Nie było nas był Sas
Jerzy Marek Nowakowski 30.05.2019

Wszyscy piszą o wyborach europejskich. No i oczywiście jest to główny temat rozmów. Generalnie w prognozach i sondażach przedwyborczych dominowało przekonanie, że w Polsce będzie remis ze wskazaniem (raczej na Koalicję Europejską) a w reszcie Europy generalny triumf populistów i nacjonalistów. Stało się dokładnie odwrotnie. W Polsce wyraźnie wygrał PiS, a w Europie najwięcej zyskali Zieloni i liberałowie. Oczywiście sukces partii Brexit w Wielkiej Brytanii to wzmocnienie skrzydła skrajnie eurosceptycznego. Ale mimo kolejnej brytyjskiej niespodzianki obawy, że Parlament Europejski zostanie sparaliżowany albo wręcz użyty przez wrogów Unii, okazały się mocno przedwczesne.

 

Niewątpliwie zmieniła się rzecz jedna. Dotychczasowy duopol chadeków i socjalistów którzy dzieli między siebie najważniejsze stanowiska w Unii wygląda na definitywnie zakończony. Muszą dopraszać do współrządzenia liberałów i zielonych. Co więcej na gracza wagi ciężkiej całkiem niespodziewanie wyrośli liberałowie. Nie tylko dlatego, że mają ponad setkę deputowanych i bez nich nie uda się żadna koalicja w PE. Przedstawiciele ALDE maja bowiem najliczniejszą grupę premierów (8) w najważniejszym organie decyzyjnym Unii, czyli w Radzie Europejskiej. Dla polskiego rządu to nie jest dobra wiadomość. Tocząc wojnę ze znienawidzonym przez PiS Fransem Timmermansem nasi rządzący trochę zapomnieli, że wiceprzewodniczący KE jest gołębiem w krytyce polskich rządów, w porównaniu z liderem ALDE Guyem Verhofstadtem. A po odejściu Angeli Merkel głównym rozgrywającym w Unii może okazać się lider ruchu liberalnego, czyli prezydent Macron, także mocno wobec polskiego rządu krytyczny. Co więcej, konsumpcja Brexitu nie tylko zapewni sutą posadę posłowi Tarczyńskiemu (który w odróżnieniu od sporej grupy swoich koleżanek i kolegów przynajmniej przyzwoicie mówi po angielsku), ale wzmocni czwórkę największych graczy w Parlamencie Europejskim.

Można długo analizować wyniki w poszczególnych krajach Europy. W Rumunii, gdzie rządząca partia nie tylko utraciła swojego lidera, który na 3 lata wędruje do kryminału, ale też wyraźnie straciła zaufanie swoich obywateli. W Grecji za chwilę będziemy mieli wybory, bo pogrom rządzącej Syrizy był na tyle oczywisty, że premier zapowiedział rozwiązanie parlamentu. We Francji Macron wprawdzie przegrał ale wygrał, gdyż Marine Le Pen wzięła mniej głosów niż pięć lat temu, minimalnie tylko wyprzedzając blok prezydencki. Z kolei w Wielkiej Brytanii nie odbyły się w istocie wybory tylko drugie referendum, dość zdecydowanie wygrane przez zwolenników Brexitu. Ale przede wszystkim przegrane dramatycznie przez rządzących konserwatystów. 7% poparcia to klęska największa od prawie 200 lat. Ostatnio tak słaby wynik torysi zanotowali w 1832 r. Biorąc pod uwagę, że liberałowie wyprzedzili kierowaną przez „ostatniego komunistę Europy” Partię Pracy, to awantura o Brexit może dość zasadniczo zmienić brytyjską geografię polityczną.

Oazą stabilności okazały się jak zwykle państwa północy. Bałtowie i Skandynawowie mimo mocnych partii skrajnych zagłosowali przewidywalnie. Na Łotwie wygrała Nowa Jedność byłego premiera Dombrowskisa, w Estonii antyeuropejska Konserwatywna Partia Ludowa po sukcesie w wyborach parlamentarnych nie powtórzyła go w wyborach do Europarlamentu. W Finlandii jedyna niespodzianką był znakomity wynik Zielonych.

Zieloni okazali się w ogóle czarnym koniem wyborów. Drugie miejsce i 20% poparcia w Niemczech oraz czwarty co do wielkości klub w Brukseli wskazują, że coraz więcej Europejczyków zaczyna traktować sprawy ekologii rzeczywiście na serio. Pierwsze miejsce utrzymali chadecy, ale z potężnymi stratami. Nie sprawdziły się prognozy wieszczące sukces prorosyjskich populistów z AfD, ale klęska SPD wskazuje, że także w Niemczech narasta potencjał politycznej zmiany.

Na południu przy przerażająco niskiej frekwencji (18% w Czechach) wygrały partie mniej więcej obliczalne. W Pradze remis pomiędzy rządzącym ANO premiera Babisza i sojuszem chadeków oraz samorządowców. Na Słowacji nowo wybrana prezydent Czaputowa patronowała centroprawicowemu sojuszowi, który po raz pierwszy od lat przełamał dominację partii SMER. Odżyli również słowaccy chadecy, którzy od kilkunastu lat nie mogli odbudować swojej pozycji politycznej.
Generalnie wybory europejskie przy rekordowej w skali kontynentu frekwencji przyniosły mniej zmian i niespodzianek niż oczekiwali komentatorzy.

W Polsce bardzo zdecydowane zwycięstwo PiS zaskoczyło wszystkich z samymi zwycięzcami włącznie. Ale też – co, jak starałem się wykazać wcześniej, nie jest niczym nadzwyczajnym – wybory kręciły się wokół spraw wewnątrzpolskich. I w istocie ich wynik jest wynikiem wyborów sejmowych w wykonaniu zmobilizowanych elektoratów. Przy czeskiej (i tradycyjnie polskiej) frekwencji wynik byłby dokładnie odwrotny.

W istocie pogrom opozycji powinien okazać się zimnym, ale ożywczym prysznicem. Kampania przed wyborami europejskimi w wykonaniu Koalicji Europejskiej powinna wejść do podręczników politologii pt: jak nie prowadzić kampanii?. Oczywiście ten rozdział należy umieścić zaraz za modelowym przykładem antykampanii jaką (skądinąd ten sam sztab wyborczy) prowadził w ostatnich wyborach prezydenckich.

Grzech pierworodny to fakt, że KE pozwoliła sobie narzucić ogromną większość tematów kampanijnych. Pies z kulawą nogą nie rozmawiał o rzeczywistych słabościach rządu, czyli edukacji i ochronie zdrowia. Zabójcza dla państwa licytacja na obietnice była z góry przegrana przez opozycję, która w odróżnieniu od rządu niczego rozdać nie może. A opowiadane z kwaśną miną bajki, że da jeszcze więcej obrażały inteligencję liberalnie myślących, przerażały myślących państwowo, a rozśmieszały zwolenników socjalu. Bo nawet najbardziej rozszalały socjalista ma świadomość, że swoimi plusami duet Kaczyński – Morawiecki nie tyle doszedł do ściany, ile ją przebił i obiecywanie „damy jeszcze więcej” jest równie wiarygodne jak obietnica przerobienia Ustki na Acapulco.

Ale było jeszcze gorzej. Poza wyścigiem – kto bardziej zepsuje państwo? – zabrano się do opowiadania upiornych banialuk mających przelicytować pomysł rewolucji obyczajowej Roberta Biedronia. Od początku twierdziłem, że gdyby Biedronia nie było to PiS powinien go wymyślić. No bo jak zmobilizować do głosowania w eurowyborach mieszkańca podkarpackiej czy małopolskiej wsi. Swoje „plusy” już skasował, Europarlament obchodzi go mniej niż hodowla strusi na jaja a tu jeszcze powódź go zalewa… No i opozycja znalazła sposób. Atakujemy Kościół. Religia won ze szkół, biskupi do więzienia, LGBT i wychowanie seksualne obowiązkowe. I nagle konserwatywny Polak z prowincji otrzymuje komunikat: jeśli nie pójdziesz do wyborów to ci zrobią taką rewolucję obyczajową, że własnej wsi nie poznasz. Kolejne wybryki lewicowych ekstremistów były nagłaśniane przez rządowe media. Liderzy PSL rwali włosy z głowy widząc uciekający elektorat wiejski, a liderzy opozycji prześcigali się w kolejnych paradach równości czy deklaracjach poparcia LGBT i opowieściach jakie to zmiany w programach szkolnych wprowadzą. Co robić, po niedzielnym obiedzie, po sumie wyborca konserwatywny ruszał zagłosować w obronie swojego spokojnego i poukładanego życia. I obronił. A jedynym zwycięzcą wyborów po stronie opozycyjnej okazało się SLD.

Taki paradoks. Jarosław Kaczyński poprzez stworzenie koalicji w 2006 roku pogrzebał politycznie „Samoobronę” i LPR. Zapłacił za to straszną cenę, bo PiS przejąwszy ich elektoraty zmienił się nie do poznania. Ale Grzegorz Schetyna w eurowyborach dokonał większej sztuki. Reanimował trupa postkomunistów, a nie zwierając koalicji z Biedroniem przerobił Platformę na Wiosnę – bis.

Dlaczego każdego dnia kampanii nie zadawano pytania o dymisję minister finansów? Gdzie byli liderzy warszawskiej listy KE? Gdzie i kto widział jakąkolwiek kampanię? Czy ktoś mówił o dramacie polskiej edukacji (poza będącymi całkowicie w poetyce PiS wrzaskami o podwyżkach dla nauczycieli)? Czy zadawano jakieś niewygodne pytania o stan służby zdrowia? Czy liderom list PiS ktoś zadał pytania o ich osiągnięcia w Europarlamencie?

Dyskretnie nie wspomnę, że nawet osoby zorientowane w polskiej polityce nie bardzo rozpoznawały co najmniej połowę nazwisk na listach Koalicji. 38% głosów w tej sytuacji to cud i dowód na niebywałą determinację przeciwników partii rządzącej. Jeżeli ktoś pracował na sukces wyborczy(pani Łukaciejewska, Arłukowicz, Sikorski) to go osiągał. Niestety częściej wbrew, niż z pomocą swojej koalicji. W ogromnej większości liderzy opozycji uważali, że należy wpaść do TVN 24, obiecać 1000+, wspomnieć, że będą walczyć ze wstrętnymi pedofilami (pardon klechami) i starczy.

Nie chcę powtarzać za znakomitym tekstem Łukasza Warzechy opowieści o straszliwej demoralizacji jaką do życia społecznego wniosła ta kampania. Kształtujący się duopol partyjny stara się przerobić racjonalnych obywateli w stado roszczeniowych baranów. Obawiam się, że koniec będzie tyleż żałosny co szybki. Bez względu na to kto wygra jesienne wybory parlamentarne zderzy się z roszczeniami, których spełnić się nie da. Powtórka z Grecji? Może. Jeżeli tylko pogorszy się koniunktura, to obawiam się, że kolejny rząd zostanie zmieciony przez kryterium uliczne obywateli, których sam przekona, że im się po prostu należy.

Europa pokazała, że w swojej większości otrząsa się z kryzysu wartości i głosuje na normalne siły polityczne. Przejmuje się przyszłością. My zdajemy się tymczasem realizować maksymę z epoki saskiej „jedz, pij i popuszczaj pasa”. Historycy oceniają dziś czasy saskie jako czas upadku Rzeczypospolitej. Warto jednak pamiętać, że wśród polskiej szlachty legenda „złotych czasów” Augusta III trwała aż do połowy XIX wieku.