Nie „obywatelskie zatrzymanie”, ale anarchizacja
Łukasz Warzecha 28.06.2020

Lewicowe media wpadły w zachwyt: znów – ogłosiły – obywatele dokonali „obywatelskiego zatrzymania” furgonetki fundacji Pro Prawo do Życia, która jeździ po Warszawie oklejona bannerami przeciwko ideologii LGBT, zaś z głośników nadawany jest komunikat, łączący tęże ideologię z pedofilią. Zdarzenia miały miejsce na Placu Zbawiciela, będącym kawiarnianą mekką warszawskiej lewicy. Później zaś samochód został zatrzymany na ul. Wilczej przez dzikich lokatorów jednej z kamienic, którzy już fizycznie zaatakowali osoby z furgonetki. Nie był to pierwszy wypadek „obywatelskiego zatrzymania” samochodu fundacji. Do podobnego zdarzenia doszło kilka miesięcy temu na Ursynowie.

 

Żeby było jasne: to nie jest tekst, oceniający działania fundacji, a mój do nich stosunek nie jest tutaj istotny. Ważne jest, jakie ogólne reguły niektórzy chcieliby z tych zdarzeń wysnuć.

Najpierw kwestie prawne. Oto fatalną robotę wykonują lewicowe media, powtarzające w tonie aprobaty frazę „obywatelskie zatrzymanie”, między wierszami zachęcając do dalszych podobnych poczynań. Otóż nie było to żadne „obywatelskie zatrzymanie” z prawnego punktu widzenia.

Kodeks postępowania karnego nie używa pojęcia „obywatelskiego zatrzymania”, ale mówi o obywatelskim ujęciu. Artykuł 243 kpk stwierdza:

Ujęcie na gorącym uczynku

§ 1. Każdy ma prawo ująć osobę na gorącym uczynku przestępstwa lub w pościgu podjętym bezpośrednio po popełnieniu przestępstwa, jeżeli zachodzi obawa ukrycia się tej osoby lub nie można ustalić jej tożsamości.

§ 2. Osobę ujętą należy niezwłocznie oddać w ręce Policji.

Pierwsza kwestia to ta, czy w ogóle zachodziło tu jakiekolwiek przestępstwo. Przypomnę, że polski kodeks karny zawiera art. 257: „Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. W tym wypadku ten przepis ewidentnie nie pasuje do sytuacji.

Być może emitowanie głośnego komunikatu z samochodu można by podciągnąć pod któryś z artykułów kodeksu wykroczeń, ale obywatelskie ujęcie nie dotyczy wykroczeń – jedynie przestępstw. Co więcej – bez najmniejszych wątpliwości sytuacja nie wypełniała przesłanek paragrafu 1. art. 243 kpk, ponieważ nikt się nie ukrywał, a ustalenie tożsamości kierujących samochodem o wyraźnie widocznych numerach rejestracyjnych i przynależności organizacyjnej nie sprawiałoby trudności. Zatem to raczej blokujący samochód fundacji powinni zostać ukarani za swoje zachowanie – a tu akurat kilka artykułów kodeksu wykroczeń by się znalazło.

Postępowi obywatele, którzy zatrzymali samochód, nie zamierzali też wzywać policji, co wyraźnie nakazuje par. 2. art. 243. Ale nie powinno nas to dziwić, bo przecież jasne jest, że tak naprawdę nie chodziło im wcale o zapobieżenie łamaniu prawa, a jedynie o to, żeby wyeliminować z przestrzeni publicznej pogląd, który im się nie podoba.

Dyskutowałem o tym przypadku z kilkoma obrońcami tej akcji na Twitterze. Rozmowa miała za każdym razem podobny przebieg. Najpierw pojawiało się przekonanie, że „skoro policja nic z tym nie robi, to ludzie mogą”. Gdy prosiłem o wskazanie konkretnego przepisu, który miałby stanowić podstawę działań policji (która zresztą nie może być wszędzie, więc należy ją po prostu zawiadomić, jeśli uważa się, że prawo jest łamane) – milkli. Znów – nic dziwnego. Przecież nie o przepis idzie, ale o to, że coś im się nie podoba.

Potem pojawiało się stwierdzenie, że komunikaty nadawane z samochodu fundacji to „mowa nienawiści”, że prowadzą do napiętnowania mniejszości seksualnej, a nawet, że to rodzaj przemocy. Otóż – po pierwsze – polskie prawo nie operuje szczęśliwie kategorią „mowy nienawiści”, która to kategoria wszędzie, gdzie została wprowadzona, jest arbitralnie stosowana do tłumienia wolności słowa według lewicowych wytycznych. Po drugie – ocena tego, czy dany komunikat kogoś piętnuje, czy może doprowadzić do przemocy (o ile nie ma w nim wprost wezwania do popełnienia czynu zabronionego, bo to jest karalne – art. 126a kk), jest czysto arbitralna. Z faktu, że ktoś tak sądzi, nie wynika nic ponad to właśnie, że taka jest jego indywidualna opinia. Ma do niej oczywiście prawo, ale to nie upoważnia go do podejmowania jakichkolwiek działań, fizycznie uniemożliwiających oponentowi korzystanie z wolności słowa. Po trzecie – charakterystyczne dla lewicy jest rozszerzanie pojęcia przemocy na słowa, i to najlepiej tak właśnie, żeby to lewica definiowała, co „przemocą werbalną” jest. A skoro druga strona używa owej „przemocy” – nieważne, że jedynie słownej – to użycie przez lewicę przemocy, ale już tej prawdziwej, fizycznej, jest uzasadnione.

Dokładnie z taką sytuacją mieliśmy do czynienia na Placu Zbawiciela. Jakkolwiek nie doszło tam do pobicia kierowcy pojazdu fundacji Pro Prawo do Życia, to jednak na słowa lewacy zareagowali między innymi zastawiając samochód. Przy Wilczej było już całkiem na ostro.

Nie sposób nie odnieść tego do poczynań Antify, podpalającej ostatnio Stany Zjednoczone. Ta lewacka bojówka, zorganizowana na kształt al-Kaidy, nie tylko przemoc fizyczną usprawiedliwia, ale wręcz traktuje jako normalny środek działania, tłumacząc, że skoro państwo nie walczy z „faszyzmem”, to muszą to robić aktywiści wszelkimi dostępnymi środkami.

W swoich dyskusjach na Twitterze zadawałem pytanie, czy w takim razie mamy uznać, że decyzję o tym, co dopuszczalne w sferze publicznej, a co nie, może sobie podjąć każdy. I tu rozmowa się urywała. Zapewne dlatego, że moim rozmówcy zdawali sobie sprawę z konsekwencji swoich twierdzeń.

A takie właśnie by one były. Skoro jakaś grupka osób ze „Zbawiksa” mogła sobie zablokować samochód nadający komunikat, z którym się nie zgadzają, to inna grupka może zablokować Paradę Równości. Parada – zwracam uwagę – jest tak samo legalna jak korzystanie przez Pro Prawo do Życia z samochodu, nadającego komunikat.

Problem z lewicą jest jak zwykle ten sam: nie jest w stanie pogodzić się z tym, że w przestrzeni publicznej mogą być obecne treści, które jej się nie podobają. Jeśli przyjmiemy taki punkt widzenia, łatwo przewidzieć, co się stanie: wejdziemy na drogę anarchizacji i przemocy. Jedna bojówka zablokuje samochód organizacji antyaborcyjnej, inna – demonstrację LGBT. Jedna napadnie na siedzibę Młodzieży Wszechpolskiej, inna – na lokal Krytyki Politycznej. Tego chcemy?

Życiem społecznym powinny rządzić reguły możliwie uniwersalne, czyli dotyczące tak samo wszystkich, niezależnie od poglądów. Dlatego jestem zwolennikiem uznawania jak najszerzej rozumianej wolności słowa za zasadę nadrzędną. Jeśli ktoś czuje się pokrzywdzony czyimiś słowami, ma zawsze do dyspozycji drogę cywilną. Nie wolno jednak nikomu pozwolić na to, żeby bawił się w szeryfa, ograniczając innym korzystanie z wolności słowa tylko dlatego, że te słowa mogą mu się nie podobać.