Państwo i Prawo
Nowy ład Kaczyńskiego
Łukasz Warzecha 01.02.2021

Czym różnią się konserwatyści od rewolucjonistów? Wieloma rzecz jasna kwestiami. Jedna wydaje się szczególnie istotna: konserwatysta nie wierzy w żadne wielkie plany, mające porządkować rzeczywistość na dziesięciolecia czy nawet na wieki. Konserwatyzm co do zasady polega na tym, że z najwyższą nieufnością podchodzi się do wymyślanych w gabinetach koncepcji ustawiania ludzkiego życia, zmieniania ludzkich upodobań, nawyków, mechanizmów społecznych czy gospodarczych. Konserwatyzm to polityka małych i niezbędnych kroków, zwykle opartych na tym, co dla człowieka jest naturalnym odruchem.

 

Komunizm ze swoimi wielkimi planami stworzenia nowego człowieka był na antypodach konserwatyzmu, podobnie jak narodowy socjalizm, ale również takie współczesne trendy jak ekologizm i klimatyzm – religie panujące Unii Europejskiej. Wszystkie te i podobne koncepcje, oparte na założeniu, że da się zmieniać rzeczywistość według światłych planów, tworzonych w gabinetach przywódców (na ogół mniej lub bardziej autorytarnych przynajmniej w duchu lub pragnieniu, jeśli nie faktycznie), a jeśli ludzie nie będą chcieli się podporządkować, należy ich do tego po prostu zmusić – są od konserwatyzmu jak najdalsze. 

To krótkie wprowadzenie jest konieczne, aby stwierdzić, że rządząca dzisiaj Polską formacja nie ma wiele wspólnego z konserwatyzmem, poza niemal całkowicie czczą warstwą retoryczną. Nie miejsce tu na szeroką analizę pięciu lat sprawowania władzy przez Zjednoczoną „Prawicę”, gdyby jednak taką przeprowadzić, wniosek byłby właśnie taki: mamy do czynienia z siłą od konserwatyzmu jak najdalszą (pisałem o tym szerzej w wielu tekstach w ciągu ostatnich lat). Z formacją, która w centrum stawia państwo (to ważne: nie naród, ale właśnie państwo), odwracając całkowicie hierarchię, w której państwo jest wobec obywatela służebne. Według niej to obywatel ma odgrywać rolę służebną wobec państwa, które zarazem zostaje utożsamione z rządzącymi – ostatecznie więc obywatel pełni służebną funkcję wobec rządzących. Z formacją, która postawiła jednoznacznie na etatyzm, wiążący się nieuchronnie z ograniczaniem wolności, bo taka zawsze jest konsekwencja wzmacniania roli państwa, w tym w gospodarce właśnie. 

W 2017 r. Jarosław Kaczyński wygłosił w Toruniu wykład, w którym przedstawił swoje spojrzenie na rolę państwa w odniesieniu do biznesu i gospodarki, ale zrobił to obłudnie. Najpierw ustawił sobie odpowiednie i wygodne tło w postaci dwóch skrajnych modeli: stalinowskiego oraz libertariańskiego, odcinając się od nich obu. Następnie stwierdził nie bez racji, że to państwo jest gwarantem swobody gospodarczej, a więc jest niezbędne dla jej istnienia. Czyli wobec niej pierwotne. 

Pomijając to, czy faktycznie warunkiem istnienia swobody obrotu gospodarczego jest istnienie państwa, obłuda Kaczyńskiego polegała na tym, że jest on skłonny przesuwać granicę koniecznej interwencji państwa daleko poza obszar konieczny dla zagwarantowania wolności gospodarczej. W istocie tak daleko, że tę swobodę niszczy. 

To nie jest nawet kwestia wiary w socjalizm – choć warto pamiętać słynne wystąpienie Mateusza Morawieckiego w Siemianowicach Śląskich, w którym w nagłym przypływie szczerości oznajmił, że „robotnicza myśl socjalistyczna” jest mocno obecna w PiS. To kwestia samej filozofii władzy, wyznawanej przez Kaczyńskiego (przypomnijmy: wielbiciela Carla Schmitta). Państwo i jego aparat są dla niego narzędziem służącym do urzeczywistnienia własnej wizji tegoż państwa. To musi oczywiście rodzić konsekwencje. Jeżeli władza traktuje państwo i jego aparat jako swoje narzędzie, mające służyć określonym celom, to musi to oznaczać, że usługowa funkcja państwa wobec obywateli schodzi na dalszy plan i jest wypełniana jedynie o tyle, o ile nie stoi w konflikcie z tym pierwszym założeniem. Państwo przestaje być gwarantem ram, w których swoje aspiracje realizują wolni ludzie, a staje się instrumentem w rękach politycznego demiurga, za jakiego niewątpliwie uważa się Naczelnik. 

Jeśli to zrozumiemy, zrozumiemy też wiele innych spraw. Na przykład to, dlaczego Kaczyński uważa, że z polskimi mediami „publicznymi” jest wszystko w porządku, a uparcie wskazuje na media, będące zagraniczną własnością, jako na instrument obcych wpływów (choć nikt nigdy nie przedstawił na to żadnych dowodów). Otóż dla Kaczyńskiego media i dziennikarze są po prostu kolejnymi wykonawcami politycznej woli i tylko w takiej roli ich widzi. Inne ich postrzeganie – jako weryfikatorów działania władzy, jako przedstawicieli obywateli, jako niezależnych recenzentów rzeczywistości – jest Naczelnikowi całkowicie obce. Uważa to za bajki dla naiwnych dzieci. 

W kontekście wszystkich powyższych uwag należy widzieć ostatnie wypowiedzi prezesa PiS o planach na przyszłość. W telewizji wPolsce Jarosław Kaczyński powiedział, że pierwszym celem jest zduszenie epidemii, po czym władza przedstawi rozbudowany i ambitny plan nowego ładu. Pomińmy tutaj rozważania na temat tego, jak i kiedy epidemia miałaby być „zduszona” i w jakim stopniu jest to w stanie uczynić obecny rząd. Ważniejsze jest, że ta wypowiedź może zapowiadać jak najgorszy kurs w czasie pozostającym do kolejnych wyborów. 

„Plany będą niedługo przedstawione, są naprawdę ambitne, daleko idące, są w dalszym ciągu prospołeczne, ale nastawione na to, żeby działanie dla społeczeństwa, w tym także dla tych grup, którym jest trudniej, było połączone z działaniem prorozwojowym, bo Polska musi szybko, szybciej, wyraźnie szybciej niż kraje zachodniej Europy, rozwijać się” – mówi Kaczyński i dodaje, że priorytetem ma być zwiększenie PKB. Jak to czytać? W świetle ponad już pięciu lat rządów Zjednoczonej „Prawicy” względnie łatwo przeniknąć, co się za tymi mglistymi słowami kryje. Coraz więcej wskazuje na to, że zadziwiająca obojętność władzy wobec coraz bardziej dramatycznej sytuacji w sektorach biznesu przeoranych lockdownem nie jest jedynie wyrazem fiksacji, tunelowej wizji oraz niezdolności do strategicznego myślenia, ale wynika również z pełnej akceptacji skutków, czyli stworzenia okazji do dalszej ekspansji państwa. Przecież PKB wytwarzają również podmioty, będące jego własnością, a dodatkowa korzyść jest taka – wspominałem już o tym na blogu WEI – że im więcej państwa w gospodarce, tym więcej ludzi można uzależnić od trwania określonego układu politycznego. Mówiąc wprost – poprzez ekspansję państwa powiększa się grupę politycznej klienteli obecnego obozu rządzącego. 

„Prospołeczność” w ustach Kaczyńskiego oznacza po prostu nacisk na redystrybucję, a więc powiększenie fiskalizmu, co zresztą wydaje się nieuchronne wobec stopnia zdemolowania gospodarki za sprawą lockdownu, którego koszty w ubiegłym roku (wzrost zadłużenia, spadek PKB i inne elementy) można bardzo ostrożnie szacować nawet na pół biliona złotych. 

Te plany wpisują się w identyczne strategie, rysujące się na poziomie globalnym (mówił o tym wielokrotnie w swoim cyklu „Wolność w Remoncie” Tomasz Wróblewski): miejsce wolnego rynku i swobód gospodarczych miałby zająć korporacjonizm z państwem często na pierwszym miejscu; miejsce wolności obywatelskich – coraz ściślejsza kontrola, uzasadniana bezpieczeństwem epidemicznym z czasem być może płynnie przechodzącym w inne uzasadnienia – na przykład klimatystyczne. Nad tą zgodnością koncepcji lidera Zjednoczonej Prawicy z koncepcjami liderów takich jak Emmanuel Macron czy Joe Biden powinni się zastanowić zwłaszcza ci, którzy wciąż wierzą, że obecnie rządzący idą jakąś narodową, własną, dobrą – ba, „prawicową” drogą, a nie płyną w głównym nurcie. To nawet dość umiejętnie podtrzymywane złudzenie, które znika, gdy przyjrzeć się konkretnym zagadnieniom, takim jak polityka klimatyczna, stanowisko w sprawach naprawdę w UE istotnych jak wspólne zadłużenie, stosunek do codziennej wolności obywateli czy nawet w tak drobnych, jak urbanistyczna politpoprawność albo „prawa zwierząt”. 

Jest jednak wciąż nadzieja, gdy przypomnimy sobie, że istniało coś takiego jak program zrównoważonego rozwoju, swego czasu z wielką pompą prezentowany przez Mateusza Morawieckiego na serii slajdów z PowerPointa. Dziś trudno nawet wygrzebać z odmętów internetu tę prezentację. Szansą jest zatem nieudolność obozu rządzącego w realizowaniu własnych planów. „Reforma” wymiaru sprawiedliwości czy „milion samochodów elektrycznych” to tylko dwa z wielu przykładów – aczkolwiek niestety tam, gdzie chodziło o wyciskanie z ludzi pieniędzy, sukces jest niekwestionowany. Możliwe zatem, że ów szumnie zapowiadany „nowy ład” pozostanie na poziomie slajdów czy plansz, czego sobie i Państwu z całego serca życzę.