Nikt nic nie wie, czyli sondażowy zawrót głowy
Dariusz Matuszak 02.11.2020

Wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych będzie szokujący i to niezależnie od tego, czy wygra Donald Trump, czy Joe Biden. Amerykańska polityka i media zapędziły się w taki intelektualny cul de sac, jak mawiają Amerykanie, kozi róg, a właściwie ślepy kanał, że nie wyjdą z tego bez ubabrania się, skompromitowania albo co najmniej ośmieszenia. Jeśli bowiem wygra Donald Trump, to okaże się, że 90 procent amerykańskich sondażowni, ośrodków badawczych, instytutów, wydziałów politologii najlepszych uczelni, a także redakcje nic nie są warte i należałoby na to wszystko spuścić bomby, a potem zaorać. Przewaga kandydata Demokratów w sondażach jest tak znacząca, że prezydent dawno powinien już był zrezygnować, a najlepiej dyplomatycznie zachorować na koronawirusa. Na 2 dni przed wyborami John Biden w badaniach ogólnokrajowych ma średnią przewagę blisko 9 punktów procentowych. Te oczywiście nie mają aż takiego znaczenia, bo w Białym Domu można zasiąść, otrzymując w skali kraju mniej głosów niż konkurent – tak, jak to stało się w 2016 roku, kiedy Hillary Clinton dostała 3 miliony głosów więcej niż Trump. Liczą się poszczególne stany, ale i tam mamy do czynienia z jakimś całkowitym rozedrganiem obrazu rzeczywistości. 

 

 

Ameryka zasadniczo podzielona jest na trzy rodzaje stanów: „demokratyczne”, „republikańskie” i „swingujące”, czyli takie, które mogą zagłosować tak, albo siak, nikt nie wie jak.  Tak naprawdę to tylko w nich kandydaci prowadzą kampanię wyborczą. W tegorocznej do swingujących zaliczane są m.in. 3 stany „Pasa Rdzy” – Pensylwania, Michigan, Wisconsin, które w 2016 roku Trump odbił Demokratom, całkowicie burząc dotychczasową mapę polityczną.  Jeśli Trump chce marzyć o prezydenturze, to przynajmniej w jednym z nich powinien wygrać i w tym roku. Wedle ostatnich sondaży telewizji ABC i Washington Post Joe Biden ma aż 17 punktów procentowych przewagi w Wisconsin. Tymczasem Trump nadal prowadzi tam kampanię wyborczą. Ktoś tu więc zwariował: albo Trump i jego sztab, że tracą czas na stan, w którym i tak już są „pozamiatani”, albo owe szacowne media, które stoją za tym sondażem.  Ale, ale – zwariował też Biden, skoro mimo „pewnego” zwycięstwa kandydat Demokratów ciągłe po Wisconsin krąży, a jego komitet wydaje miliony dolarów na ogłoszenia wyborcze w tym stanie. W Pensylwanii przewaga Bidena sięga 7 punktów i sytuacja jest analogiczna, choć nie tak skrajna. To teraz najgorętsze miejsce w Stanach Zjednoczonych. Kandydaci są tam codziennie. Czy Trump w takim razie wierzy, że w dwa 2 dni odrobi 7 punktów, a Biden w to, że w 2 dni może całą przewagę stracić? 

 

W Michigan średnia z sondaży daje Bidenowi 8,8 punktów procentowych przewagi. Wedle niektórych notowań wynosi ona nawet 19 punktów. Po co więc na trzy dni przed wyborami Biden leci tam z samym Obamą i szykuje wyjątkowe wydarzenie. Po raz pierwszy bowiem w czasie całej kampanii pojawia się na scenie razem z byłym prezydentem, swoim dawnym szefem. Po co marnują tam czas i energię? Nie lepiej byłoby polecieć do Teksasu, gdzie średnia z sondaży pokazuje ledwie punkt przewagi Donalda Trumpa. Wystarczy, że Biden wygra w Teksasie i ma pewną prezydenturę. Po co więc męczy się w Michigan, gdzie ma tak ogromną przewagę. Biden może przegrać w Michigan, Pensylwanii, Wisconsin, nawet na Florydzie i we wszystkich swingujących stanach, ale jeśli wygra w Teksasie, gdzie ma 1 punkt straty, to zostaje prezydentem. Czemu więc nie strzela właśnie tam, tylko organizuje imprezy w jakimś Filnt, które leży gdzieś w de po lewej stronie w Michigan.

 

Bardzo ciekawym przypadkiem jest Minnesota. To stan, w którym od niepamiętnych czasów wygrywają Demokraci, jedyny, w którym przegrał ubiegający się o reelekcję Ronald Reagan. I znów przewaga Bidena wynosi tam 10 punktów, a wedle niektórych sondaży nawet 14, a Trump lata tam i prowadzi kampanię. Po co? Dlaczego obydwaj kandydaci zachowują się tak nieracjonalnie? Najwyraźniej wiedzą coś, czego nie wiedzą wyborcy, gazet czytelnicy, telewizji oglądacze.  Wiedzą, że te sondaże i to, co podają media, to bzdury? Wiedzą, że mamy do czynienia z oszustwem, z manipulowaniem opinią publiczną?

 

Jeśli wygra Trump wyborca Bidena, który patrzy na te wszystkie sondaże, łyka karmę podawaną przez media będzie musiał sobie to jakoś wszystko wytłumaczyć. Dziennikarze też będą musieli podać jakąś wersję wydarzeń. Wyobraźmy sobie obywatela Smitha, który oddał głos, położył się spać w stanie, w którym jego faworyt Biden ma 14 punktów przewagi i gdy budzi się to, dowiaduje się, że właśnie przegrali.  

 

Jednak to zadziała też w druga stronę. Połowa Ameryki będzie w stanie ciężkiego szoku, gdy wygra Biden. Ona ma bowiem też swoje badania, jak choćby te, które prowadzi Rasmussen Report, jedna z nielicznych sondażowni, która wskazała zwycięstwo Trumpa w 2016 roku. Rasmussen codziennie bada poziom akceptacji dla pracy prezydenta. Na dwa dni przed wyborami działania Trumpa popiera 51 procent Amerykanów. To dwa punkty więcej niż dokładnie na tym samym etapie swej prezydentury miał w 2012 roku Obama, który 3 dni później wywalczył reelekcje. Są też badania Gallupa, które mówią, iż aż 56 procent Amerykanów uważa, że ich sytuacja jest lepsza niż w dniu, w którym Trump rozpoczynał swą prezydenturę. Mówią tak mimo pandemii, wielkich ograniczeń z nią związanych i problemów gospodarczych. Tak dobrego wyniku jak Trump nie miał żaden z poprzednich prezydentów. Za Obamy w 2012 roku było to 45 procent.

 

Trump ma też rekordowo wysokie, jak na Republikanina, poparcie wśród wyborców czarnoskórych i latynoskich. By myśleć o wygranej, Demokraci muszą pozyskiwać co najmniej 90 procent głosów ludności murzyńskiej. Tymczasem poparcie dla Trumpa wśród niej sięga wedle niektórych sondaży nawet 25 procent. Wśród Latynosów, także tradycyjnie głosujących na Demokratów poparcie dla Trumpa wynosi około 40 procent. 

 

Za Trumpem przemawiają nie tylko niektóre sondaże, ale też coś, co jest niemożliwe do skwantyfikowania, ale wyczuwalne – entuzjazm, energia, zaangażowanie, jakie wywołuje. Takiej publiczności na wiecach nie miał żaden kandydat w historii. Nawet sam Trump w 2016. Mimo obaw związanych z pandemią stawiają się na nie dziesiątki tysięcy ludzi. Żadnemu z prezydentów też tłumy nie skandowały: „kochamy cię”.  Niezwykłe zaangażowanie widać nawet w stanach, w których Trump nie prowadzi kampanii i nie ma szans na zwycięstwo, jak choćby w Kalifornii czy Nowym Jorku. Nie można się gromadzić więc urządzane są parady tysięcy łodzi albo gigantyczne konwoje samochodowe.  Uczestniczy w nich nawet po kilkanaście tysięcy pojazdów. Konwój zwolenników Trumpa, który przejechał w Utach, liczył 30 kilometrów. W Arizonie ustawione na poboczu samochody zwolenników Trumpa ciągnęły się 150 kilometrów! Wielkie parady i konwoje odbywają się nawet w takich miejscach jak miasto Nowy Jork, które jest bastionem Demokratów. To są w historii kampanii wyborczych rzeczy niespotykane. Z drugiej strony nigdzie nie widać zwolenników Bidena. Na jego świetlicowe, czy nawet organizowane na zewnątrz spotkania (trudno to nazwać wiecami) przychodzi po kilka osób. Media oczywiście manipulują, jak mogą, ale nie wszystko da się do końca zafałszować. Wyborcom Trumpa trudno więc będzie przyjąć, czy zrozumieć porażkę. Wszystkie zmysły będą się przeciw niej buntowały. Rozum zaś nie zrozumie. 

 

Tak więc niezależnie od tego, kto wygra, połowa Ameryki będzie w stanie szoku. Wiedzą to np. właściciele biznesów w Waszyngtonie, którzy szykują się na powyborczy poranek, masowo dechami zasłaniają witryny swych biznesów. Ponad 80 milionom Amerykanów trudno będzie pogodzić się z rozstrzygnięciem i przyjąć je. Dysonans poznawczy będzie zbyt duży, by zrozumieć to, co się stało. Jak porażkę miałby przyjąć zwolennik Bidena, który od pół roku do ostatniego dnia widzi gigantyczną przewagę sondażową swego kandydata? Podobnie wyborca Trumpa oglądający tłumy na wiecach, flagi i plakaty Trumpa w każdym ogródku i każdym oknie. 

 

Niezależnie od tego, kto wygra wiadomo już, kto przegrał. Media. Właściwie to brakuje słów, by opisać poziom manipulacji, zakłamania złej woli, a często i zwykłej durnoty i to takiej, od której aż dziąsła szczypią i człek sam się wstydzi, że coś tak głupiego słyszy. To oczywiście moja, i choć ze wszech miar słuszna, ale tylko moja subiektywna opinia. Jednak da się to zobiektywizować. W 2016 roku media poparły Clinton przeciwko Trumpowi w stosunku 94 do 6. Miarą są pieniądze, jakie wpłaciły poszczególne redakcje, firmy mediowe, czy pojedynczy dziennikarze na fundusze wyborcze swych kandydatów. Z każdych stu dolarów 94 były dla Clinton, a 6 dla Trumpa. W tym roku będzie bardzo podobnie. Choć nie ma jeszcze posumowań, to wyraźnie widać, iż sympatie przebiegają dokładnie tak samo i taki sam, jeśli nie wyższy jest poziom zaangażowania.  

 

Nawet jeśli wygra Joe Biden, to i tak, upraszczając, mniej więcej połowa mieszkańców Ameryki będzie zwolennikami Trumpa. Wybory nie sprawią, że znikną, że radykalnie zmienią poglądy, sposób rozumienia świata, system wartości. Nadal będą. I co z tego. Nikt ich nie wysłucha, nikt ich nie pokaże. Te 90 kilka procent mediów będzie ich traktować tak jak zawsze, jakby nie istnieli, albo byli gorsi i nie zasługiwali na żadną uwagę. Trudno o większy rozziew niż ten, jaki jest pomiędzy obywatelami a dziennikarzami, którzy im przedstawiają świat.  Praktycznie połowa Amerykanów nie ma swej medialnej „reprezentacji”. To nie jest oczywiście specyfika amerykańska, ale tam rozmiary tej patologii są szczególnie uderzające. Nie można spodziewać się, by składy redakcji uzależniano od wyników wyborczych, by wprowadzano parytety polityczne. Można jednak wymagać minimum rzetelności i mówić o tym, że media nie rozumieją i wręcz nie uznają połowy własnego kraju.

 

Sondaże wyborcze w USA nie powstały sobie a muzom. Zrobiono je, by media mogły nimi karmić opinię publiczną. To, co pokazują i w jaki sposób w tej kampanii to robią, można wytłumaczyć tylko chęcią oszukania obywateli. Nie da się znaleźć innego racjonalnego uzasadnienia, choćby takiej rzeczy, jak różnice sondażowe sięgające ponad 20 punktów.  W takich warunkach muszą kwitnąć teorie spiskowe. Konserwatywne think tanki przewidują wielkie rozruchy w razie zwycięstwa Trumpa. Demokraci zaś mówią, że prezydent nie uzna niekorzystnych dla siebie wyników wyborów i nie będzie chciał przekazać władzy.  Noc wyborcza z 3 na 4 listopada może więc potrwać wiele dni.