Niewinne banki i naiwne sądy, czyli przykra wymiana poglądów o kredytach frankowych
Artur Kiełbasiński 21.08.2020

Prezes mBanku postanowił zrobić b. rzecznik praw obywatelskich wykład z „kredytów frankowych” w postaci listu otwartego. Na jego list b. rzecznik, profesor Ewa Łętowska, odpowiedziała także listem otwartym. Oba listy cechuje kultura rzadko spotykana w polskiej debacie. Ale merytorycznie są one dla mnie w pewien sposób… przerażające. Choć zapewne autorzy nie zdawali sobie sprawy, jak można interpretować ich słowa.

Oba wystąpienia są publicznie dostępne na stronie urzędu Rzecznika Praw Obywatelskich. A dyskusja jest bardzo aktualna. List Cezarego Stypułkowskiego datowany jest na 24 lipca. Odpowiedź prof. Ewy Łętowskiej datowana jest na 17 sierpnia. Polemika nie zmienia spojrzenia na argumenty stron (klientów i banków), w toczących się sporach. Nie sądzę też, aby wymiana tych pism miała jakikolwiek wpływ na linię orzeczniczą w sprawach frankowych. A jednak warto z listami się zapoznać. Bo pokazują stan świadomości obu stron. Ale też obnażają prawdę o… polskich sądach.

Cezary Stypułkowski ma najwyraźniej kłopot ze zdefiniowaniem tego co się działo w bankach ponad dekadę temu. W jego piśmie można bowiem znaleźć stwierdzenie następujące.

Omawia on rzeczowo uwarunkowania rynkowe w latach 2004-08, ale to omówienie prowadzi go do wniosku zaskakującego.

„(…) prowadził do ukierunkowania popytu gospodarstw domowych na kredyty hipoteczne waloryzowane do walut obcych, a zwłaszcza franka szwajcarskiego.”

No więc Panie Prezesie, to nie tak. To bardzo często doradcy bankowi ukierunkowywali popyta w tym kierunku. To banki tworzyły regulaminy i zasady, w myśl których łatwiej było o „zdolność we frankach”, niż „zdolność w złotych”. Chęć, naturalna, do kupowania większych mieszkań, pchała klientów do narzędzia ryzykownego. W wielu instytucjach finansowych istniały zachęty w postaci różnych prowizji, do sprzedawania takich, a nie innych produktów. Więc ten ukierunkowany popyt gospodarstw domowych, to jednak wyglądał inaczej.

Ale to nie jedyny kwiatek w wypowiedzi prezesa. Czytamy bowiem jeszcze coś innego.

„Kredytobiorcy byli usatysfakcjonowani takim obrotem sprawy, znakomicie rozumieli mechanizm zawartych umów i nie przeszkadzało im, że banki stosują do przeliczeń własne tabele kursowe.(…) Wymaga także podkreślenia, że kursy kupna i sprzedaży walut ogłaszane przez banki w tabelach kursowych, nawet jeśli zawierały w sobie wysokie marże, to jednak były kursami rynkowymi (…).”

No więc Panie Prezesie, nie. Tak nie było. Klienci od początku skarżyli się na marże przy kursach, czyli spready. Szeroko opisywano, jak w konkretnych bankach w dniu zapadalności raty kursy szybowały o kilkadziesiąt groszy. Dziś brzmi to absurdalnie, ale przed laty regulację pozwalająca na regulowanie raty „własnymi frankami” kupionymi np. w kantorze była uważana za sukces. Nie wspomina też prezes o przymusowych douzbezpieczeniach w czasach kryzysu, gdy ludzi straszono wypowiadaniem umów kredytowych niemal z dnia na dzień. Tego wszystkiego nie było?

Stypułkowski szuka też uzasadnienia dla rzekomo koniecznej ochrony banków w sytuacji makroekonomicznej.

„Według szacunków Związku Banków Polskich łączna strata zaangażowanych w te kredyty polskich banków wyniosłaby przy założeniu powszechnego zastosowania rekomendacji Rzecznika Generalnego około 60 do 80 mld złotych, a zatem około 3 do 4% polskiego PKB. Takie potencjalnie mogą być skutki zastosowania całkowicie sprzecznej z zawartymi umowami, całkowicie sztucznej i nie znanej w rzeczywistości ekonomicznej formuły wstecznego, przymusowego zamienienia kredytów waloryzowanych na kredyty w złotych przeliczone według kursu z dnia zawarcia umowy i zastosowania do ich oprocentowania stawki procentowej z innego obszaru walutowego.” – pisze prezes mBanku.

Szantaż? To za mocne słowo. Ale chowanie się za danymi ważnymi dla gospodarki, z całą pewnością. Krótko mówiąc – banki narozrabiały, ale że narozrabiały sporo, to musimy być ostrożni. Nie kupuję tej retoryki. Banki nie powinny unikać odpowiedzialności za łamanie praw konsumentów, a takie przypadki w stosunku do frankowiczów miały miejsce.

Widać, że Stypułkowski broni sektora bankowego. Jego prawo, ale zakrzywienie punktu widzenia wydaje się zdumiewające. Ale nie mniej zdumiewające wątki można znaleźć w odpowiedzi prof. Ewy Łętowskiej, b. rzecznik praw obywatelskich.

Profesor Łętowska mocno akcentuje rolę praw konsumenckich, przypomina o szkodliwości praktyk bankowych, broni stanowiska pokrzywdzonych. Jednak – paradoksalnie – obraz polskich sądów zarysowany przez profesor Łętowską jest… przerażający.

Co bowiem była rzecznik pisze o polskich sądach?

Cytat 1.: Przez wiele lat w Polsce udawano, że europejskie prawo konsumenckie jest inne niż jest i lansowano – czasem bardzo agresywnie – taki właśnie jego obraz w sądach, które to błędnie aprobowały.

Cytat 2.: Niedostateczna wiedza sądów o aksjologii prawa konsumenckiego była gwarantem braku ryzyka prawnego w wypadku tej ewentualności. (dop. – o polityce banków).

Cytat 3.: Polskie sądy, nie umiejąc sprawnie posługiwać się prawem europejskim, były utrzymywane w błędnym przekonaniu (przy aktywnej roli prawników obsługujących banki), że aksjologia obrotu gospodarczego i obowiązujące prawo wymagają od nich znalezienia narzędzia, które „jakoś” podzieli między obie strony, ryzyko nieprzewidzianej (ani przez konsumenta, ani przez banki – czy rzeczywiście?) aprecjacji waluty indeksacyjnej. I sądy to robiły.

I w tym momencie robi się naprawdę groźnie. Przecież b. rzecznik przyznaje, że praktycznie cały system sądowniczy dał sobie narzucić narrację banków wbrew literze i duchowi prawa, że zapisy o ochronie konsumentów przegrywały z lobbingiem prawników opłacanych przez banki. To obraz absurdalny. Okazuje się bowiem, że z powodów lobbingowych, niezależny system wymiaru sprawiedliwości wcale nie jest niezależny i niezawisły, a przepisy chroniące konsumentów przed korporacjami finansowymi są traktowane jako… No właśnie, jak co? Instrukcje? Niejasne wskazówki? Bo z pisma prof. Łętowskiej wynika, że dla polskich sądów nie było to twarde prawo.

Sytuacja uległa zmianie dopiero po orzeczeniu TSUE w 2019 r. Lepiej późno niż wcale, choć w tym przypadku to niewielkie pocieszenie.

Aby nie być posądzonym o wyrywanie z kontekstu – odsyłam do źródła, obu listów.

No i na koniec informacja ważna – nie mam kredytu we frankach, nigdy nie miałem i z żadnym bankiem nie prowadzę sporu sadowego. Pisząc o kredytach frankowych – trzeba takie kwestie stawiać jasno.