypisano mu , iż jest bezwolnym narzędziem w rękach Putina, bo kiedyś ośmielił się mówić o potrzebie zbliżenia z Białorusią i zakwestionował to, iż w Polsce miałyby stacjonować obce wojska. Pogląd, jak pogląd, można się z nim nie zgadzać, ale jest całkowicie dopuszczalny w debacie publicznej.

Kaczyński zaś nie powinien spotykać się z Salvinim, bo to też kremlowski sługus, czy kto tam. Co z tego, że jest najpopularniejszym i najpotężniejszym włoskim politykiem wyrastającym na lidera ludowych ruchów w Europie, skoro spotyka się z Putinem, a kiedyś włozył koszulkę z jego podobizną. Z Putinem to mogą spotykać się Merkel, Macron, były premier Włoch socjalista Matteo Renzi, a nawet połowa byłego niemieckiego rządu na czele z Joschką Fischerem i Gerhardem Schroderem pracować dla niego, bo to są nasi – Europejczycy, a nie jakiś tam, populista

Beneficjentem tej całej histerycznej kampanii w Europie i USA jest oczywiście Putin, wykreowany na niemal wszechmogącego demiurga. Czyż to nie fajnie prezentować się własnym poddanym jako sprawca Brexitu, mocarz trzęsący Unią, pan osadzający na tronie amerykańskich prezydentów. Zdecydowanie jest się czym chwalić, zwłaszcza w narodzie, który wielbi gierojów i silnych ludzi. Ot mołodiec. Zuch człowiek.

Żeby ocenić rolę Putina w tych wszystkich budzących strach u postępowych Europejczyków zdarzeniach, trzeba by też odpowiedzieć na pytanie: cui bono? Na czyją korzyść miałby działać Putin dążąc np. do rozpadu Unii? Jaki pożytek miałby z tego?

Być może coś mi umyka, ale na jego miejscu cieszyłbym się z obecnego stanu rzeczy, czyli wszechogarniającego bajzlu. A niech sobie mają tę Unię, ja otwieram szampana jak dowiaduję się, że Timmermans, albo Merkel mieliby być szefami Komisji Europejskiej. A jakby na trzecią kadencję został pijaczyna Juncker to nawet z drugiej butelki bym strzelił. Niech sobie wdrażają te wszystkie postępowe pomysły, wpuszczają tłumy nielegalnych imigrantów i budują to swoje multikulti, a ja sobie będę oglądał bezpośrednią transmisję z rebelii na ulicach Brukseli, Barcelony, czy Paryża. Co najmniej od 10 lat Europa pogrążona jest w kryzysie. Po co mi to zmieniać? Po co mi jakiś Brexit? Niech się Wielka Brytania kisi w brukselskim sosie. Na co mi samodzielność piątej gospodarki świata. Jeszcze tylko niepotrzebnie Brytyjczycy otworzyliby się na Indie, Australię, połowę Afryki. A tak to kłócą się o to ile krowa może dać mleka i jakie mają być odkurzacze. Niech sobie tkwią w tym paraliżującym i coraz bardziej ciasnym gorsecie

Nie bardzo wiadomo też dlaczego Putin wolał mieć nieprzewidywalnego Trumpa w Białym Domu zamiast Clintonowej. O Hillary wiedział wszystko. Schorowana, nadużywająca, zepsuta do szpiku kości, z katastrofalnym bilansem w polityce zagranicznej jako sekretarz stanu i sprzedająca za pieniądze wpływy w Waszyngtonie. Nie na darmo rosyjskie firmy wpłacały dziesiątki milionów dolarów na jej fundację, a mąż dostawał 500 tysięcy dolarów za 40-minutową przemowę. Więc jeśli taki był genialny plan, by zamiast z salonową królową mieć do czynienia z nieokrzesanym i nie dającym się kontrolować politycznym byśkiem, który nie ogląda się na jakieś ekologiczne mity i doprowadził do tego, że Stany Zjednoczone stają się największym w świecie producentem paliw i wydobywcą surowców energetycznych, to zaiste projekt powiódł się.