Państwo i Prawo
Nie będzie promów, będą gazowce. Rynkowy pomysł na stocznie
Artur Kiełbasiński 27.11.2020

Listopad 2020 r. Medialne tematy miesiąca to Strajk Kobiet, groźba zawetowania unijnego budżetu, dyskusje o teoretycznym wyjściu Polski z Unii, ocena skuteczności działań polskiej policji. No i COVID-19. Lawina informacji (z reguły złych) o COVID-19. Nic dziwnego, że w nawale newsów zaginęła informacja o planie odbudowy polskich stoczni. A szkoda…

 

„Program odbudowy przemysłu stoczniowego w Polsce” to dokument dość niezwykły. Powstał nie z zapotrzebowania politycznego, tylko realnej potrzeby branży stoczniowej. Napisali go eksperci, a nie politycy. Za projektem stoi organizacja oparta na biznesie prywatnym, a nie publicznym. Ale co najważniejsze – Program obliczony jest na realizację w perspektywie wielu lat i ma mocne oparcie w realiach gospodarczych. 

Zacznijmy od faktów – polski przemysł okrętowy ma się słabo. Możemy chwalić się w folderach najnowszymi jachtami produkowanymi na Pomorzu, możemy przytaczać przykłady dobrych stoczni takich jak Grupa „Remontowa” i gdyńska stocznia Crist. Obie stocznie, prywatne, elita rozwiązań technicznych w skali Europy, a czasami i świata.

Problem w tym, że dwa podmioty to za mało by mówić o sukcesie całej branży. Ponad dekadę temu Polska była w pierwszej dziesiątce krajów ze względu na nowo oddawane statki (w pełni wyposażone). Dziś nie jesteśmy nawet w pierwszej 30. To efekt zamknięcia stoczni w Szczecinie i Gdyni. Większość działających obecnie podmiotów zdegradowano do pozycji poddostawców dla zagranicznych odbiorców. I wprawdzie daje to pewną rentowność, jednak pozycja takich stoczni (z reguły niewielkich) nie jest na rynku zbyt mocna.

W tej sytuacji „Program odbudowy” wydaje się dokumentem kreślącym realną wizję odbudowy polskich stoczni. Co więcej, niewiele tu odwołań do finansowania ze środków publicznych. Środki takie byłyby tak naprawdę potrzebne tylko we wstępnej fazie realizacji programu.

A fundamenty tego planu mamy trzy.

Po pierwsze gazowce. Popyt na gazowce jest teraz ogromny. To skomplikowane konstrukcje, których szukają armatorzy na całym świecie – rynek gazu LNG dynamicznie rośnie. Sytuacja na rynku jest dziś taka, że stawki frachtowe wynoszą nawet 30% wartości ładunku. A realizując podpisane kontrakty na przewóz LNG do Polski wydać będziemy musieli w najbliższych 30 latach nawet 15 mld USD. Pytanie – czy stawki frachtowe trafią do polskich armatorów, czy do armatorów zagranicznych, ma więc ogromne znaczenie. Ale pokazuje też źródło finansowania gazowców. Jednak co najważniejsze – polskie stocznie uzyskałyby kompetencje do budowy tego typu jednostek i mogłyby realizować zlecenia eksportowe. To realna i rzeczowa wizja gospodarcza.

Drugi fundament to uczestnictwo w realizacji projektów proekologicznych. Polskie stocznie (w szczególności Grupa „Remontowa” i Crist) mają ogromne kompetencje w budowie lub modernizacjach napędów w jednostkach pływających. Silniki na LNG, napędy elektryczne, hybrydowe to normalne realizacje w polskich stoczniach. Trzeba podkreślić, że często stosujemy tu unikatowe, własne rozwiązania technologiczne. A rynek na zielone statki będzie wzrastać. Dość wspomnieć, że Parlament Europejski próbuje przeforsować włączenie emisji żeglugowych do systemu handlu certyfikatami emisyjnymi. Armatorzy bronią się przed tym rozwiązaniem, ale kierunek na unowocześnianie statków jest oczywisty. W tej sytuacji rozwój „zielonych kompetencji” w polskich stocznia to ogromna szansa na jeszcze więcej dobrych rozwiązań technologicznych i realne zlecenia budów i modernizacji statków.

Trzeci kierunek rozwoju to budowa farm wiatrowych na Bałtyku. W pierwszym etapie inwestycje w wiatraki na Bałtyku ma pochłonąć 100 mld zł. Ogromna część z tej kwoty dotyczyć będzie nie tylko samej budowy wiatraków, ale też budowy jednostek do stawiania farm, późniejszej ich obsługi i serwisowania. Potrzebne będą też specjalne jednostki związane z utrzymaniem połączeń kablowych farm z lądem. Jeśli dołożymy do tego fakt, że w stoczniach mogą powstawać konstrukcje wiatraków, to okazuje się, że ze wspomnianych 100 mld zł, do polskich stoczni znacząca część tych środków. To solidny fundament, na którym można planować biznes i jego rozwój. 

Co ciekawe autorzy Programu nie wspominają o programie budowy promów, który kilka lat temu był postrzegany jak narzędzie do rozwoju polskich stoczni. Dotychczasowe fiasko z budową promu, którego budowę symbolicznie rozpoczęto w Szczecinie poprzez położenie stępki, pokazuje, że rynek i zapotrzebowanie leżą w innym miejscu. I o ile żegluga promowa na Bałtyku będzie nadal rosnąć, to nie ma co wierzyć w realizację programu budowy szeregu promów.

Skupienie na innych segmentach rynku powinno przynieść lepsze efekty. Czy przyniesie? Nie wiemy. Jednak rynkowe podejście do wizji rozwoju polskich stoczni daje nadzieję, że uda się tej branży nadać prawdziwy impuls rozwojowy. A warto o branżę stoczniową powalczyć. To nie jest „przemysł ciężki” wg norm z lat 50.. To nowoczesna sfera gospodarki, korzystająca i kreująca nowoczesne rozwiązania technologiczne. I tak ją trzeba postrzegać.