No to porozmawiajmy o Schumanie
Tomasz Wróblewski 25.04.2016

W kraju, gdzie konie i korniki wyznaczają linie podziału politycznego, trudno żeby parada Roberta Schumana nie stała się okazją do awantury. To oczywiście nie będzie pierwsza postać historyczna, a już na pewno nie pierwszy konserwatywny symbol, który lewica przywłaszczyła sobie do promocji własnej ideologii. Jakże sprzecznej z tym, co głosił, o co walczył Robert Schuman. Zagorzały katolik upatrujący we wspólnych wartościach chrześcijańskich szansy na uśmierzenie ran i przełamanie nienawiści. W czasie II wojny światowej ścigany przez gestapo, zawsze znajdował bezpieczne schronienie w klasztorach.

Do końca swoich dni, jako premier, minister spraw zagranicznych, pierwszy przewodniczący Parlamentu Europejskiego, codziennie uczestniczył w porannej mszy. Jeden z niewielu europejskich polityków drugiej połowy XX w., który nie stracił z oczu tego, co tak naprawdę stanowiło o tradycji europejskiej i jej tożsamości. Chrześcijaństwa – jedynej autentycznie wspólnej wartości łączącej narody od Tallina po Lizbonę.

Nigdy oczywiście nie dowiemy się, jak Schuman odniósłby się do budowania naszej tożsamości w oparciu o genderyzm, płeć kulturową i patchworkową rodzinę, ale wiemy, że nie wierzył w sztuczne byty i ideologie mające zastąpić prawa naturalne. Jak sam mawiał: „Zawsze wiem, co naprawdę jest dobre dla mojego kraju, a co tylko dla polityków”. Doskonale wyłapał fałszywą troskę polityków, którzy dla poszerzenia swojej władzy wmawiali ludziom, że padli ofiarami jakiejś wyimaginowanej dyskryminacji czy wyzysku. Zbyt wiele życia poświęcił walce z lewicowymi ideologiami – faszyzmem i komunizmem, przekłamującymi tradycje i historyczne doświadczenia, żeby nie dostrzec teraz fałszu w politycznie poprawnej nowomowie euroelit. To jego determinacja doprowadziła do Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali – uwolnienia rynku z jarzma centralnych regulacji i ceł. Trudno sobie wyobrazić, żeby teraz miał wspierać rządy omnipotentnych komisarzy, apodyktycznych ekologów czy ideologów socjalnego rozpasania elit. Jeszcze za jego życia socjaliści szydzili z ojców założycieli Unii Europejskiej –„ta trójka (Schuman – Adenauer – De Gasperi) to legiony Vaticformu”. Czy naprawdę sądzimy, że teraz Schuman poszedłby w jednej paradzie z ludźmi przekonanymi, że za całe zło Europy odpowiedzialni są chrześcijanie?

Oczywiście nie wiemy, gdzie dziś maszerowałby Schuman, ale jest tyle innych miejsc, gdzie go brakuje. Może maszerowałby z Brytyjczykami, którzy nie chcą być częścią projektu socjalnej zagłady gospodarczej. Z tysiącami ludzi demonstrującymi na ulicach Sztokholmu, Amsterdamu, przestraszonych bezmyślną polityką budowy ponadnarodowego państwa opartego na niekontrolowanej masie islamskich uchodźców. A może w tym tygodniu byłby w Nowym Jorku, głosując za polityką większej elastyczności w walce z globalnym ociepleniem? Pewnie tak jak wiceprezydent UE Frans
Timmermans nie przyjąłby zaproszenia na paradę swojego imienia w Warszawie, która ma być jedynie akceleratorem podziałów politycznych.

Co jeszcze wiemy na pewno, to że w kolorowym tłumie różnych flag i znaków zabraknie tego, co dla Schumana było najdroższe – wartości chrześcijańskich, które były tym europejskim spoiwem. Symbioza tradycji i postępu, która dała Europie 70 lat rozwoju i pokoju, a dla Kościoła były też podstawą do podjęcia procesu beatyfikacyjnego Schumana.

***
Tekst ukazał się we WPROST

Fot. Alexander Johmann/ na lic. Creative Commons/ flickr.com